sobota, 24 czerwca 2017

Recenzja LIV: Dragonheart IV. Battle for the Heartfire

No. Nakręcili kolejny.
♪ Guess who's back ♪
♪ Back again ♪
Z góry muszę powiedzieć, że trzecia i czwarta część same w sobie to na dobrą sprawę nie najgorsze smocze filmy. Myślałam, że byłyby jeszcze lepsze, gdyby tworzyły własną serię, we własnym uniwersum et cetera, zamiast żerować na znanej marce. Po obejrzeniu czwóreczki... przestałam być tego taka pewna.
Fabuła! Znany z poprzedniej części Drago (tym razem, z jakiegoś powodu, grany przez Patricka Stewarta zamiast Bena Kingsleya [co w sumie wcale nie jest złą zmianą]) wciąż żyje, mimo że Gareth, z którym podzielił się sercem, umiera. Okazuje się, że smok czuje połączenie z jego wnuczętami, które odziedziczyły pewne niezwykłe zdolności: Edric ma nadludzką siłę, a Meghan potrafi kontrolować ogień. Problemy się zaczynają, gdy rodzeństwo rozpoczyna rywalizować o tron.
Meghan ma taki piękny strój, że omg, ja też taki chcę! <3
Fabularnie film stoi sporo wyżej od poprzedniej części, która była dość sztampowa i, co tu wiele kryć, nudnawa. Ten przynajmniej jest jasną kontynuacją wydarzeń, choć niektóre aspekty są niejasne. Niby była mowa o tym, że jest więcej smoków niż Drago, bo w końcu spadły z tego kosmosu jeden film temu, i że były szanowane i co najmniej jeden z nich podzielił się sercem z innym człowiekiem... tylko że tak jakoś w ogóle ich nie ma. Wiemy tylko, że jedna smoczyca zginęła Najgłupszą Śmiercią Ever (TM) i tyle. Reszta smoków po prostu wyparowała, Drago is the last one. Ale... dlaczego? WSZYSTKIE zginęły Najgłupszą Śmiercią Ever (TM)? Ktoś na nie polował? Dlaczego, skoro były czczone i szanowane? Nie ogarniam tej kuwety. Sprawia to wrażenie, jakby albo twórcom zabrakło hajsu na animowanie więcej niż jednego smoka, albo... tak im było fabularnie wygodniej.
Whatever, i tak ja jestem najważniejszy.
Technicznie film stoi na poziomie... cóż, mocno nierównym. Choć stroje postaci są piękne i klimatyczne, tak już lokacje sprawiają wrażenie, że nie pochodzą z filmu, tylko z miejscówki na LARPa. Nie, panowie i panie twórcy, nałożenie na obraz filtrów zmieniających kolory na niebieski nie sprawią, że wasz film stanie się bardziej fantasy. A skoro jesteśmy przy kolorkach... to właśnie taki jest niemal caluteńki film: granatowy, ciemny i ponury. Dlaczego? Historia może i jest całkiem poważna, ale to nie znaczy, że widz musi cały seans mrużyć oczy, by w ogóle coś zobaczyć. Nie wiem, jak was, ale mnie to potwornie wkurza, szczególnie gdy w filmie występuje SMOK i przez cały jego czas ekranowy NIE MOGĘ GO SOBIE OBEJRZEĆ.
Co do smoka, to wyglądem nieco się różni od tego samego gada z poprzedniej części. Wyraźnie nabrał ciałka i stał się mniej zwierzęcy, a bardziej... komiksowy. Dużo bliżej mu do Draco z oryginalnego „Dragonhearta”. Niestety, niewiele ma scen, w których naprawdę błyszczy, bardzo mało popisów w powietrzu czy emocjonujących scen akcji.
A sceny akcji... mają o wiele, WIELE za dużo kompletnie zbędnego slow motion. Uwielbiam slow motion, ale tu się pojawia kompletnie Z DUPY. Nic się nie dzieje, ktoś obraca dłońmi, a i tak dostajemy tę scenę w spowolnieniu. Może trzeba wyjaśnić twórcom, że slow motion w scenach akcji gra tylko wtedy, kiedy są naprawdę SZYBKIE i WIDOWISKOWE, i spowolnienie pozwala widzowi obejrzeć wszystkie te fascynujące detale ruchu?
Joł, Edric, myślisz, że teraz to już
NAPRAWDĘ był ostatni smok?
No i cóż mogę więcej rzec? Dostaliśmy przyzwoity, niskobudżetowy film o smoku. Tu i ówdzie szwankuje, ale na tle innych niskobudżetowych filmów o smokach wypada wcale nieźle. Zakończenie nie sugeruje sequeli, choć, szczerze mówiąc, jeśli mają stać na takim poziomie, jak ten tytuł, to nie mam nic przeciwko „Dragonheartowi V”.