czwartek, 10 sierpnia 2017

Recenzja LVI: Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam trailer tego filmu, jedną z rzeczy, które wiedziałam na pewno, było to, że MUSZĘ to zobaczyć w kinie. Drugą – że prawdopodobnie wyjdę z niego rozczarowana. Okazało się, że myliłam się w przypadku tego ostatniego.
Plakat kojarzący się ze starłorsami jest
najlepszy.
W zasadzie dostałam to, czego chciałam: fantastyczne eyecandy w kosmosie. Ciekawi obcy, futurystyczne lokacje, przepiękne efekty specjalne (choć w niektórych lokacjach, szczególnie w scenach na bazarze, momentami to, co pojawiało się na ekranie było boleśnie paskudne, jakby nagle filmowi urwało od budżetu). Nie nastawiałam się na światowe kino, chciałam blockbustera i dostałam blockbuster.
I muszę powiedzieć, że kompletnie nie rozumiem batów, jakie ten film zbiera.
Czuję delikatny zapaszek Avatara...
W większości opinii, jakie poznałam przed obejrzeniem filmu, przeważało zdanie, że wszystko ssie, ale główni bohaterowie są zajebiści. Ja z kolei odniosłam dokładnie odwrotne wrażenie: że wszystko jest fajne, ale główni bohaterowie są NIE DO ZNIESIENIA.
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z najgorszym schematem „miłosnym”, jaki tylko istnieje w mediach wszelakich: „Nienawidzę cię, jesteś głupi, śmierdzą ci stopy, nigdy za ciebie nie wyjdę CAŁUJ MNIE”. Omfg, jak mnie to wkurzało przez caluteńki seans. Od pierwszych sekund było wiadomo, jak to się skończy. Dodatkowo, Valerian to nudny pyszałek, a Laureline to taki trudny do określenia typ aroganckiej, pretensjonalnej dziewczyny, która może i jest typem silnej postaci kobiecej (choć ta teza upada w wielu, WIELU scenach), ale jest to jednocześnie nieznośna bucera, która w założeniu miała być chyba intrygująca, ale kompletnie taka nie jest.
No i absolutnie nie kupuję tego, że tacy gówniarze są majorami. Może i aktorzy mają 24 (Cara Delevingne) i 31 (Dane DeHaan) lat, ale wyglądają na szesnastolatków, koleś grający Valeriana nawet wygląda młodziej od Laureline. Z drugiej strony, nawet by mi to nie przeszkadzało – hej czasy się zmieniły, jesteśmy w kosmosie, może to normalne, że takie młodziki brylują jako ważniaki w wojsku, a może rozwój technologii i medycyny pozwalają na zachowanie nastoletniej buziuchny na czterdzieści lat naprzód, a może po prostu jestem bucem i się czepiam  gdyby nie fakt, że z jakiegoś powodu film usiłuje sprawiać wrażenie, jakby główną osią fabuły był właśnie ten durny, gówniarski romans między nimi.  Może to efekt chęci dotarcia do tłumów nastolatków i nastolatek, zafascynowanych tworami YA?
Tak, wiem, komiks et cetera. W życiu o nim nie słyszałam, ale po obrazkach widzę, że komiksowy Valerian wygląda na DUŻO starszego niż portretuje go film.
Jak tylko zobaczyłam naszych słodkich protagonistów
w trailerze, jęknęłam "O nie", spodziewając się najgorszego.
Nie pomyliłam się.
Do samej fabuły nie mam większych uwag, może poza małym marudzeniem na antagonistę, który jest jednym, wielkim zmarnowanym potencjałem. Z uwagi na jego czyny, można było z niego zrobić naprawdę świetną postać, głęboką, interesującą. Zamiast tego dostaliśmy typowego szwarccharaktera, który w wolnych chwilach zapewne topi małe szczeniaczki.
Zamarudzę też na zwierzątko, które połyka przedmioty, a potem... cóż, wysrywa setki ich kopii. Co prawda nie wypadają bezpośrednio z odbytu, ale i tak nie sposób porównać to z czymś innym. Dlaczego twórcy uznali, że coś takiego powinno być bardzo ważnym elementem fabuły? Ciężko traktować to poważnie.
Najlepsza scena w całym filmie: różne nacje ludzi,
a następnie obcych, symbolicznie podających sobie ręce.
Poza tym jednak... to nie był zły film. Naprawdę. Widziałam wiele dużo, dużo gorszych filmów z podobnym budżetem, które były totalnym dnem i świat się nimi zachwycał jak pojebany. Dlaczego akurat TEN film dostaje takie cięgi, mimo że nie wydaje mi się, by istniał jakikolwiek aspekt, który tak bardzo mógł go ciągnąć na dno?
Nie wiem i zapewne się nie dowiem. Pozostaje mi wzruszyć ramionami i poczekać na DVD, by je zakupić i radośnie oglądać w domowym zaciszu wszystkie te piękne komputerowe twory.

niedziela, 23 lipca 2017

Recenzja LV: Tajemnica Nefrytanii - Katarzyna Petrykowska

Serio, autorko? Wystawiasz własnej książce ocenę 10/10 i nawet się z tym nie kryjesz? Nawet Michalak nie jest tak bezczelna.
Strong Ferrin vibe.
Mimo tego, powieść ta przyciągnęła moją uwagę, bo (poza tym, że jestem masochistką i złe selfpuby to moje guilty pleasure) bardzo lubię motyw podróży do innego świata. Mało tego, po darmowym fragmencie okazało się, że w tym przypadku jest to świat gry komputerowej. Po moich ostatnich doświadczeniach z selfpubami o podróży do świata gier pewnie powinnam była pójść po rozum do głowy i olać sprawę cienkim sikiem, problem w tym, że mam okropną słabość do tego typu historii: nieszczęśliwa na Ziemi dziewczyna/dziewczynka, która idzie do świata fantazji i tam ratuje świat, przeżywając masę przygód... Kurde, sama mam takie opko na koncie, napisane w wieku dziewięciu lat, więc siła sentymentu jest mocna. Nie mogłam NIE przeczytać Nefrytanii.
No i cóż... nie ma zaskoczenia, to zła książka jest. Błędy na każdej stronie („Proca Struża”, „Niedobrze, oj, nie dobrze...”, interpunkcja w cały świat, kompletna nieumiejętność poprawnego zapisu dialogów etc.), Fetysz Pisania Wszystkiego Z Wielkich Liter, niespójność świata przedstawionego, fabuła, która sprawia wrażenie wymyślanej na bieżąco, niewiarygodny infantylizm nawet jak na powieść kierowaną dla dzieci... Nawet ilustracje są koszmarne, jest ich jakieś pięć na krzyż i co jedna, to gorsza od poprzedniej.
Żeby nie być gołosłowną...
Główną bohaterką jest Larysa, dziewczę w wieku bodaj czternastu lat, bardzo nieszczęśliwe z powodu ojca, który ją zostawił, matki-pijaczki, która sobie z tą sytuacją nie radzi oraz szkolnych prześladowców. Pewnego dnia dostaje na urodziny od babci grę kupioną na targu (aha...), w której wciela się w elfkę Nivę. Niva niespodziewanie odwiedza jej świat i mówi, że świat z gry, Nefrytania, potrzebuje jej pomocy w znalezieniu porwanego króla. Larysa, choć mocno niechętnie, zgadza się i w ciele Nivy udaje się uratować fantastyczny świat.
Założę się o wszystko, że jest to pierwsza w życiu próba pisarska autorki, bo oczytana, dorosła osoba, szlifująca warsztat od kilku lat, choćby się bardzo starała, to nie byłaby w stanie napisać nic nawet stylizowanego na coś tak okropnego. No bardzo mi przykro, po przedmowie czuć, że autorka jest sympatyczną osobą i bardzo się cieszy z napisania, ekhem, książki, ale pisać to ona po prostu NIE umie. Koniec, kropka.
A mimo to... z różnych selfpubów ten wyróżnił się tym, że czytało się go przyjemnie. Można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że to jedna z tych książek, które są tak złe, że aż dobre. Absolutnie nie w sensie „obiektywnie dobrze napisane”, ale, hm... śmieszne. Niektóre elementy świata przedstawionego i rozwiązania fabularne są tak dziwne, głupie lub kretyńskie, że ciężko nie wybuchnąć śmiechem albo co najmniej nie dostać wytrzeszczu z niedowierzania. Aspekt rozrywkowy jest przedni – choć niezamierzony.
Dzieciom raczej nie polecam – zbyt miałkie i infantylne nawet dla kilkulatków. Dorosłym – jak najbardziej.
Jeden z wielu fragmentów, przy których parsknęłam
śmiechem w pociągu.

sobota, 24 czerwca 2017

Recenzja LIV: Dragonheart IV. Battle for the Heartfire

No. Nakręcili kolejny.
♪ Guess who's back ♪
♪ Back again ♪
Z góry muszę powiedzieć, że trzecia i czwarta część same w sobie to na dobrą sprawę nie najgorsze smocze filmy. Myślałam, że byłyby jeszcze lepsze, gdyby tworzyły własną serię, we własnym uniwersum et cetera, zamiast żerować na znanej marce. Po obejrzeniu czwóreczki... przestałam być tego taka pewna.
Fabuła! Znany z poprzedniej części Drago (tym razem, z jakiegoś powodu, grany przez Patricka Stewarta zamiast Bena Kingsleya [co w sumie wcale nie jest złą zmianą]) wciąż żyje, mimo że Gareth, z którym podzielił się sercem, umiera. Okazuje się, że smok czuje połączenie z jego wnuczętami, które odziedziczyły pewne niezwykłe zdolności: Edric ma nadludzką siłę, a Meghan potrafi kontrolować ogień. Problemy się zaczynają, gdy rodzeństwo rozpoczyna rywalizować o tron.
Meghan ma taki piękny strój, że omg, ja też taki chcę! <3
Fabularnie film stoi sporo wyżej od poprzedniej części, która była dość sztampowa i, co tu wiele kryć, nudnawa. Ten przynajmniej jest jasną kontynuacją wydarzeń, choć niektóre aspekty są niejasne. Niby była mowa o tym, że jest więcej smoków niż Drago, bo w końcu spadły z tego kosmosu jeden film temu, i że były szanowane i co najmniej jeden z nich podzielił się sercem z innym człowiekiem... tylko że tak jakoś w ogóle ich nie ma. Wiemy tylko, że jedna smoczyca zginęła Najgłupszą Śmiercią Ever (TM) i tyle. Reszta smoków po prostu wyparowała, Drago is the last one. Ale... dlaczego? WSZYSTKIE zginęły Najgłupszą Śmiercią Ever (TM)? Ktoś na nie polował? Dlaczego, skoro były czczone i szanowane? Nie ogarniam tej kuwety. Sprawia to wrażenie, jakby albo twórcom zabrakło hajsu na animowanie więcej niż jednego smoka, albo... tak im było fabularnie wygodniej.
Whatever, i tak ja jestem najważniejszy.
Technicznie film stoi na poziomie... cóż, mocno nierównym. Choć stroje postaci są piękne i klimatyczne, tak już lokacje sprawiają wrażenie, że nie pochodzą z filmu, tylko z miejscówki na LARPa. Nie, panowie i panie twórcy, nałożenie na obraz filtrów zmieniających kolory na niebieski nie sprawią, że wasz film stanie się bardziej fantasy. A skoro jesteśmy przy kolorkach... to właśnie taki jest niemal caluteńki film: granatowy, ciemny i ponury. Dlaczego? Historia może i jest całkiem poważna, ale to nie znaczy, że widz musi cały seans mrużyć oczy, by w ogóle coś zobaczyć. Nie wiem, jak was, ale mnie to potwornie wkurza, szczególnie gdy w filmie występuje SMOK i przez cały jego czas ekranowy NIE MOGĘ GO SOBIE OBEJRZEĆ.
Co do smoka, to wyglądem nieco się różni od tego samego gada z poprzedniej części. Wyraźnie nabrał ciałka i stał się mniej zwierzęcy, a bardziej... komiksowy. Dużo bliżej mu do Draco z oryginalnego „Dragonhearta”. Niestety, niewiele ma scen, w których naprawdę błyszczy, bardzo mało popisów w powietrzu czy emocjonujących scen akcji.
A sceny akcji... mają o wiele, WIELE za dużo kompletnie zbędnego slow motion. Uwielbiam slow motion, ale tu się pojawia kompletnie Z DUPY. Nic się nie dzieje, ktoś obraca dłońmi, a i tak dostajemy tę scenę w spowolnieniu. Może trzeba wyjaśnić twórcom, że slow motion w scenach akcji gra tylko wtedy, kiedy są naprawdę SZYBKIE i WIDOWISKOWE, i spowolnienie pozwala widzowi obejrzeć wszystkie te fascynujące detale ruchu?
Joł, Edric, myślisz, że teraz to już
NAPRAWDĘ był ostatni smok?
No i cóż mogę więcej rzec? Dostaliśmy przyzwoity, niskobudżetowy film o smoku. Tu i ówdzie szwankuje, ale na tle innych niskobudżetowych filmów o smokach wypada wcale nieźle. Zakończenie nie sugeruje sequeli, choć, szczerze mówiąc, jeśli mają stać na takim poziomie, jak ten tytuł, to nie mam nic przeciwko „Dragonheartowi V”.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Recenzja LIII: Zryw. Grać, aby żyć - Dmitrij Rus

Motyw ucieczki do innego, fantastycznego świata to nie pierwszyzna w literaturze. Ostatnimi czasy, motyw ten poszerzył się o nową gałąź ewolucji: ucieczka do świata gry. Szczególnie popularne jest to w anime. Sword Art Online, Overlord, Konosuba... Tytułów jest mnóstwo, a temat cieszy się sporym wzięciem. No i pewien Ukrainiec mieszkający w Rosji postanowił wykorzystać ten motyw w swojej książce. Którą wydał. Poprzez self-publishing.
Ajajajajaj.
Jakby być czepialskim, to już od okładki
zaczynają się problemy.
Z jakiegoś powodu, w naszym pięknym kraju to wydawnictwo Rea – dalekie od vanity et cetera – postanowiło wypuścić tę książkę na rynek. Z jednej strony zrozumiałe, bo ponoć w Rosji cykl (tia, toto ma już siedem części) cieszy się niezłą popularnością. Z drugiej... serio? Nie bali się wydawać nie dość, że selfpuba, to jeszcze o takiej tematyce?
Cóż, ponieważ lubię motyw ucieczki do świata gry, do lektury przystąpiłam pełna entuzjazmu. Nie, naprawdę. Mimo wiedzy, że to rosyjski selfpub. No i cóż... czy muszę tłumaczyć, jak srodze się zawiodłam?
Ok, wiem, że muszę.
A zatem: nasz główny bohater dowiaduje się, że ma raka mózgu i został mu jakiś miesiąc życia. Odkrywa, że istnieje sposób na przeżycie... mniej więcej. Otóż rozwój technologii gier komputerowych doprowadził do powstania zjawiska zwanego „zrywem”: osoba zbyt długo pozostająca w wirtualnym świecie 3D, umysłem zostaje w nim uwięziona, bez możliwości powrotu, za to z gwarancją spędzenia reszty (prawdopodobnie nieśmiertelnego) życia w wirtualnym świecie, czemu nie może przeszkodzić nawet odłączenie od internetu, wyłączenie serwerów czy całkowite zlikwidowanie gry. Niewiele myśląc, bohater rozpoczyna nowe życie jako nekromanta Lait.
Ja pitolę, nawet nie wiem, od czego zacząć.
Na początku zapowiadało się nawet nieźle, wręcz obiecująco. Ale gdy tylko Lait przekracza próg świata gry, wszystko się wali i jakość powieści leci na łeb, na szyję. Choć Lait nigdy nie grał w tego konkretnie MMORPG-a, los mu sprzyja po prostu we wszystkim. Jest genialny, wspaniały i niesamowity. Tworzy hybrydę kiepskiej klasy, ale odkrywa sposób na uczynienie z tego najlepszej klasy w grze. Bez najmniejszych problemów wchodzi w posiadanie najpotężniejszych itemów i najrzadszych mountów. Co chwilę zupełnie, absolutnie, totalnie przypadkiem odkrywa tajne questy o ogromnych nagrodach, które W ŻYCIU nie miałyby prawa zaistnieć w jakiejkolwiek grze MMO, co zostaje zbyte machnięciem ręki i krótkim domysłem, że moderatorzy czuwają. Najwyraźniej moderatorzy tej gigantycznej gry, pełnej ludzi w zrywie, najwięcej czasu spędzają, pochylając się nad Laitem i pilnie dbając o jego zajebistość, bo innego wytłumaczenia tu po prostu nie ma.
Aspektem tej książki, która najbardziej doprowadza mnie do białej gorączki, jest przedstawienie postaci kobiecych i to, jak główny bohater się do nich odnosi, serwując niekończącą się kopalnię mądrości na temat ich próżności, spóźnialstwa, płaczliwości, głupiutkości et cetera. Taali, dziewczyna, która przyznaje, że gra, by zapomnieć o traumatycznym wydarzeniu, jakim było porwanie przez grupę facetów, zbiorowy gwałt, porzucenie w rowie, społeczny lincz i przegraną w sądzie, bo chłopaczki byli synalkami jakichś grubych ryb, niemal natychmiast po poznaniu Laita rzuca mu się w ramiona i do łóżka. AAAAAARRRRRRRGHHHHHHHHHHH!!!
Jakby tego było mało, język powieści jest po prostu KOSZMARNY. Naprawdę, w życiu nie widziałam czegoś tak masakrycznie ZŁEGO. Rosyjskiego uczyłam się cały jeden semestr, w czwartej klasie podstawówki, i jedyne, co mi po tym zostało, to umiejętność powiedzenia „banan” z akcentem, ale wygląda mi to tak, jakby tłumacz albo wrzucił tekst do translatora, albo ze słownikiem w ręku tłumaczył wszystko dosłownie, słowo po słowie, i tak zostawił. Gramatyka jest jakaś z kosmosu, zwroty, nawet pojedyncze słowa często w ogóle nie mają sensu w kontekście, szyk zdania lata w cały świat. W dodatku pojawiają się karygodne błędy, jak twierdzenie, że królik to dziecko zająca. Panie aŁtor, spieszę z wyjaśnieniem: królik i zając to dwa osobne gatunki, które na dokładkę nawet nie mogą się krzyżować. A dialogi... to osobny koszmar, który nawet ciężko mi opisać. Brzmi to jak maksymalnie nieudolna stylizacja, tylko nawet nie wiem na co. Jakiś rubaszna, pseudośredniowieczna gwara, którą na dokładkę posługują się WSZYSCY: NPCe, gracze casualowi, ludzie pogrążeni w zrywie...
Oprócz tego, powieść jest niewiarygodnie wprost NUDNA. Każda strona jest wręcz zasrana dokładnym tłumaczeniem statystyk, mechaniki, sposobem działania gry, interfesju, czarów, umiejętności... No i wszystko super, tylko że to nie ma ŻADNEGO wpływu na fabułę. Oh, wait, TU NIE MA ŻADNEJ FABUŁY!!! Nie ma absolutnie żadnego konfliktu! Ni ma! Zero! Null! Nada! Lait bryka po wirtualnym świecie, zabija mobki i tyle, NIC z tego nie wynika. Nic go już nie łączy z prawdziwym światem, ani pół myśli nie poświęca matce-inwalidce, no chyba że ta kupi mu trochę wirtualnej waluty za swoje ostatnie pieniądze z renty. Nikt ani nic mu nie zagraża, no bo serio, niby z jakiego powodu ma nas, czytelników, obchodzić jakiś pseudokonflikt z gildią dupków, skoro a) Lait jest nieśmiertelny i może się odrodzić, b) jest tak zajebisty, że nikt, nawet aŁtor, nie jest w stanie mi wmówić, że cokolwiek mu grozi? Rany boskie, ile tu jest zmarnowanego potencjału, to aż głowa mała.
Nie dotrwałam do końca. Nie rzuciłam tym o ścianę tylko dlatego, że mam na czytniku i mi go szkoda. Na zakończenie, łapajcie parę cytatów na potwierdzenie moich słów.

„Masz ci! Wciąż nie może się uspokoić, może go nożykiem dźgnąć? Obawiam się jednak, że paralizacją już się nie wykręcę.”

„Niesamowita detalizacja!”

„Pomilczałem chwilę i podniosłem głowę ku niebu.
– SztInie, jeśli mnie słyszysz. Słuchaj, jeśli ktokolwiek dowie się o tej rozmowie, niewczyna może nie dożyć do rana. Dlatego proszę, nie przelewaj nigdzie info, inaczej po prostu ją zabijesz.
Dziewczyna ze zdziwieniem popatrzyła na mnie:
– Ty myślisz?
– Tak, myślę. SztIn jest tu bogiem: on jest wszędzie i we wszystkim. Może i słucha, kto to wie...
Podniosłem się.
– Co się tyczy twojej historii... Ja ciebie rozumiem. Czym będę w stanie – pomogę. Najważniejsze, byś nie wpadła w amok. Sama się podstawisz i siostry nie pomścisz.
– Ty rzeczywiście akceptujesz?!

[Po tym, jak Lait i Taali uprawiali seks w wirtualu:]
„Zajrzałem do szeptu. A tu wiadomość od elfki. Oskarża mnie, że uwiodłem podpitą dziewczynę. No, ale przy tym zapowiada, że wpadnie znowu wieczorkiem. Zagadkowa jest ta żeńska logika...”

– Gdzie rozbijemy obóz? – Elfka nałożyła na hełm wianek z leśnych kwiatów. Wyglądała znakomicie. Musiałem zbierać dla niej kwiaty od chwili, gdy zobaczyłem, jak zaświeciły jej oczy, gdy schyliłem się po Słońcolista i jak była rozczarowana, gdy wepchnąłem go do torby.


niedziela, 19 marca 2017

Recenzja LII: Piękna i Bestia (2017)

 Naprawdę spodziewałam się dobrego kina. Naprawdę czułam, że nie będę zawiedziona. Naprawdę chciałam zobaczyć ten film. Lecz gdy tylko logo Disneya z podstawionym zamkiem Bestii okazało się być już właściwym filmem i narratorka rozpoczęła swoją robotę, pomyślałam: o nie.
Może i jest pięknie, ale...
co z tego?

Cóż, okazało się, że to logo będące filmem to niezła metafora tego, co zaszło. Jeden wielki cash grab. Bezczelne, cyniczne granie na nostalgii. Ten film nie oferuje NIC nowego ani tym bardziej lepszego względem oryginału. Nie ma absolutnie żadnego powodu, by istniał.
W przypadku „Kopciuszka” i „Księgi Dżungli” jeszcze można było zrozumieć ideę remake'u, bo animowane oryginały były mocno takie sobie. „Czarownica”, od której w sumie wszystko się zaczęło, opowiadała historię z drugiej strony barykady. Ale „Piękna i Bestia”? Ta animacja dostała cholernego OSCARA! Nawet dwa! Tam nie było CZEGO poprawiać! I twórcy remake'u najwyraźniej doskonale zdawali sobie z tego sprawę, bo film z 2017 to dokładnie ten sam, co z 1991, wzbogacony o kompletnie niepotrzebne, nic nie wnoszące do historii wstawki (jak backstory matki Belli), głupie gagi (sikający pies, hjo hjo hjo) albo wręcz sceny kompletnie rozwalające wydźwięk sytuacji, jak okropna piosenka Bestii. W oryginale, po tym, jak Bestia pozwolił Belli jechać do chorego ojca, wydał z siebie głośny, pełen emocji ryk. Tutaj tymczasem... zaczyna śpiewać. Kompletnie nudną, taką stuprocentowo musicalową, bladą piosenkę o tym, jak mu źle i jakie sprzeczne emocje nim targają, i OMG, jaka ona jest ZŁA. NAPRAWDĘ nikt nie musi tam tłumaczyć jak krowie na rowie, co czuje bohater, SAMI potrafimy się tego domyślić, jeśli jest to pokazane w dobry, mocny sposób, jak było w oryginale.
Booo ktooo tak jak Gaston
psuje filmy jak on
oj, zaraz, momencik,
to nie był Gaston
Cała ta katastrofa to iiich wiiina
PRODUCENTÓW DISNEYAAA
Nie powiem, wizualnie film jest bardzo ładny. Piosenki – gorsze niż w oryginale, a te, które zostały dodane jako nowe, są nudne i w ogóle się ich nie pamięta chwilę po tym, jak przebrzmiały. Mówię oczywiście o wersji angielskiej w obu przypadkach – polski dubbing animacji jest mocno taki sobie, a oryginalny soundtrack to moja ulubiona ścieżka dźwiękowa z filmu ever forever. Emma Watson gra i śpiewa całkiem spoko. Bestia... o ile zachowanie i charakter jest względnie ok, o tyle strasznie mnie mierzi jego wygląd. To nie jest potwór, to jest szczeniaczek. Jest ładny, ma sexy klatę, nie ma garba, nie chodzi na czterech łapach... i ponownie niszczy to wydźwięk kolejnej sceny, kiedy na końcu Bella rozpoznaje przemienionego w człowieka Bestię po oczach, bo w formie potwora tylko to się nie zmieniło. Tu tak czy siak jest ładny, więc who cares.
Próby nadania całej historii sensu po prostu nie wychodzą. Okoliczna wioska nie ma pojęcia o wielkim nawiedzonym zamczysku w lesie? Och, to dlatego, że czarodziejka sprawiła zaklęciem, że stracili pamięć. Tylko kto nimi władał przez te wszystkie lata? Komu płacili podatki jak nie temu okropnemu, rozpieszczonemu księciuniowi? Jasne, w oryginale też nikt tego nie wyjaśnia, ale nikt nawet nie PRÓBUJE tego robić, bo NIE MA POTRZEBY. To jest BAŚŃ, możemy przymknąć oko na niektóre rzeczy. Ale jak sami na początku rzucacie hasłami o podatkach i klątwach zapomnienia, żeby tylko próbować wyjaśnić niektóre nieścisłości, to wystawiacie się na talerzu dla takich czepialskich buców jak ja, którzy zauważą, że to rodzi jeszcze więcej nieścisłości.
I ciekawe, że na końcu, kiedy wieśniacy wszystko sobie przypominają i widzą znowu księcia, nie wywiązuje się podobny dialog:
– Ej, czy to czasem nie jest ten nadęty gówniarz, który ustanowił koszmarnie wysokie podatki?
– Yup.
– Ten, który zrobił to, żeby przepierdolić hajs na tancerki i bibeloty?
– Ten sam.
*chwila ciszy*
– Dlaczego się cieszymy z jego powrotu...?
– ĆŚŚ.
Ta magiczna książka... ugh, PO CO TO KOMU?!
  W zasadzie w tym filmie podobały mi się tylko dwa aspekty. Primo: LeFou. I to nie dlatego, że był gejem (bo na dobrą sprawę to był taki typ geja totalnie przesadzonego, muskającego mężczyzn po noskach, taki comic relief), ale dlatego, że rozwinęli jego charakter. Zmienia się, zaczyna mieć wątpliwości wobec Gastona. Szkoda tylko, że na koniec filmu... po prostu znika. Nie widzimy nawet jego reakcji na śmierć Gastona (który w animacji spadł w przepaść, a tu – do ogrodu, także ten, no, miłego sprzątania). Słabo.
Secundo: strasznie mi się spodobało, że kobiety obrywają tu na równi z mężczyznami. Podczas bitwy na zamku, wieśniaczki tak samo dostają po zadach, a w scenie zabawy na śniegu, Bella dostaje ogromną kulą śniegową prosto w twarz – cholernie mi tego brakowało w animacji!
Można powiedzieć, że dałam się nabrać. Myślałam, że to będzie coś nowego, jakieś duże zmiany, inne spojrzenie... ale nie, to słowo w słowo, piosenka w piosenkę to samo, tylko gorsze. Gdyby to był projekt fanowski, byłby super, ale wypuszczenie czegoś takiego przez Disneya jest po prostu żenujące. Najbardziej zbędny film stulecia. Wytwórni należy się za to bojkot.
 


czwartek, 2 marca 2017

Recenzja LI: BoJack Horseman

Fani South Parku zapewne zgodzą się, że najbardziej depresyjnym odcinkiem ever jest „You're getting old”. Stan kończy dziesięć lat i odkrywa, że wszystko, co do tej pory lubił, przestało mu się podobać. Stopniowo coraz mniej rzeczy sprawia mu przyjemność, aż dochodzi do momentu, w którym wszystkie aspekty życia wyglądają dla niego jak gówno. I niby są żarty, są gagi, jest się z czego pośmiać, absurd et cetera, ale ogólny wydźwięk odcinka w połączeniu z tą potwornie smutną piosenką Stevie Nicks sprawiają, że na koniec ma się ochotę palnąć sobie w łeb ze smutku.
BoJack Horseman to „You're getting old”, z którego ktoś zrobił osobny serial.
And I saw my reflection in the snow covered hills
Till the landslide brought me down...
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to jeden z tych głupich seriali „dla dorosłych”, których autorzy myślą, że jak bohaterowie rzucają fakami i uprawiają seks, to już to wystarczy, by animacja była dobrą animacją „dla dorosłych”, a głównym żartem jest fakt, że główny bohater to koń. Nic bardziej mylnego. BoJack Horseman to jeden z najlepszych seriali animowanych, jakie widziałam. Wciąż budzi u mnie skojarzenia z South Parkiem, właśnie dlatego, że pod przykrywką absurdu i humoru (choć u BoJacka jest zdecydowanie mniej kloaczny) kryje się ta inteligentna satyra, to gorzkie spojrzenie na świat i smutna refleksja nad życiem. Nie raz po seansie człowiek usiądzie w zadumie nad własnym życiem, a wnioski wcale nie będą mu się podobać.
Oh, mirror in the sky, what is love?
Can the child within my heart rise above?
BoJack w młodości był gwiazdą sitcomu, uwielbianą przez miliony. Lata minęły, sława przeminęła, pozostała fortuna i uczucie pustki. Postanawia ją wypełnić poprzez napisanie autobiografii, by znów zdobyć uznanie innych. Niestety, nie pomaga fakt, że BoJack to tak w sumie straszliwy dupek: egoista, narcyz, bawidamek, uzależniony od wszystkiego, od czego da się uzależnić i od waty cukrowej. Z jednej strony ciężko kibicować komuś takiemu, z drugiej... it's relatable.
Wiem, dziwne. W końcu doskonała większość świata nie jest byłą gwiazdą telewizji, nie śpi na pieniądzach, nie jest dupkami... albo, podobnie jak BoJack, nie uważa się za takowych. Zonk.
Can I sail through the changing ocean tides?
Can I handle the seasons of my life?
Warstwa humorystyczna stoi na dobrym poziomie, momentami nawet bardzo dobrym. O ile żarciki ze zwierzoludzi robiących zwierzęce rzeczy są raczej suche, o tyle żarty słowne wiele razy wywołały u mnie uśmiech. Mimo moich porównań do South Parku, nie bójcie się, nie ma żartów o kupie ani niczego zbyt wulgarnego ani obrzydliwego (jak scena zmiany płci pana Garrisona, mniam mniam).
Styl animacji jest dość prosty, postaci nie wykonują skomplikowanych ruchów, ich rysy są... w sumie trochę nieciekawe. Mało charakterystyczne. Ale z upływem odcinków przestaje się na to zwracać uwagę. Cała reszta jest po prostu zbyt dobra.
But time makes you bolder
Even children get older and I'm getting older too...
Polecam mocno. Depresja gwarantowana.

wtorek, 24 stycznia 2017

Recenzja L: Barbie Video Game Hero

No cóż... Najwyraźniej cały budżet na filmy Barbie zaplanowany na dwa lata poszedł w produkcję „Gwiezdnej przygody”, bo dwa kolejne tytuły ewidentnie trącą taniochą. Najpierw „Barbie i jej siostry na tropie piesków”, które mogę zrecenzować jednym słowem: meh. A teraz „Barbie Video Game Hero”, które co prawda widać, że był i pomysł, i dobre chęci, ale wyszło jak wyszło. Czyli mocno tak sobie.
Meh.
Na samym początku film mocno plusuje: Barbie nie jest po prostu gejmerką, ale też twórcą gier komputerowych (totalnie grałabym w tą platformówkę z alpakami). Jednak jednocześnie rzuca się w oczy, hm, grafika, i to nie gry. Modele postaci i pozbawione detali otoczenie jest dokładnie takie samo, jak w publikowanych na Youtubie dwuminutowych vlogach, których „autorką” jest Barbie. Jest tak biednie, że twórcom nawet nie chciało się poprawnie animować jedzenia i przyjaciółka Barbie przez cały film nie jest w stanie skończyć jednego kawałka pizzy. Jasne, wraz z przeniesieniem akcji do świata gier robi się bardziej kolorowo, ale i wtedy widać, że twórcy uciekali się do najprostszych rozwiązań. Nie zobaczymy Barbie-Dovahkiina popylającej przez zapierające dech w piersiach krajobrazy i walczącej ze smokami. Zamiast tego, zmieni się w chibiludka i będzie rzucać żołędziami w plastikowe wiewiórki.
No tak, fabuła. Barbie, jako osóbka najlepsza we wszystkim, czego się dotknie, zostaje zaproszona przez Tutoriala – chmurkowego ludka, który, najwyraźniej, jest tutorialem w absolutnie wszystkich grach na świecie – do beta-testu nowej gry. Zostaje wessana do świata gier i tam okazuje się, że tak naprawdę to chodzi o uratowanie go przed wirusem Emoji i aby tego dokonać, musi wygrać na wszystkich dostępnych levelach (czyli tak naprawdę w czterech zupełnie różnych grach).
Meh.
Przykro to mówić, ale pokonywanie przez Barbie kolejnych poziomów jest po prostu pierońsko nudne. Lubię różne gry, od Skyrima po właśnie takie proste, słitaśne minigierki, ale kurde, nic ciekawego nie ma w tych odwiedzanych przez Barbie światach. Najpierw mamy wyścigi na wrotkach w wesołym miasteczku, potem chibiwiewiórki, potem znowu wyścigi (ale tym razem fajniejsze, w cyber-neonowo-tronowych klimatach) i na końcu Minecrafta. I Barbie musi „wygrać” w Minecrafta. JAK niby można „wygrać” w Minecrafta?!
Poza tym, filmowi się trochę rozjechało przesłanie. Miało być „think outside the box”, ale w rzeczywistości to, co Barbie robi, żeby wygrać na każdym levelu, to nic innego, jak zwykły cheating. Miesza w kodzie, wykorzystuje nieuczciwe skróty, kompletnie zmienia zasady gier... Słabo to wyszło, bardzo słabo. Choć jest jeden moment, w którym Barbie jest po prostu zmuszona do oszustwa. Bonusowy level z neonowym wyścigiem. Znajdujące się tam NPC-ki wprost mówią, że są zaprogramowane tak, by wygrać. Wait, what? Co to za gra, w której NIE DA się wygrać? Kto to zaprojektował? Dlaczego? Jaki to ma sens?
Meeeh.
 Ogólnie: doceniam zamysł, doceniam zauważenie, że – hyyy! – dziewczyny też grają w gry... Tylko dlaczego musieli wybrać takie totalnie najprostsze, najnudniejsze, najbardziej kojarzące się z „fake gamer girls”, które grają co najwyżej w Candy Crush na długiej przerwie? Czemu wszystko musi być takie cukierkowo-lukrowane (choć, jak mówiłam, w tą grę z alpakami skaczącymi po ciastkach bym totalnie grała), uproszczone do porzygu i grzeczniutkie do obesrania? Nie mówię, żeby od razu wrzucać Barbie do Call of Duty (choć byłoby to absolutnie zajebiste), ale nie wierzę, że nikt w ekipie nie miał lepszego pomysłu od tego, co zostało nam zaserwowane.
MEH.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Recenzja XLIX: Lilli. Podróż w nieznane - M. R. Marco

Ech. Chyba przestanę recenzować selfpuby, bo tak naprawdę mogłabym napisać jedną, zbiorczą recenzję dla kilkunastu tytułów i nikt by nie zauważył różnicy. Wszędzie te same zarzuty, błędy, nawet fabuła i świat przedstawiony się nigdy nie wybijają ponad przeciętność (no, może poza tą powieścią o konioludziach z kosmosu, to było dziecko jakiegoś ostrego haju). Co ja mogę napisać o tej książce, czego nie napisałam o innych selfpubach?
Nie wiem, co jest brzydsze, paszcza
głównej bohaterki czy wróżka.
Lilli, simka w wieku „młody dorosły”, mieszka ze swoim chłopakiem chyba w Polsce i nienawidzi swojej pracy jako ekspedientka z sklepie typu Żabka. Nagle puf! pojawia się przed nią wróżka i mówi, że musi uratować Standardowy Świat Fantasy. Lilli bez chwili namysłu, cienia wątpliwości ani odrobiny zastanowienia stwierdza stanowczo: pewnie, uratuję wasz świat, nie mając pewności, czy mi się to uda i czy kiedykolwiek będę mogła wrócić na Ziemię, do chłopaka, którego kocham i rodziny, którą mam albo i nie! W Standardowym Świecie Fantasy Lilli odkrywa swoje nowe moce, przed wyruszeniem w drogę zbiera drużynę i rozpoczyna serię dość nieciekawych przygód.
Autor chwali się, że wychował się na grach komputerowych i cóż, bardzo to widać, na niekorzyść powieści. Język – zwłaszcza dialogi – jest potwornie drętwy, bohaterowie monologują jak najęci, wygłaszają długie ekspozycje, a narrator wcale nie jest lepszy i serwuje nam opisy umiejętności i przedmiotów rodem z cRPGów. Świat sprawia wrażenie, jakby autor koniecznie chciał upchać do niego wszystkie magiczne stworzenia, jakie się tylko da, ale dla niepoznaki niektórym ponadawał dziwne nazwy (wilkury, kroki, hikory), więc całość kojarzy się z takim Heroes of Might and Magic: pełno różnych frakcji, które mogłyby się ze sobą naparzać i nic poza tym.
Błędów nie ma dużo, ale raczej rzucają się w oczy. Autor nie może się zdecydować, czy imię głównej bohaterki pisze się przez jedno „L” w środku, czy dwa. W niektórych zdaniach gramatyka szaleje, zdarzają się literówki. Ale na pewno jest o wiele lepiej niż w innych książkach wydawanych za kasę autorów.
Co mnie najbardziej uderzyło, to że ta powieść jest napisana tak potwornie... infantylnie. Dałabym głowę, że autor miał góra piętnaście lat w momencie pisania tego dzieła, ale wychodzi na to, że chyba nie, chyba jednak naprawdę napisał to dorosły facet, i to jest najbardziej zastanawiające. Czy to jest stylizacja na język zrozumiały dla dzieci? Biorąc pod uwagę przewijające się „dorosłe” tematy, to chyba nie, ale jakoś inaczej nie umiem tego odebrać.
Najbardziej licho to wypada, gdy autor próbuje serwować elementy komiczne. Lilli postanawia ogrzać zmarzniętą wróżkę, Biankę, wsadzając ją sobie między cycki – od tej pory Bianka ciągle będzie się dopraszać o podróż lub odpoczynek w tym uroczym miejscu. W ogóle wróżka serwuje nam całą karuzelę śmiechu: dopytuje Lilli o różne aspekty życia na Ziemi i po swojemu interpretuje odpowiedzi. Efekty są dość... żenujące. 
Lilli  się zaśmiała. Bianka spojrzała na nią ze smutkiem w oczach.
– I ty też się ze mnie śmiejesz?
– Nie. – Lilli pokręciła głową. – Tylko tam, skąd pochodzę, jest dużo dziewczyn, co myślą tak jak ty. Nazywają się feministki. Pokazują facetom, że też mogą robić te same rzeczy co oni, a nieraz próbują udowodnić, że wszystko lepiej potrafią.
(...) Bianka sfrunęła z ramienia, wyprzedziła czarodzieja i zatrzymała się przed twarzą Kroka.
– Słuchaj, Kroku. Razem z Lilianą [no właśnie, Liliana czy Lilliana, kurtyzana mać?] jesteśmy feministkami i masz traktować nas z szacunkiem. Zrozumiałeś? (...) To znaczy, że jesteśmy wojowniczkami i trzeba z nami rozmawiać w każdej sprawie. – Bianka pokiwała palcem przed nosem Kroka.
I tak dalej, i tym podobne. Identycznych sytuacji jest w powieści chyba z pięć, i za każdym razem równie nieśmieszne.
Autor ma również problemy z utrzymaniem w ryzach charakterów swoich postaci. Lilli jest w sumie kompletnie nijaka, nie mogę na jej temat powiedzieć absolutnie nic. Czarodziej Zildan niby miał być dostojny i poważny, ale na samym początku obrywamy sceną, w której z podekscytowania zaczyna biegać ze śmiechem wokół stołu – po czym wraca do bycia dostojnym i poważnym, z wybuchami nieuzasadnionej agresji pośrodku. Z całej tej hałastry chyba najbardziej polubiłam Kroka, takiego zapatrzonego w siebie reptilianina, choć i jego postać jest niekonsekwentnie zbudowana i obrywa jej się od wszystkich, z narratorem włącznie.
No i cóż tu więcej powiedzieć? Nie jest to najgorszy selfpub, jaki w życiu czytałam, ale jest to jeden z najbardziej mdłych. Nic się tu nie wyróżnia, nawet na minus. Jest bo jest i tyle. Można przeczytać, można olać – i niczego to nie zmieni. Nawet nie umiem tego jakoś sensownie ocenić. Ot, dupy nie ma, szału nie urywa.

sobota, 14 stycznia 2017

Recenzja XLVIII: Kawaii Scotland

 Winifreda RAZ W ŻYCIU chciała napisać reckę czegoś na świeżo, co właśnie miało premierę. I na co się zdało zamawianie w przedsprzedaży? Na nic, bo Poczta Polska ssie pałę. *złość, nienawiść i strzelające lawą wulkany*
Ale kiedy W KOŃCU dostałam w moje łapki tomik mangi autorstwa Dranki i Kobiety Ślimaka... Cała złość zrobiła puf! w obłoczku owczej wełny. To jest zbyt... kawaii, żeby się złościć!
Autorka rysunków, Dranka, zarzeka się, że to jej pierwsza w życiu próba komiksowania. Mimo to, rysunki są o niebo lepsze niż w niektórych „prawdziwych” mangach, jakie zdarzyło mi się czytać. Widać tu dużą dozę profesjonalizmu i ogrom ciężkiej pracy, ale przede wszystkim: pasji. Kto by się nie bawił dobrze, rysując mangę o yaoi-Szkotach-kotach?!
Fabuła to nic innego jak pastisz wszelkich dostępnych klisz znanych z shojo, yaoi i mang ogólnie. Bohaterowie, mimo swoich tokenicznych imion – Ukechan, Semesenpai etc – i zachowania, są (przepraszam, ale nie mam na to innego słowa) przezajebiści. Ukechan, mimo bycia typowym, fajtłapowatym, zasmarkanym ukesiem, jest przesympatyczny i czytelnik naprawdę kibicuje mu w nieudolnych próbach zdobycia serca Semesenpaia; sam zaś Semesenpai jest pierwszym ever bohaterem mangi/anime, o którym mogę powiedzieć, że jest seksowny w pizdu (ach, ten rozwiany włos...).
Jest to też pierwsza od w ciul dawna pozycja, przy której śmiałam się w głos. Absurdalny humor znany z Chaty Wuja Freda jak zwykle nie zawodzi, szczególnie w połączeniu z genialnymi kadrami. 
Dwa ogromne minusy. Primo: za krótka! Secundo: na drugi tom zapewne trzeba będzie dłuuugo poczekać. Jeśli doczeka się on jakiejś kampanii kickstarterowej, na pewno rzucę w niego hajsem. Więcej seksownych Szkotów w przykrótkich kiltach!
Kawaii Scotland: Origins

PS Chciałam dać jakieś obrazki ze środka, ale nie mogłam znaleźć żadnych online, a nie śmiem ryzykować zniszczenia egzemplarza przez wciskanie go do skanera.