wtorek, 24 stycznia 2017

Recenzja L: Barbie Video Game Hero

No cóż... Najwyraźniej cały budżet na filmy Barbie zaplanowany na dwa lata poszedł w produkcję „Gwiezdnej przygody”, bo dwa kolejne tytuły ewidentnie trącą taniochą. Najpierw „Barbie i jej siostry na tropie piesków”, które mogę zrecenzować jednym słowem: meh. A teraz „Barbie Video Game Hero”, które co prawda widać, że był i pomysł, i dobre chęci, ale wyszło jak wyszło. Czyli mocno tak sobie.
Meh.
Na samym początku film mocno plusuje: Barbie nie jest po prostu gejmerką, ale też twórcą gier komputerowych (totalnie grałabym w tą platformówkę z alpakami). Jednak jednocześnie rzuca się w oczy, hm, grafika, i to nie gry. Modele postaci i pozbawione detali otoczenie jest dokładnie takie samo, jak w publikowanych na Youtubie dwuminutowych vlogach, których „autorką” jest Barbie. Jest tak biednie, że twórcom nawet nie chciało się poprawnie animować jedzenia i przyjaciółka Barbie przez cały film nie jest w stanie skończyć jednego kawałka pizzy. Jasne, wraz z przeniesieniem akcji do świata gier robi się bardziej kolorowo, ale i wtedy widać, że twórcy uciekali się do najprostszych rozwiązań. Nie zobaczymy Barbie-Dovahkiina popylającej przez zapierające dech w piersiach krajobrazy i walczącej ze smokami. Zamiast tego, zmieni się w chibiludka i będzie rzucać żołędziami w plastikowe wiewiórki.
No tak, fabuła. Barbie, jako osóbka najlepsza we wszystkim, czego się dotknie, zostaje zaproszona przez Tutoriala – chmurkowego ludka, który, najwyraźniej, jest tutorialem w absolutnie wszystkich grach na świecie – do beta-testu nowej gry. Zostaje wessana do świata gier i tam okazuje się, że tak naprawdę to chodzi o uratowanie go przed wirusem Emoji i aby tego dokonać, musi wygrać na wszystkich dostępnych levelach (czyli tak naprawdę w czterech zupełnie różnych grach).
Meh.
Przykro to mówić, ale pokonywanie przez Barbie kolejnych poziomów jest po prostu pierońsko nudne. Lubię różne gry, od Skyrima po właśnie takie proste, słitaśne minigierki, ale kurde, nic ciekawego nie ma w tych odwiedzanych przez Barbie światach. Najpierw mamy wyścigi na wrotkach w wesołym miasteczku, potem chibiwiewiórki, potem znowu wyścigi (ale tym razem fajniejsze, w cyber-neonowo-tronowych klimatach) i na końcu Minecrafta. I Barbie musi „wygrać” w Minecrafta. JAK niby można „wygrać” w Minecrafta?!
Poza tym, filmowi się trochę rozjechało przesłanie. Miało być „think outside the box”, ale w rzeczywistości to, co Barbie robi, żeby wygrać na każdym levelu, to nic innego, jak zwykły cheating. Miesza w kodzie, wykorzystuje nieuczciwe skróty, kompletnie zmienia zasady gier... Słabo to wyszło, bardzo słabo. Choć jest jeden moment, w którym Barbie jest po prostu zmuszona do oszustwa. Bonusowy level z neonowym wyścigiem. Znajdujące się tam NPC-ki wprost mówią, że są zaprogramowane tak, by wygrać. Wait, what? Co to za gra, w której NIE DA się wygrać? Kto to zaprojektował? Dlaczego? Jaki to ma sens?
Meeeh.
 Ogólnie: doceniam zamysł, doceniam zauważenie, że – hyyy! – dziewczyny też grają w gry... Tylko dlaczego musieli wybrać takie totalnie najprostsze, najnudniejsze, najbardziej kojarzące się z „fake gamer girls”, które grają co najwyżej w Candy Crush na długiej przerwie? Czemu wszystko musi być takie cukierkowo-lukrowane (choć, jak mówiłam, w tą grę z alpakami skaczącymi po ciastkach bym totalnie grała), uproszczone do porzygu i grzeczniutkie do obesrania? Nie mówię, żeby od razu wrzucać Barbie do Call of Duty (choć byłoby to absolutnie zajebiste), ale nie wierzę, że nikt w ekipie nie miał lepszego pomysłu od tego, co zostało nam zaserwowane.
MEH.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Recenzja XLIX: Lilli. Podróż w nieznane - M. R. Marco

Ech. Chyba przestanę recenzować selfpuby, bo tak naprawdę mogłabym napisać jedną, zbiorczą recenzję dla kilkunastu tytułów i nikt by nie zauważył różnicy. Wszędzie te same zarzuty, błędy, nawet fabuła i świat przedstawiony się nigdy nie wybijają ponad przeciętność (no, może poza tą powieścią o konioludziach z kosmosu, to było dziecko jakiegoś ostrego haju). Co ja mogę napisać o tej książce, czego nie napisałam o innych selfpubach?
Nie wiem, co jest brzydsze, paszcza
głównej bohaterki czy wróżka.
Lilli, simka w wieku „młody dorosły”, mieszka ze swoim chłopakiem chyba w Polsce i nienawidzi swojej pracy jako ekspedientka z sklepie typu Żabka. Nagle puf! pojawia się przed nią wróżka i mówi, że musi uratować Standardowy Świat Fantasy. Lilli bez chwili namysłu, cienia wątpliwości ani odrobiny zastanowienia stwierdza stanowczo: pewnie, uratuję wasz świat, nie mając pewności, czy mi się to uda i czy kiedykolwiek będę mogła wrócić na Ziemię, do chłopaka, którego kocham i rodziny, którą mam albo i nie! W Standardowym Świecie Fantasy Lilli odkrywa swoje nowe moce, przed wyruszeniem w drogę zbiera drużynę i rozpoczyna serię dość nieciekawych przygód.
Autor chwali się, że wychował się na grach komputerowych i cóż, bardzo to widać, na niekorzyść powieści. Język – zwłaszcza dialogi – jest potwornie drętwy, bohaterowie monologują jak najęci, wygłaszają długie ekspozycje, a narrator wcale nie jest lepszy i serwuje nam opisy umiejętności i przedmiotów rodem z cRPGów. Świat sprawia wrażenie, jakby autor koniecznie chciał upchać do niego wszystkie magiczne stworzenia, jakie się tylko da, ale dla niepoznaki niektórym ponadawał dziwne nazwy (wilkury, kroki, hikory), więc całość kojarzy się z takim Heroes of Might and Magic: pełno różnych frakcji, które mogłyby się ze sobą naparzać i nic poza tym.
Błędów nie ma dużo, ale raczej rzucają się w oczy. Autor nie może się zdecydować, czy imię głównej bohaterki pisze się przez jedno „L” w środku, czy dwa. W niektórych zdaniach gramatyka szaleje, zdarzają się literówki. Ale na pewno jest o wiele lepiej niż w innych książkach wydawanych za kasę autorów.
Co mnie najbardziej uderzyło, to że ta powieść jest napisana tak potwornie... infantylnie. Dałabym głowę, że autor miał góra piętnaście lat w momencie pisania tego dzieła, ale wychodzi na to, że chyba nie, chyba jednak naprawdę napisał to dorosły facet, i to jest najbardziej zastanawiające. Czy to jest stylizacja na język zrozumiały dla dzieci? Biorąc pod uwagę przewijające się „dorosłe” tematy, to chyba nie, ale jakoś inaczej nie umiem tego odebrać.
Najbardziej licho to wypada, gdy autor próbuje serwować elementy komiczne. Lilli postanawia ogrzać zmarzniętą wróżkę, Biankę, wsadzając ją sobie między cycki – od tej pory Bianka ciągle będzie się dopraszać o podróż lub odpoczynek w tym uroczym miejscu. W ogóle wróżka serwuje nam całą karuzelę śmiechu: dopytuje Lilli o różne aspekty życia na Ziemi i po swojemu interpretuje odpowiedzi. Efekty są dość... żenujące. 
Lilli  się zaśmiała. Bianka spojrzała na nią ze smutkiem w oczach.
– I ty też się ze mnie śmiejesz?
– Nie. – Lilli pokręciła głową. – Tylko tam, skąd pochodzę, jest dużo dziewczyn, co myślą tak jak ty. Nazywają się feministki. Pokazują facetom, że też mogą robić te same rzeczy co oni, a nieraz próbują udowodnić, że wszystko lepiej potrafią.
(...) Bianka sfrunęła z ramienia, wyprzedziła czarodzieja i zatrzymała się przed twarzą Kroka.
– Słuchaj, Kroku. Razem z Lilianą [no właśnie, Liliana czy Lilliana, kurtyzana mać?] jesteśmy feministkami i masz traktować nas z szacunkiem. Zrozumiałeś? (...) To znaczy, że jesteśmy wojowniczkami i trzeba z nami rozmawiać w każdej sprawie. – Bianka pokiwała palcem przed nosem Kroka.
I tak dalej, i tym podobne. Identycznych sytuacji jest w powieści chyba z pięć, i za każdym razem równie nieśmieszne.
Autor ma również problemy z utrzymaniem w ryzach charakterów swoich postaci. Lilli jest w sumie kompletnie nijaka, nie mogę na jej temat powiedzieć absolutnie nic. Czarodziej Zildan niby miał być dostojny i poważny, ale na samym początku obrywamy sceną, w której z podekscytowania zaczyna biegać ze śmiechem wokół stołu – po czym wraca do bycia dostojnym i poważnym, z wybuchami nieuzasadnionej agresji pośrodku. Z całej tej hałastry chyba najbardziej polubiłam Kroka, takiego zapatrzonego w siebie reptilianina, choć i jego postać jest niekonsekwentnie zbudowana i obrywa jej się od wszystkich, z narratorem włącznie.
No i cóż tu więcej powiedzieć? Nie jest to najgorszy selfpub, jaki w życiu czytałam, ale jest to jeden z najbardziej mdłych. Nic się tu nie wyróżnia, nawet na minus. Jest bo jest i tyle. Można przeczytać, można olać – i niczego to nie zmieni. Nawet nie umiem tego jakoś sensownie ocenić. Ot, dupy nie ma, szału nie urywa.

sobota, 14 stycznia 2017

Recenzja XLVIII: Kawaii Scotland

 Winifreda RAZ W ŻYCIU chciała napisać reckę czegoś na świeżo, co właśnie miało premierę. I na co się zdało zamawianie w przedsprzedaży? Na nic, bo Poczta Polska ssie pałę. *złość, nienawiść i strzelające lawą wulkany*
Ale kiedy W KOŃCU dostałam w moje łapki tomik mangi autorstwa Dranki i Kobiety Ślimaka... Cała złość zrobiła puf! w obłoczku owczej wełny. To jest zbyt... kawaii, żeby się złościć!
Autorka rysunków, Dranka, zarzeka się, że to jej pierwsza w życiu próba komiksowania. Mimo to, rysunki są o niebo lepsze niż w niektórych „prawdziwych” mangach, jakie zdarzyło mi się czytać. Widać tu dużą dozę profesjonalizmu i ogrom ciężkiej pracy, ale przede wszystkim: pasji. Kto by się nie bawił dobrze, rysując mangę o yaoi-Szkotach-kotach?!
Fabuła to nic innego jak pastisz wszelkich dostępnych klisz znanych z shojo, yaoi i mang ogólnie. Bohaterowie, mimo swoich tokenicznych imion – Ukechan, Semesenpai etc – i zachowania, są (przepraszam, ale nie mam na to innego słowa) przezajebiści. Ukechan, mimo bycia typowym, fajtłapowatym, zasmarkanym ukesiem, jest przesympatyczny i czytelnik naprawdę kibicuje mu w nieudolnych próbach zdobycia serca Semesenpaia; sam zaś Semesenpai jest pierwszym ever bohaterem mangi/anime, o którym mogę powiedzieć, że jest seksowny w pizdu (ach, ten rozwiany włos...).
Jest to też pierwsza od w ciul dawna pozycja, przy której śmiałam się w głos. Absurdalny humor znany z Chaty Wuja Freda jak zwykle nie zawodzi, szczególnie w połączeniu z genialnymi kadrami. 
Dwa ogromne minusy. Primo: za krótka! Secundo: na drugi tom zapewne trzeba będzie dłuuugo poczekać. Jeśli doczeka się on jakiejś kampanii kickstarterowej, na pewno rzucę w niego hajsem. Więcej seksownych Szkotów w przykrótkich kiltach!
Kawaii Scotland: Origins

PS Chciałam dać jakieś obrazki ze środka, ale nie mogłam znaleźć żadnych online, a nie śmiem ryzykować zniszczenia egzemplarza przez wciskanie go do skanera.