wtorek, 14 czerwca 2016

Recenzja XLIII: Skyforge

Zamysł stojący za grami MMO ogólnie mi nie leży. Jestem introwertykiem, nie lubię ludzi, a już tym bardziej interakcji z nimi – podczas gdy interakcja z innymi graczami to, jakby nie patrzeć, główna atrakcja tego typu gier. Zwołujesz przyjaciół, tworzycie drużynę, idziecie naparzać NPCów albo inne drużyny graczy. Dlatego żeby gra MMO wzbudziła moje zainteresowanie, musi mieć silny element PvE i dawać graczowi możliwość cieszenia się jeśli nie wszystkimi, to przynajmniej większością aspektów w pojedynkę. Skyforge dał mi taką możliwość. No i... cóż. Uzależniłam się.
Wyrzutów sumienia nie stwierdzono.
Skyforge w pigułce: futurystyczną planetę Aelion regularnie odwiedzają inwazje kosmitów; ty jesteś wybrańcem, nieśmiertelnym, który ma możliwość stać się bogiem i używając swoich umiejętności, bronić śmiertelników. Proste? Proste (i na marginesie, bardzo mi się podoba fabularne uzasadnienie faktu, że postać gracza umiera i zmartwychwstaje bez końca). To znaczy, o ile nikomu nie przeszkadza to, że droga do osiągnięcia boskiej formy trwa pi razy drzwi 80 godzin gry. Nie jest tak, że dopiero od tego momentu zaczyna się PRAWDZIWA gra, najlepsze atrakcje et cetera, ale trzeba przyznać, że to nie jest gra dla niecierpliwych. Bo nie ma też tak, że po zostaniu bogiem nie ma już co robić. Dopiero wtedy otwiera się przed graczem możliwość brania udziału w odpieraniu inwazji, czyli w specjalnych misjach, w których zdobywa się znajdźki i zasoby niedostępne nigdzie indziej, wymagane do awansowania w zupełnie nowych polach.
Awansowanie... ło matko. Ten system jest OGROMNY. Masz do dyspozycji kilka Atlasów, będących drzewkami rozwojowymi. Na początku masz dostęp do dwóch: ogólnego oraz Atlasu twojej klasy. Później, w miarę progressu fabularnego i własnego, odblokowujesz pierdyliard kolejnych: Atlasy innych klas (tak, możesz zmienić klasę w dowolnym momencie), Atlasy dla każdego gatunku kosmitów, Boski Atlas, Atlas twojego boskiego aspektu... To powinno być skomplikowane, ale nie jest. W przeciwieństwie do takiego Dragon's Prophet, które nie tłumaczy graczowi NIC, Skyforge jest na tyle uprzejmy, że za każdym razem, gdy w zasięgu twoich możliwości pojawi się coś nowego, nie dość, że ktoś ci tłumaczy, z czym to się je, to jeszcze dostajesz miniquesta z małą nagrodą za, dajmy na to, otworzenie menu i przebrania twojej postaci w nowy strój.
System jest o tyle oryginalny, że nie ma tu poziomów. Levelowanie polega na zdobywaniu punktów prestiżu: to taki przelicznik, na podstawie którego można ocenić, jak bardzo zaawansowana jest postać. Dla przykładu, boską formę odblokowuje się po osiągnięciu 30k prestiżu, gracze z najdłuższym stażem mają już po 200-300k prestiżu.
Wszystkie klasy, jakie do tej pory
powstały.
Jak już wspomniałam, gracz nie jest na resztę życia skazany na jedną klasę: w każdym momencie może ją zmienić na inną, nawet w środku walki. Choć, oczywiście, najpierw musi odblokować dostęp do innych w swoim głównym Atlasie. Początkowy zestaw to cryomancer, paladyn i lightbinder, czyli standardowy team: czarodziej, rycerzyk, healer. By zyskać dostęp do innych klas, trzeba się trochę namęczyć... lub czekać na jakieś promocje, parę dni temu portal Alienware Arena zarzucił kodami, które dają między innymi możliwość odblokowania jednej dowolnej klasy. Kluczy zostało jeszcze 2000, więc spieszcie się! LINK.
Gracze mają różne style gry: jedni aktywnie zmieniają klasy, inni trzymają się jednej. Niezależnie od preferencji, warto dążyć do odblokowania i wymaxowania wszystkich dostępnych klas. Za każdą maksymalnie rozwiniętą klasę postaci, odblokowuje się dodatkowe dwa miejsca na tzw. symbole (dające naprawdę fajne i ważne bonusy) oraz specjalny kostium. 
A propos kostiumów: strasznie podoba mi się to, że nie ma tutaj zbroi w rozumieniu takim, jak w innych grach RyPyGie. Jakość ekwipunku ulepsza się osobno, a na sobie postać może nosić co jej się żywnie podoba, nawet same majtki. Nie ma zbroi, są całe kostiumy: strój + coś na łeb. I kolczyki, i tatuaże, i makijaż dla lasek. Bardzo mi się podoba to rozwiązanie, wreszcie nie ma tak, że moja postać wygląda jak kloszard, mając na sobie każdy element zbroi inny, bo takie mają lepsze bonusy albo nie mogę znaleźć nic do kompletu.
Póki co nie ma możliwości stworzenia kolejnych postaci na jednym koncie i nie wydaje mi się, by mogła ona zaistnieć, ale nic to, bo poza klasą gracz może także zmienić imię, wygląd, a nawet płeć swojej postaci. Usługa jest, oczywiście, płatna, choć są też możliwości zdobycia jej za darmo. Primo, na początku gry każdy dostaje kupon na darmową zmianę, secundo: te same kupony można wygrać w eventach, tertio: w trakcie głównego wątku fabularnego dostaje się questa na zmianę wyglądu, co można uczynić lub nie, w każdym razie: zmiana jest darmowa i nie zużywa kuponu otrzymanego na początku gry.
Lubiłam moją postać, ale żelowe cycki i niektóre żeńskie kostiumy były
okropne. I tak Winifreda stała się Hexiciah.
Nie da się ukryć, że gra jest ciut... bardzo... powtarzalna. Gracz ma do wyboru szeroką gamę misji, jednak na końcu okazuje się, że i tak robi w kółko to samo, bo akurat tam się zdarzają najbardziej go interesujące nagrody. Gadam bez sensu? Dobra, spróbuję to jakoś uporządkować.
Podział na przygody prezentuje się następująco:
1) Squad/Group – to misje będące odpowiednikiem „dungeonów”. Mapki są nieduże, jest w nich dwóch-trzech bossów do pokonania i skończenie ich zajmuje zwykle jakieś dwadzieścia minut. Misje typu Squad można bez problemu przejść w pojedynkę lub w grupie do trzech osób, misje Group wymagają zwykle pięciu graczy.
2) Battle – areny PvP.
3) Regions – ogromne, otwarte obszary z masą questów, które gracz może wykonywać w dowolnej kolejności, sam lub w grupie.
4) Test area – miejsca, w których do wykonania są specyficzne questy solo za niezłą nagrodę. Jednym z nich jest coś w rodzaju placu treningowego, gdzie wybiera się pięć zadań do wykonania: arena z przeciwnikami, tor przeszkód (JAK JA GO NIENAWIDZĘ) i takie tam. 
5) Hostile territories – duże obszary pełne supersilnych wrogów, bez dobrej drużyny nawet nie myśl o zapuszczaniu się w te rejony. 
No więc wybór jest w sumie duży, samych squadów jest 29, regionów 9, a przejście każdego regionu zajmuje kupę czasu, te największe to pff, ja wiem, z pięć godzin jak nic. Nagrody za misje (poza regionami i obszarami testowymi) zmieniają się co czterdzieści minut, więc zawsze znajdzie się miejsce do farmienia konkretnego typu zasobów. Niestety, jeśli się woli unikać zbierania drużyny randomów (co czasem trwa dobre 10min, nim gra znajdzie nam towarzyszy...), pozostają raczej głównie squady, bo są najszybsze, a jak trafi się mnożnik nagród x3, to już w ogóle zajebioza. Więc robi się te, które się najbardziej lubi albo te odpowiadające pod kątem wynagrodzenia i ani się obejrzysz, jak zaczniesz trzeci raz w ciągu dnia tę samą misję. I choć osobiście raczej nie przepadam za powtarzalnością, to tutaj prawie w ogóle mi to nie przeszkadza. Jasne, wrogowie zawsze są ci sami, ale poziom trudności się zmienia. Chcesz podlevelować klasę, którą właśnie odblokowałeś? Żaden problem, wybierz łatwiejsze ustawienie i napierniczaj. Szukasz wyzwania? Da się zrobić; ostatnio prawie dostałam szału, jak nie mogłam pokonać najłatwiejszego bossa jaki istnieje, którego zabiłam już z milion razy, a teraz nie dawałam rady mimo podążania dobrym i sprawdzonym patternem – bo skurkowaniec zadawał tak ogromne obrażenia, że nie byłam w stanie go pokonać sama, musiałam się uciec do przemiany w boską formę.
Ot, ptasiek. Kinetic to zdecydowanie moja ulubiona klasa.
 No i co tu więcej mówić? 161 godzin gry za mną, nie czuję się nią ani odrobinę znużona, ba, kocham ją coraz bardziej. Ostatnio do tego stopnia wciągnął mnie TES IV: Oblivion tych dziesięć lat temu (borze, jaka ja jestem stara). Coś czuję, że mój portfel trochę ucierpi na Skyforge'u, choćby dlatego, że grać bez konta premium się niby da, ale z nim gra się o wiele lepiej (mimo że główne benefity to tak naprawdę 200% lootu). No a super by było zgarnąć jakieś epickie kostiumy, mounty (jak ja żałuję, że nie zaczęłam grać cztery miesiące wcześniej i przegapiłam event ze świątecznymi mountami do kupienia, RENIFERKI! <3), wiecie, takie tam rzeczy niezbędnie konieczne do życia...
Na zakończenie: screeny, dużo screenów. Uwielbiam trzaskać ładne ss-y, a Skyforge ma bardzo sympatyczne narzędzie do aranżowania takowych.
Moja postać przed zmianą płci. W sumie trochę tęskno,
ale faceta też kocham.
Kinetic jest zajebistyyy <3
Dzień dobry, czy chciałby pan porozmawiać o naszym stwórcy i władcy?
Winifreda miała crusha na Laertesie, zdradzonym, opętanym bogu.
Hexiciah zaś...
...ma crusha na Flaviusie, który wygląda trochę jak Benedict Cumberbatch,
tylko ładniejszy, i jest przesłodki, i go kocham. <3
Ku chwale Aelionu!
A tu widzicie jeden z powodów mojej rezygnacji z grania kobietą...
Stanik? Serio? A pod miniówą ma jeszcze pończochy na paseczkach...
I to nie jest strój NPCa, to kostium bojowy alchemika.
Ale trzeba oddać Skyforge'owi sprawiedliwość, że i tak jest 1000 razy
lepszy pod tym względem od wszystkich innych MMORPG.
Klasa, którą lubię, ale nie ogarniam: berserk. Lubię go, bo ma
CHĘDOŻONY MIECZ ŁAŃCUCHOWY,
najzajebistrzą broń wymyśloną przez człowieka. WRRRRRRUM
W najnowszej aktualizacji pojawiła się możliwość zdobycia companiona.
Zajęło mi to dwa tygodnie ostrego grindingu, ale UDAŁO SIĘ,
zdobyłam ślicznego robocika z eventu. <3


czwartek, 9 czerwca 2016

Recenzja XXXIV, część 6: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Hm.
No i jednak doczytałam do końca.
Czy żałuję?
Taaaaak...!
Bez silenia się na dalsze wstępy, bo jestem w tak głębokim stuporze, że po prostu nie jestem w stanie. Ostatnie trzydzieści stron „Pani Ferrinu” przedstawia się następująco:
Wielka wojna, wszyscy kontra Lanoria, wojska, straty, blabla, I don't care. Anaela używa jednej ze swoich licznych mocy i wznosi mury z zielonego kryształu, które spopielają wrogie statki, ale wiele to nie pomaga w przesunięciu szali zwycięstwa. Obrywa zbłąkaną kulą i kiedy czytelnik zastanawia się, czemu ktokolwiek zgodził się na to, by stała na środku pagórka, kompletnie sama i nieosłonięta, zostaje przeniesiona do najbliższego zamku. Wszyscy dowódcy (to jest Sellinaris, Karin i Sirden) opuszczają swoje oddziały tylko po to, by się trochę pomiotać gniewnie nad ranną Anaelą. A wtedy nagle puf! Porywają ją demony i znika. Wyżej wymienieni miotają się jeszcze gniewniej i nie wiedzą, co zrobić, gdy nagle wpada sokół – posłaniec przysłany przez Dariela, który, jak wszyscy zapewne pamiętają, został wysłany w pizdu do Lanorii. Sokół ma dwie wiadomości, z czego pierwszej nie pamiętam, a druga jest od Anaeli do Karina i głosi, że ma się udać do siedziby lanorskiego boga poprzez portal na Ziemi.
Tak więc Sellinaris i Karin udają się na Ziemię, w Googlach znajdują informację, że portal zwany Wrotami Piekieł znajduje się w... paryskim muzeum (sic) i zapieprzają tam złotym porsche (sic), przy czym Karin, choć obowiązkowo dziwuje się wszystkiemu, co widzi, uczy się prowadzić autko w trymiga (sicsicsic).
Potem następuje scena w barku na stacji benzynowej. Tego się nie da opisać i nie wyczerpać całego bujnego polskiego słownika wulgaryzmów.
Dziewczyna, całkiem zresztą ładniutka, miała na sobie obcisłą mini i takąż bluzeczkę z dekoltem do pasa. Widać było przez cienki materiał, jak na widok dwóch pięknych mężczyzn twardnieją jej sutki, a biodra zaczynają kołysać się zachęcająco. (...)
- Tajemnica państwowa. - Sellinaris uśmiechnął się leniwie, chwytając dziewczynę za pośladek. (...)
- Mamy niezłe krwiste steki, do tego winko, a na deser... - Chwyciła go za rękę i... wsadziła sobie między nogi. (...)
- To Ziemia. Tutejsze kobiety są właśnie takie. - Sellinaris wskazał brodą kelnerkę. - Zresztą... nie tylko kobiety... - Tu nawet on musiał się zaczerwienić.
Karin osłupiał po raz któryś tego dnia.
- Co masz na myśli?
- Będą zaczepiać cię także mężczyźni.
- Mę... No niee... Żartujesz sobie ze mnie. - Karin próbował się roześmiać. Ale nagle zaczął to sobie wyobrażać i śmiech mu zamarł w gardle. - Oni tutaj... Powiedz, że żartujesz? Przecież to tak, jakbyś chciał to zrobić ze smokiem!
- Mówię ci tylko, że jesteś piękny jak na tutejsze standardy. Nie zabij jakiegoś za niedwuznaczną propozycję, bo cię zamkną.
- Mnie?! Chyba jego!
- Ciebie. Mężczyzna z mężczyzną to tutaj... modne.
(...) Sellinaris miał niestety rację. Za dwoma pięknymi, długowłosymi wojownikami z Ferrinu oglądały się kobiety, oglądali się mężczyźni. Gdziekolwiek się pojawili - czy to w hotelu, czy na stacji benzynowej - rzucano im zalotne spojrzenia, a czasem proponowano wprost...
 
Dojeżdżają do Francji, włażą do muzeum, Sellinaris dowiaduje się, że Karin otrzymał rozkaz od Anaeli, by go trzymać z daleka, a w ogóle to portal i tak go nie przepuści, lol, szarpią się, Karin – który sztukę obsługiwania pistoletu opanował jeszcze szybciej od prowadzenia samochodu – strzela mu w nogę i idzie w portal. Kiedy Sellinaris leży i krwawi na podłodze muzeum otoczonego przez brygadę antyterrorystyczną (sic), Karin znajduje Anaelę (całkowicie zdrową) i Dariela, który właśnie wykonał polecenie Sarisa, jednorożca, by ten go zabił, bo w przeciwnym wypadku Luciferrin wykorzysta Sarisa do zmuszenia Anaeli do wszystkiego poprzez torturowanie go. Anaela wchodzi w portal, Sellinaris umiera jej na rękach (cały świat rozpoczął huczne świętowanie z tego tytułu), a gdy wstaje... obrywa kulą od snajpera (sic). Mogłabym to skomentować, ale mi się nie chce, zresztą wszyscy niemający na imię Katarzyna, nazwisko Michalak i niebędący autorami tego gówna zdają sobie sprawę z tego, ile durnot zostało zawartych w samej tej jednej sytuacji. 
Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, co się potem działo i prawie na pewno popierdoliłam chronologię zdarzeń, ale tutaj wszystko tak bardzo nie trzyma się kupy, że i tak nie ma to znaczenia. Rasskar, król smoków, zdechł, bo Saris był jego dopełnieniem i jedno nie może istnieć bez drugiego, więc Sirden wyżywa się na boru ducha winnej Gabrieli i zmusza ją do przejęcia dowodzenia. Anaela zaś...
Anaela idzie wystąpić przed ludem Lanorii (chyba jednak to było jeszcze przed akcją ze snajperem). Wygłasza parę patetycznych zdań, po czym, stojąc przed komnatą pełną mężczyzn, zrzuca odzież wierzchnią i prezentuje się im niemal całkowicie naga. I w tej samej chwili czynią to wszystkie kobiety na kontynencie, zmówione z nią i świadome planu. I mężczyźni na ten widok tracą rozum, chuć zalewa im mózgi i zaczynają się wyżynać. I caluteńka męska populacja Lanorii zostaje w ten sposób zgładzona.
Ta scena... To jest najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Ba, czytając to CZUŁAM, jak moje szare komórki umierają w agonii. To głupsze od całej „Achai”. Głupsze od bohaterki opka Piekary ze zbioru „Necrosis”, chorującej na „czerwoną mgłę” nakazującej jej pieprzyć się ze wszystkimi i wszystkim. Głupsze od... od... OD, KURWA, WSZYSTKIEGO. Jedyną pocieszającą rzeczą w tej sytuacji jest fakt, że już nigdy nie będę mieć do czynienia z niczym głupszym, bo NIC tego nie pobije, po prostu, kurwa, NIC.
*wzdech* Nie wiem, co się potem dzieje, mózg mi się wyłączył. Z tego, co zrozumiałam, to wojenka w tle się nadal toczy, ale Anaela ma to w dupie, bo przenosi ją przed oblicze ferrińskich bogów, Saetina i Primei. Są tam też Amarilla, jej matka, oraz Eleuzis, ni cholery nie pamiętam, kim jest, ale zostaje opisany jako „największy wróg” Anaeli. Mówią jej oni, że ich boskie rządy dobiegły końca i teraz ONA ma zostać boginią, ale jest jeden szkopuł: ma rządzić wespół zespół z nikim innym, jak Luciferrinem, by połączyć Ferrin z Lanorią. A jeszcze paręnaście stron temu było wielkie pierdolenie o tym, jak NIE WOLNO Ferrińczykom wierzyć w lanorskiego boga, bo to umocni jego pozycję, a teraz nagle ma rządzić Ferrinem razem z Anaelą? Ale nieważne, bo z tego, co udało mi się zrozumieć, Anaela ma ten układ w dupie i popełnia samobójstwo, by połączyć się w zaświatach z tym chujem, Sellinarisem. Na sam koniec dostajemy jakąś enigmatyczną scenkę z tym dwojgiem, jak żyją szczęśliwi w Ferrinie, dostają złote jajo, z którego wykluwają się smok i jednorożec, oba białe w złote ciapki.
KONIEC.
Podsumowania nie będzie, umarłam.

sobota, 4 czerwca 2016

Recenzja XXXIV, część 5: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Wiecie co? Chciałam dokończyć tę pseudorecenzjo-analizo-relacjo-wtf. Serio, chciałam. Dziś, po długiej przerwie, odpaliłam czytnik i zabrałam się do lektury. Przeczytałam dwadzieścia stron... i nie zdzierżyłam.
Anaela właśnie została zgwałcona przez Lanorskiego boga. Z tego powodu, każe się wozić na płaszczu rozpiętym między końmi, leży w katatonii, cały świat pochyla się nad nią ze współczuciem. I absolutnie nic nie miałabym do tego fragmentu, bo gwałt to potworne doświadczenie i nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Nie miałabym, gdyby nie pewien drobny szczegół. Otóż w poprzednim tomie zgwałcona została córka Anaeli, Gabriela, przez mężczyznę, którego Anaela lofcia, do którego wzdycha, i z którym się pieprzy non stop jak kocica w rui (bo na niczym innym nie opiera się ta ich wielka miłość). Na dokładkę w innym wszechświecie ten człowiek jest OJCEM Gabrieli. I wtedy nieszczęściu Gabrieli nie zostaje poświęcone ani jedno słowo. Nic. Null. Zero. Jedyną osobą na całym świecie, która ma prawo do czucia się źle po gwałcie jest wielka, wspaniała Mary Sue: Anaela. Nikt inny, nawet jej własna córka, nie ma tego przywileju. Nawet nie chce mi się próbować opisać tego, jak bardzo mnie to wszystko BRZYDZI.
No więc męczennica Anaela wraz z orszakiem wracają do zamku Lanorów, z którego wcześniej uciekła, coś szepcze dramatycznie żonie władcy tegoż, Mirelli, i... natychmiast po tym Michalak robi fast forward osiemnaście pieprzonych lat później, kiedy syn Anaeli jest już dorosłym i ślicznym młodzieńcem, którego można opisywać jako kolejnego przystojniaka z dłuuugiej listy postaci męskich występujących w Ferrinie. Jego postać nie zostaje nam przybliżona niemal wcale. Ot, że Sellinaris go nienawidzi i zafundował mu brutalne treningi walki, a niepowodzenia karał zamykaniem chłopaka (imieniem Dariel) w ciemni na kilka dni, czemu Anaela najwyraźniej rzadko kiedy się sprzeciwiała. Rzadko, czyli tylko wtedy, kiedy Michalak opisała podobną sytuację, czyli raz, by pokazać, jak bardzo Anaela syneczka kocha. Jej relacja z nim jest... uch. Miało być, że dobra i kochana matka, tymczasem wyszło na to, że wychowała Dariela na uczepionego jej spódnicy, nieporadnego smarka, który zwraca się do niej słodkopierdzącym „matusiu” czy jakoś podobnie, nawet nie chce mi się sprawdzać, i nieustannie całuje ją po dłoniach. Rzyg.
W każdym razie, dzieciak właśnie kończy osiemnastkę, przechodzi jakiś rytuał, o którym pierwsze słyszę od pięciu tomów, i ma zostać wysłany przez ten magiczny most do Lanorii, a w zamian ma powrócić Gabriela. Heloł, niby od kiedy taka umowa obowiązuje? Gabriela miała zostać uwolniona za to, że Karin zabije Anaelę po urodzeniu synalka, ale się nie zgodził, więc...?
Nieważne. Dariel spada, Gabriela wraca, zue demony ją opętują na chwilę i przez przypadek zabija tego lanorskiego kapitana, który mnie gówno obchodzi, a ten, zanim dramatycznie wyzionął ducha, wręczył Anaeli diamentową obróżkę sokoła, którego zabili w drodze do Wieży Boga Saetina. Nie ogarniam przesłania.
Potem zaczyna się wielka wojna, na którą szykowali się przez tych osiemnaście lat, i walczą po prostu wszyscy! Ludzie, elfy, krasnoludy (sorry, górale), kyrie, smoki, jednorożce, lwiany, delfiny... Ja pierdolę, zaraz mi się przypomina ostatni tom Eragona, gdzie do wojny dołączyły KOTY.
Stety albo i nie, nie wiem, jak się kończy ta epicka opowieść. Po prostu moja cierpliwość się wyczerpała. Widzicie, gdzieś tak do połowy trzeciego tomu jeszcze dawałam radę toto czytać na zasadzie guilty pleasure. Potem jednak ogrom tej kaszany, tej skrajnej patologii posypanej brokatem i cukrem pudrem, tego skrajnego idiotyzmu na każdym kroku po prostu mnie przytłoczyły. Nie mam cierpliwości dłużej znosić tych wszystkich głupot. Życie jest za krótkie, by marnować je na czytanie AŻ TAK ogromnej szmiry, tym bardziej, że to na pewno nie jest ostatni tom, Michalak NA PEWNO dopisze jeszcze kolejnych dziesięć, i fabuła żadnego nie będzie mieć nic wspólnego z poprzednimi. Jedni bohaterowie zmartwychwstaną, inni znikną bez słowa, a Anaela przez wieki będzie piękna, młoda i pieprzona przez Sellinarisa, najgorszego gnoja w literaturze fantasy, o jakim czytałam. Nie mam ochoty strzępić sobie nerwów z powodu głupiej książ... wyrobu książkopodobnego, tym bardziej, że ostatnio nie mam czasu ani ochoty czytać nawet DOBRYCH utworów. Więc ten. Sorry, ale tu się żegnam z Ferrinem raz na, kurwa, zawsze.
EDIT: Jednak jest kolejna część. Obczajacie na własną odpowiedzialność. Link poniżej.