wtorek, 4 października 2016

Recenzja XLVI: Sekretne życie zwierzaków domowych

Trzecia recka filmu pod rząd... No dobra.
Powiem wam, że pokładałam spore nadzieje w tym filmie. Pierwsze teasery były świetne, obiecywały coś nowego, zabawnego i skierowanego do miłośników zwierzaków. Ale później pojawiły się pełniejsze trailery zdradzające fabułę filmu... i pojawiły się wątpliwości. Za bardzo przypominało to „Toy Story”. No, ale ok, wzięłam kredyt zaufania, poszłam do kina.
Tragedii nie było, ale zachwytów – też nie.
Pewien szczegół na powyższym plakacie podsumowuje główny problem „Sekretnego życia zwierzaków domowych”. Mianowicie chodzi o tekst u góry. „Film twórców hitu Minionki”.
Widzicie, kiedy obejrzałam „Jak ukraść księżyc”, polubiłam go z powodu Gru. Kiedy obejrzałam „Jak ukraść księżyc 2/Minionki rozrabiają”, polubiłam go z powodu Gru (i El Macho, omg). Kiedy pojawił się zwiastun „Minionków”... Eeech...
W pierwszym filmie minionki były tylko trochę irytujące. Potem, z kompletnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn, wyewoluowały w jakiś wszechobecny, wkurwiający twór, który ani śmieszny nie jest, ani do niczego nie pasuje, ale z jakiegoś powodu zostały mu przypisane wszystkie zasługi sukcesu marki. Generalnie to są odpowiednikiem Crazy Froga czy innego tego typu badziewia: wygląda głupio, wydaje irytujące odgłosy i zarabia maaasę hajsu. Przez większość czasu miałam zupełnie obojętny stosunek do minionków, ale po tym właśnie filmie, po „Sekretnym życiu...” zdałam sobie sprawę, jak wiele zła uczyniły dla wytwórni Illumination (minus góra forsy zarobiona na masie szajsu z minionkami).
Widzicie, ten film naprawdę MÓGŁ być dobry. Problem w tym, że najwyraźniej twórcy powiedzieli sobie: Ej, robimy film dla dzieci, a dzieci lubią, jak dużo się dzieje, ciągle ktoś krzyczy albo się śmieje, więc zróbmy tak, żeby ciągle ktoś kogoś gonił i było pełno śmiesznych gagów, i pamiętajcie, że NIE MOŻEMY WYWOŁYWAĆ EMOCJI INNYCH OD RADOCHY, kto to widział zmuszać dzieci do myślenia, jeszcze się popłaczą albo co, a nie jesteśmy sadystami, żeby wywoływać płacz u dzieci, co nie?
I tak zmarnowanych zostało co najmniej kilka okazji na poruszenie ważnych, życiowych tematów, które skwitowane zostały li i jedynie żartem albo natychmiastowym przeskokiem do kolejnej sceny akcji. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi trącać wrażliwe struny i opowiadać o poważnych sprawach, ale w tym konkretnym przypadku, coś takiego bardzo by zaplusowało, ba, mogłoby sprawić, że ta animacja stałaby się naprawdę dobrym filmem. Ale nie – zamiast tego mamy kolejny twór minionkopodobny, w którym jest ciągła akcja i gagi, ale jakoś tak zero refleksji nad tym wszystkim.
Wiecie, co myślę? Że ten film byłby dużo, DUŻO lepszy, gdyby zrobił go Disney.
Tak, Disney też ma swoje zady i walety, ale mimo wszystko POTRAFI zbalansować sprawy mniej i bardziej poważne, śmieszne i poruszające, i zrobić to tak, by efekt końcowy nie przesadzał w żadną stronę. Strasznie mnie to uderzyło w „Sekretnym życiu...” w scenie, w której dowiadujemy się, że KTOŚ UMARŁ, ktoś WAŻNY, ale niemal widziałam, jak za kulisami reżyser macha ołówkiem i krzyczy spanikowany: NIE, NIE, NIE! Nie możemy mówić o śmierci! Szybko, dawajcie motyw pokłóconych przyjaciół i scenę pościgu!!!
W obecnej formie, najlepsze fragmenty tego filmu to sam początek i sam koniec. A żeby zobaczyć połowę z tego, wystarczy, że obejrzycie trailery. Także ten, no. Polecam raczej poczekać, aż puszczą w TV, zamiast iść do kina.
PS Pudel Leonard to mój ulubieniec.