wtorek, 6 września 2016

Recenzja XLV: Barbie: Gwiezdna przygoda

Ojejku jej, jaki ten film jest cudowny!
Przepis na świetny film o Barbie?
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam filmy z Barbie. Uwielbiam wszystkie ich klisze, oczojebny brokat, bliźniaczo podobne do siebie historie; wszystkie ich wady i zalety. W poprzedniej notce o barbiowych filmach wspominałam o różnych, hm, epokach tych dzieł: od adaptacji baśni przez idee charakterystyczne dla marki po dżenderową ewolucję. Właściwy podział dzieli się na cztery generacje:
G1 (1987): Obejmuje dwa filmy, o których istnieniu nawet nie wiedziałam, i ciężko je nawet nazwać filmami, bo trwają po dwadzieścia pięć minut. „Barbie and the Rockers: Out of this world” i „Barbie and the Sensations: Rockin' back to Earth” opowiadają o Barbie i jej zespole rockowym, który gra... w kosmosie. Miał być z tego serial, ale coś nie pykło.
G2 (2001-2009): Ta generacja obejmuje wszystkie baśniowo-bajkowo-księżniczkowe filmy, od „Dziadka do orzechów” po „Trzy muszkieterki”.
G3 (2010-2015): Tu wytwórnia zdecydowała się porzucić typowe księżniczkowe baśnie i postanowili się skupić na tym, co chcieliby robić w zgodzie z marką, skupiając się na historiach bardziej współczesnych i bardziej zorientowanych (ku memu nieszczęściu) na modzie. Ale poza koszmarkami pokroju „Tajemnicy wróżek” i „Księżniczki i piosenkarki”, wliczają się w to też moje ulubione filmy z serii „Barbie i jej siostry...” i parę innych udanych filmów (jak choćby „Perłowa księżniczka”), więc możliwości hejtu są ograniczone.
G4 (2015+): Czyli, jak to lubię nazywać, dżenderowa rewolucja, choć tak naprawdę Barbie walczyła z dżenderowymi stereotypami jeszcze zanim się urodziłam, pojawiało się to też w filmach z poprzednich generacji (np. w „Trzech muszkieterkach”), ale mniejsza. Te dzieła łamią stereotypy, główne bohaterki nie są uwiązane do truloffa, zajmują się sprawami uchodzącymi za niedziewczęce i ogólnie kopią tyłki. Obejmuje to filmy takie jak „Superksiężniczki”, „Tajne agentki” czy właśnie „Gwiezdna przygoda”, na której dziś spróbuję się skupić, co łatwe nie będzie, bo nie umiem się rozpisywać o rzeczach, które po prostu strasznie mi się podobają.
Szklanka Strażników Galaktyki...
W czasie kiedy LucasFilm pracuje nad kolejnymi epizodami Gwieznych Wojen, Mattel postanowił wrzucić swoją lalkę w równie kosmiczne klimaty. Nie jest to jednak w żadnym wypadku próba pobrzmiewająca stwierdzeniami typu „Starłorsy som za mało dziewczęce, zrobimy naszą wersję, różową i z brokatem, bo dziewczynki kochają róż i brokat, to będzie dla nich odpowiedniejsze, durr hurr”. W dzisiejszych czasach za takie myślenie naraża się na atak wściekłych SJW i twórcy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Poza tym, z bohaterkami takimi jak Leia czy Rey, Gwiezdne Wojny są wystarczająco „dziewczęce”. Ach, to mi przypomniało, jak siedziałam w pracy, w rejestracji w przychodni, i czekająca w kolejce dziewczynka, lat 3 miesięcy 6, rozkminiała na głos, czy Darth Vader lubi się przytulać (doszła do wniosku, że chyba Chewbacca lubi bardziej). <3
Enyłej, choć róż i brokat się w filmie pojawiają, to wcale nie w przytłaczającej ilości i w żadnym momencie nie jest nie na miejscu, a takie wrażenie się odnosi w sporej części produkcji obierających sobie za target małe dziewczynki. Widzieliście filmy Winx albo Bratz? Tam WSZYSTKO jest różowe... Filmy Barbie z trzeciej generacji, na was też patrzę.
Pół szklanki Avatara...
Świat przedstawiony w „Gwiezdnej przygodzie” jest, cóż... po prostu zachwycający. Wszechświat jest kolorowy, futurystyczne miasto świetnie zaprojektowane, mieszkańcy planet, hm, mogliby być zróżnicowani czymś więcej od koloru skóry i dziwacznych ubrań, ale między nimi przechadzają się androidy i cyborgi, więc wybaczam. Stroje, o matko, postaci są tak świetnie ubrane, że mam ochotę zmienić płeć mojej postaci w Skyforge'u na kobietę i się bawić jakby to była moja lalka Barbie w świecie tego filmu. Na dobrą sprawę nie ma tu nic nad wyraz oryginalnego, wszystko to już gdzieś widzieliśmy, ale jest to misz-masz bardzo udany i cieszący oko.
Na zachwyty z mojej strony zasługują także śliczne modele postaci i animacje. Ze wszystkich filmów o Barbie, tutaj są zdecydowanie najpiękniejsze. Na minus, niestety, montaż. W większości jest ok, ale w niektórych momentach jest naprawdę bardzo, bardzo zły: ujęcia po kilka sekund, urywane jakby w połowie, patrzące z różnych kątów na to samo... Co się zadziało w tych kilku scenach? Dziecko montażysty dorwało się do pulpitu i narozrabiało?
Bardzo mi się podobają także przedstawione tu zwierzęta, poza jednym wyjątkiem: mityczna bestia, która wygląda jak pluszowy dinozaur z pyszczkiem szczeniaczka. Jest po prostu okropna. Wygląda śmiesznie, kiedy próbuje warczeć i sprawiać wrażenie groźnej. Gdyby ten jeden stwór został zaprojektowany inaczej, mogłabym dać filmowi maksymalną ocenę, ale niestety, on tu pasuje jak wół do karety. Ja rozumiem, że w filmie o Barbie nie mogło zabraknąć „słodko” wyglądającego zwierzaka, ale czy nie wystarczyłby Popcorn, zwierzak głównej bohaterki? Czemu dawać tak szpetny wygląd istocie, która miała uchodzić za mistyczną i wspaniałą?
Szczypta No Man's Sky...?
Fabuła! Barbie żyje na odludnej planecie w rezerwacie przyrody ze swoim ojcem. Pewnego dnia zostaje wybrana przez króla całej galaktyki, aby wraz z paroma innymi młodymi ludźmi pomogła mu w wypełnieniu misji mającej na celu uratowanie gasnących gwiazd.
W tych gwiazdach, co to niby umierają, czegoś nie rozumiem. Jest co najmniej kilka scen, w których bohaterowie patrzą w nocne niebo, upstrzone gwiazdami tak, że prawie nie widać nic pomiędzy nimi, i padają ciężkie westchnienia: „Och, jakie niebo było piękne z gwiazdami, szkoda, że już ich nie ma, buu”. Eee... what? Jeśli TO jest według was bezgwiezdne niebo, to jakie jest gwiezdne? Słowem: ktoś tu nawalił.
Tym, co mnie najbardziej urzekło w tym filmie, jest fakt, że... nie ma tu czarnego charakteru. No po prostu nie ma. Jasne, jest król Constantine, niby on uchodzi za antagonistę, ale tak naprawdę nigdy nie jest typowym złolem. Ot, ma swój pomysł na uratowanie galaktyki, ma inny sposób myślenia od protagonistki, jest szorstki w obyciu, ale nie jest ani niczyim rywalem, ani przeciwnikiem. Nie wiem, ile mogę o nim napisać, by nie popełnić spoilera, który i tak dla nikogo spoilerem nie będzie, bo wiadomo, jak ta historia się może skończyć, ale w każdym razie, strasznie polubiłam tą postać. W końcu jest cyborgiem, jak miałabym nie kochać cyborga?
<3 <3 <3
Podsumowując: „Gwiezdna przygoda” awansuje na pierwsze miejsce w mojej topliście filmów o Barbie. 9/10, -1 za tego szpetnego dinozaura. Polecam wszystkimi kończynami.



PS Od ponad tygodnia próbuję zrecenzować „Sausage Party”, ale nie jestem w stanie dojść do wniosku, czy mi się to podobało, czy wręcz przeciwnie, i wciąż mam ciężkie wtf na wspomnienie.