poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Przemyślenia III: Selfpuby, które chcę przeczytać

Przeczytałam już całkiem sporo książek selfpublishingowych. W większości można je podsumować jednym słowem. Nie, czterema, pod warunkiem, że spójnik policzymy jako słowo. „Dno i metr mułu”. No dobra, może to trochę za ostra ocena, ale serio: ze wszystkich książek wydanych za kasę autorów, które przeczytałam, żadna nie wybiła się ponad przeciętność. Były lepsze i gorsze, były tragiczne, ale nie przychodzi mi do głowy ani jeden tytuł, o którym bym myślała: tak, to była obiektywnie dobra książka. Niestety, tak to już jest w tym dość pogardzanym półświatku literackim. Słyszeliście o dramie z Zajdlami? Jak to pisarze wszczęli bunt, że chcą być wycofani z konkursu, jeśli ich nazwiska mają być stawiane na równi z ludźmi, którzy płacą za wydanie swoich dzieł? Patrząc na jakość tychże, trudno się dziwić, choć kto wie, może na tej stercie makulatury czai się perełka lub dwie? 
Tak czy inaczej, lubię czytać selfpuby. Głównie powodowane jest to masochizmem, ale też nadzieją, że znajdę w tego typu książkach coś, czego na milion procent nie wydałoby żadne inne wydawnictwo o zdrowych zmysłach, np. konioludzi z kosmosu albo powiastkę o furrych. Trzeba przyznać, że jest to pewien powiew świeżości wśród powieści, które są dość „bezpieczne”, czyli albo są sprawdzone na rynkach zagranicznych, albo wstrzelają w jakąś modę, tak jak kiedyś był wysyp powieści fantasy o polskiej szlachcie (ych, jak sobie przypomnę „Charakternika” to mi się rzygać chce).
Dlatego mam swoją małą listę selfpubów, które kiedyś, w przyszłości chciałabym przeczytać. I niniejszym wam ją prezentuję, wraz z małym wyjaśnieniem czemu akurat ten tytuł et cetera. Kolejność losowa.

1) „Klątwa elfów” Agata Waszkiewicz
Tylko spójrzcie na tę okładkę. Nie trzeba czytać, by wiedzieć, że będzie się mieć do czynienia z czymś rozkosznie złym.
W sumie nie jestem pewna, czy ta książka została wydana przez self-publishing, bo wydawnictwo już dawno zdechło i nie mogę znaleźć żadnych informacji na ten temat, ale autorka wydała toto mając 14 lat, więc liczy się. Mam ten tytuł na oku już od wielu, wielu lat i nie pamiętam, co dokładnie mnie do niego przyciągnęło, ale jak teraz czytam opisy i fragmenty dostępne w sieci, ryjek mi się cieszy na myśl o tych wszystkich kliszach związanych z tru mrocznym fantasy, elfami, czarodziejkami et cetera. Slamishyx, Marshex, Ombirax, Earowosk, o mój boru, to nie może się dziać naprawdę. <3 Spodziewam się marysuizmu do potęgi.

2) „Serce gryfa” Jastek Telica
„Gdyby Wiedźmin mógł mieć syna, nazwałby go kreczownikiem”.
Och, cudownie, kolejna po „Skorpionie” zrzynka z „Wiedźmina”. Wojownicy szlachtujący potwory są na topie, więc to się musi udać, prawda?
Jakoś tak o wiele bardziej lubię złe książki aŁtorów niż aŁtoreczek. Młodociani selfpubowi pisarze mają zupełnie inny zestaw klisz, jakimi się posługują. Bohaterowie ich książek to Gary Stu do potęgi (oczywiście), w założeniu cyniczni i zimni, w efekcie wyjściowym: bucowaci i chamscy, jak książka jest na tyle, khem, „dojrzała”, by dotykać tematu seksu, to bohater zwykle ryćka co popadnie i jest bogiem w łóżku, ale koniec końców znajduje swoją wielką, jedyną miłość, która NIE JEST JAK INNE DZIEFCYNY... Wait, w sumie to wcale nie są klisze różniące się od tych stosowanych przez aŁtorki.
Tak czy siak, chętnie obczaję i zjadę od góry do dołu bohatera, który według recenzji (tych, które nie wylizują autorowi dolnej części pleców) jest, cytuję, leniem i dupkiem. Nie spodziewam się żadnych niespodzianek w tej materii.

3) „Srebrnowłosa” Kaja Wasilewska
Tyle opkowatości w samym tytule, jejku jej. <3 Z darmowego fragmentu pamiętam głównie to, że był niemal kropka w kropkę zrzynką z początku disneyowskiego „Dzwonnika z Notre Dame”. Z opisu powieści też można znaleźć wiele podobieństw, jak choćby to, że bohaterka należy do kasty o wymyślonej, fantaZy nazwie zastępującą Cygan, charakteryzującą się jeno tym, że zarabiają kuglarstwami i sztuczkami. Bardzo głębokie. Ale mają być smoki, więc głównie to mnie przyciąga do tego tytułu.

4) „Łzy śmierci” Marcin Słoniec
Ta książka z kolei brzmi jak coś, co teoretycznie MOŻE okazać się dobre. Żadnych księżniczek Xenofilii z planety Sukkubix i takich dyrdymałów, a zamiast tego opowieść o Śmierci zajmującej się tym, czego się można spodziewać po postaci imieniem Śmierć. W grę ma wchodzić jakaś mała dziewczynka, więc może być sappy, ale przekonam się, jak przeczytam.

5) „Anarion 2. Utracona przeszłość” Natalia Molenda
Pierwsza część tej książki była po prostu klasycznym, dość nudnawym opkiem, z którego ciężko było cokolwiek zrozumieć, ale przynajmniej było to sympatyczne opko. Drugi tom został wydany wiele, wiele lat później, autorka zdążyła w międzyczasie napisać jakieś opowiadania/powieści, które umieszczała na blogach i słyszałam wiele pochlebnych opinii na ich temat (innych od „ale super rozdzialik, zapraszam do siebie!!! ;*”), więc jestem ciekawa, jak w stosunku do części pierwszej wypada druga. I w sumie to jest jedyny powód, dla którego chcę to przeczytać, bo jeśli chodzi o fabułę „Anarionu”, to nie było w nim nic ciekawego.


6) „Ostatni tech-mag. Exodus” Patryk Romanowski
Jestem skonfundowan. Tytuł mówi o jakimś tech-magu, więc spodziewałam się czegoś zawierającego technologię, może maszyny... Tymczasem z opisu wynika, że to kolejne, nudne high fantasy z królami, magami i orkami. Nie wiem, o co tu chodzi, ale liczę na zaskoczenie.

7) „Sen smoka” Dawid Rudziński
Królestwa, królowe, wojny, smoki. Nudy. Gdyby nie smoki – jedyny powód, dla którego mam na to ochotę. Co mnie do tej pory odrzucało na kilometr, to cena. 30zł za książeczkę mającą 100 stron? Hahahahahahahahahaha nie. Ale widzę właśnie, że na Allegro można już kupić ten tytuł za połowę mniej, więc moje szanse na przeczytanie tego rosną. A tak a propos wspominania o aferze wokół selfpubów i Zajdli, strasznie spodobał mi się ten fragment pewnej recki na Lubimy Czytać: „Czyta się to jak średnio dopracowany szkic powieści kolegi, któremu nie masz odwagi powiedzieć, że zamiast nagrody Zajdla należy mu się order z ziemniaka.”.

I to na razie tyle, nie będę się zbytnio rozpędzać, bo zaraz się okaże, że przez następnych 10 lat nie będę czytać nic, tylko selfpuby. Ale ta lista na pewno będzie mieć kolejne edycje.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Recenzja XLII: HunieCam Studio (18+)

 Zacznijmy od ustalenia czegoś. Tak, to jest gra o prowadzeniu agencji modelek wdzięczących się do kamer na stronach porno. Tak, jest dużo tak zwanych sexual themes (duh). Tak, dziewczyny można wysłać do motelu celem prostytucji. Nie, nie musisz mieć o to bólu dolnej części pleców. Czemu? Bo wszystko powyższe jest tu traktowane z przymrużeniem oka.
Kawaiii
 Zaczęło się od HuniePop: połączenia dating sima i match 3. Właśnie to połączenie przyciągnęło moją uwagę i choć wolałabym, by była przynajmniej opcja randkowania z jakimiś sympatycznymi przystojniakami, to i tak wciągnęła mnie na amen. Łączenie klejnocików, zapoznawanie się z dziewczynami, odblokowywanie dla nich nowych ciuchów i fryzur... Mimo powtarzalności, gra nigdy mi się nie nudziła.
HunieCam Studio mocno się różni od pierwszej produkcji studia HuniePot, w zasadzie jedynym, co mają wspólnego są bohaterki i, no cóż, motyw. Seks! Dużo seksu! Ale nie na naszym ekranie: w porównaniu z pierwszą częścią, HunieCam jest bardzo grzeczne (pomijając fakt, że na Steamie HuniePop było ocenzurowane – na gorących grafikach, wszystkie dziewczyny miały po bożemu majty i cyckonosze). Nie mamy podglądu kamer ani nic takiego. Całe nasze działanie skupia się na mapce miasta.
Miasto grzechu.
W tym miejscu wszystko, czym się zajmujemy, to zarządzanie. Rekrutujemy pracownice, przydzielamy im zadania i dysponujemy ich ekwipunkiem, inwestujemy ciężko zarobione pieniądze w ulepszenia i reklamy. Mamy 21 dni na zdobycie jak największej liczby fanów. I powiem wam, że to jest trudne jak jasna cholera. Widziałam na forach Steama ludzi mówiących, że bez żadnego wysiłku zdobyli najwyższe trofeum za pierwszym podejściem, ale ja dopiero za trzecim razem zdołałam uzbierać ledwo na najsmętniejszego penisa. Znaczy, no, ten... Puchary mają tu kształt fallusów. Tia. No więc właśnie: ciężko jest. Ale twórcy znaleźli sposób na zmotywowanie graczy: po każdej skończonej grze otrzymujemy tokeny, których ilość jest uzależniona od naszego wyniku, i za nie możemy odblokowywać nowe stroje i fryzury dla dziewczyn. Po odblokowaniu wszystkich u jednej laski, zostajemy nagrodzeni sexy grafiką – ale bez golizny.
Zoey identyfikuje się jako cebernetyczny android.
Fani HuniePop strasznie się zżymali, że rysunki w HunieCam Studio są okropne. Mnie, szczerze mówiąc, podobają się o wiele bardziej od tamtych anime lasek. Tam nawet pulchna kobitka miała idealnie płaski brzuch, co wyglądało idiotycznie i kompletnie nienaturalnie. Tu wszystkie mają ładne krągłości na swoim miejscu, sympatyczne, cukierkowe buźki i oczy z serduszkami. Jedyne, co mi się nie podoba, to jak w tej wersji narysowali Beli. Beli była jedną z moich ulubionych postaci w HuniePop, tu ją zwyczajnie oszpecili i wygląda jak małpa. No i Nikki ma dziwną minę na swojej sexy foci.
Dziewczyn do wyboru jest osiemnaście i każda ma swoje charakterystyczne cechy. Pomijając to, co najważniejsze dla rozgrywki, czyli ich wygląd i łączące się z tym fetysze, mnie najbardziej podobają się ich opisy. Mamy rosyjską dominę, lasię udającą, że jest Azjatką („She's the worst” – cytat), cyniczną kobietę wykładającą na uniwerku, która mówi, że to lepsze od uczenia et cetera. Jeśli ktoś jeszcze chciałby mieć ból zadka, że seksizm i przedmiotowe traktowanie, to po przeczytaniu tych opisów powinien się pozbyć wątpliwości na temat tego, czy ta gra jest warta jego nerwów.
A oto i zacne trofea. Powodzenia w zdobywaniu ich.
Podsumowując: me gusta. Acz, oczywiście, nie dla każdego. Fanboje myśleli, że dostaną materiał do fapania, a dostali zabawnego menedżera i są rozczarowani. Ja chciałam zabawnego menedżera i się nie zawiodłam. Ale następną produkcję tego studia poproszę z chłopcami. ;3