sobota, 19 marca 2016

Recenzja XLI: Zaklinacz smoków, Boris Koch

Pozwólcie, że zacznę od okładki. Borze Tucholski, jaka ona jest SZPETNA. Obrazek wygląda, jakby wydawnictwo chciało zaoszczędzić i „zleciło” wykonanie dziesięcioletniej córce redaktora, a oprócz tego teksty na skrzydełkach i z tyłu okładki są ledwo czytelne przez to, że znajdują się bezpośrednio na ilustracji. Czegoś tak złego wstydziłoby się wydać nawet Novae Res.
Oczy krwawio. :C
Druga sprawa: cholera jasna! Najprawdopodobniej nigdy nie będzie mi dane poznać kontynuacji, bo wydawnictwo zdechło, adres internetowy przekierowuje na stronę jakiejś hodowli bulterierów. Po niemiecku nie szprecham, a angielskie wydanie nie istnieje. A tak bardzo CHCĘ WIEDZIEĆ, CO BYŁO DALEJ!
Muszę przyznać, że to jedna z najlepszych powieści o smokach, jakie czytałam. I mam problem, bo nie wiem, ile mogę zdradzić, by was zachęcić, a jednocześnie nie zepsuć nikomu przyjemności z odkrywania tego świata. Spróbuję to zrobić w punktach.
1) Główny bohater, Ben. To najbardziej ludzki człowiek w literaturze fantasy (zwłaszcza młodzieżowej) ever. Ma serce po właściwej stronie, ale jest młody, ergo: popełnia błędy. Bywa bezczelny. Wdaje się w głupie przepychanki słowne i bójki. Reaguje emocjonalnie. Przeklina. A mimo to, da się go lubić. Przechodzi zmiany, uczy się. Nie jest kryształowym herosem bez skazy jak jego kolega po fachu, Eragon. Eragon był nie do zniesienia w swojej merysujkowości (i w ogóle to zła książka była. Wszystkie cztery, każda kolejna gorsza od poprzedniej). Ben, mimo że ma pewne niezwykłe zdolności, jest bardzo wiarygodnym bohaterem, a co za tym idzie, można mu szczerze kibicować.
2) Smoki. Koncepcja smoków w tym uniwersum jest oryginalna, może trochę dziwna, ale pasująca do świata. Przede wszystkim są niezrozumiane, bo nikt nie próbuje ich zrozumieć – ludzie chcą je tylko ujarzmiać, bo według religii, skrzydła sprawiają, że smoki są złe i trzeba je „uwolnić” poprzez odcięcie ich. A główny smoczy bohater z miejsca skradł mi serce. Smoczy bohaterowie poboczni również.
3) Fabuła. Tu bywa różnie: niby wszystko się kręci wokół głównego wątku, ale często i gęsto zdarzają się fragmenty po prostu nudne i niewiele wnoszące do historii. Cała pierwsza z trzech części, na które podzielona jest książka, jest właśnie niezbyt interesująca, ale błagam, nie zrażajcie się, bo dalej jest tylko lepiej. W każdym razie, konflikt na linii smoki-Smoczy Rycerze z Benem w środku jest ciekawy. I to zakończenie... CHCĘ CIĄG DALSZY, AAA!
Wbrew pozorom (stwarzanym przez okładkę...), to nie jest książka dla dzieci. Jasne, może i nie ma tu gore ani skomplikowanych intryg politycznych, ale z pełną stanowczością stwierdzam, że można być starą krową (albo bykiem) i być w pełni usatysfakcjonowanym lekturą. Nie jest to książka jakoś nad wyraz wybitna, ale być miłośnikiem smoków i jej nie przeczytać, to duża strata.
Na pocieszenie: ładny smok z Dragon Age: Inkwizycja.

czwartek, 17 marca 2016

Przemyślenia II: Raport o stanie czytelnictwa w Polsce

Podobno mało kto w Polsce czyta książki i trzeba bić na alarm i w ogóle. Jakie jest moje stanowisko w tej jakże pilnej sprawie?
Guzik mnie to obchodzi. Wyjmijcie kije z dup i przestańcie udawać nie wiadomo jak wyjątkowych, bo – ach, och – czytacie książki, w przeciwieństwie do tego plebsu, co ich nie czyta.
 TYLE.

poniedziałek, 14 marca 2016

Recenzja XL: DC SuperHero Girls, sezon 1

Prawdopodobnie nie zaczynam tej recki z najlepszej pozycji. Nie lubię uniwersum komiksowego DC, nie lubię ichniejszych superbohaterów i nie bardzo się na tym znam. Wiem, że Batman to buc, Gotham jest bure i ponure i wszystkie filmy z tego uniwersum, jakie widziałam, zanudziły mnie na śmierć. Wiem też, że od kiedy powstało Monster High, zapanowała wielka moda na wszelkiego rodzaju inne Haje: Ever After High, Canterlot High (z My Little Pony: Equestria Girls), liceum dla potomków disneyowskich bohaterów z serialu Descendants, pierdyliard hajów z książek młodzieżowych, których nie mam zamiaru czytać... Więc czemu by nie zrobić seriii o nastoletnich bohaterkach komiksów High?
We are monsters, we are... wait.
Nic nie mówię, pomysł jest dobry. Niestety, jak zwykle wszystko się rozbija o wykonanie. Wykonanie jest złe. Całkiem mocno złe.
Mamy tych wszystkich bohaterów, głównie żeńskich, z komiksów DC. Wiecie, tych superponurych, nudnych gości z superponurego miasta bezprawia. Mają -naście lat i wszyscy razem chodzą do bajecznie kolorowej szkółki dla superbohaterów. Wszyscy są śliczni, uśmiechnięci i się kochają nad wyraz. Już zaczynacie widzieć, jaki jest pierwszy problem?
Ok, ok, to serial dla małych dziewczynek, trzeba było pójść na pewne ustępstwa, uproszczenia i... hm, usłitaśnienia. Harley Quinn nie mogła być psychopatką, więc zamiast tego jest słodziutkim pranksterem et cetera. I w sumie nie przeszkadza mi to tak bardzo, bo i tak nie jestem fanką tych postaci w ich naturalnym środowisku. Mimo to, jakoś kompletnie tego nie kupuję. Cały ten makeover sprawił, że bohaterki zostały całkowicie wyprane z charakteru. Wszystkie są identyczne: identycznie miłe, ładne, słodkie, urocze. Jasne, Harley macha młotem i się dużo śmieje, ale to, delikatnie mówiąc, ciut za mało, by postać mogła uchodzić za trójwymiarową, bo mimo dowcipkowania, koniec końców nawet ona niczym się nie różni od swoich superkoleżanek. A Cheetah to niemal identyczna kopia Toralei Stripe z Monster High: podobny wygląd, ten sam charakter, ta sama rola w serialu.
Ale to nie przeszkadzało mi najbardziej. Najgorszą wadą tej serii jest... jak by to ująć... całkowity brak umiejętności twórców do stworzenia, no, SERII. Wygląda to tak, jakby nie mieli zielonego pojęcia, jak budować dobre webisody, mimo że mają po kilkanaście sezonów Monster i Ever After High do wzorowania się. Większość odcinków DC SuperHero Girls mają po półtorej minuty, z czego 25 sekund to opening, a 5 to logo końcowe. Daje nam to minutę na opowiedzenie jednej historii. Co się, teoretycznie, da zrobić, ale ludzie stojący za tą serią tego NIE POTRAFIĄ. Nie nadążają za tym, by w tak krótkim czasie przedstawić dramatis personae, miejsce akcji, konflikt i jego rozwiązanie. W jednym z odcinków mamy gadkę o tym, że Poison Ivy została wybrana bohaterką miesiąca i dostajemy parę ujęć z kamery pokazujących, jak ratuje kolegów przed krwiożerczymi roślinami – koniec odcinka. Fajnie. No i...? Co z tego wynika? Co to był za plebiscyt? Usłyszymy jeszcze kiedyś o nim? Czy rośliny atakowały dlatego, że Ivy im kazała? (To pytanie retoryczne; oczywiście, że nie, bo tutaj Poison Ivy to taki odpowiednik Fluttershy, tylko jeszcze bardziej mdły: miła, słodka, nieśmiała i kocha tylko swoje roślinki). Czego się nauczyliśmy z tego odcinka? Co autor miał na myśli? O co tu, kuźwa, chodzi?!
I tak za każdym razem. Nie ma fabuły, nie ma nawet rozdziałów, są tylko dość niezręczne anegdotki bez puenty. Naprawdę nieprzyjemnie się to ogląda.
Czy mogę powiedzieć o tej serii coś miłego? Hm... Cóż, lalki są ładne. A nie, to nie na temat serii. Animacje... nooo, na upartego można powiedzieć, że są ok, ale superpozytywnego wrażenia też nie robią. Design postaci? Tak, to jedna rzecz, która się udała: bohaterki są ładne. Choć włosy Harley w kolorze pasty do zębów będą mnie bawić do końca świata. Przedstawienie kobiet jako silnych i niezależnych? Dobra, dostaniecie za to kredyty, ale szczerze mówiąc, to przydałoby się większe urozmaicenie w tej bandzie jednakowo słodkich i nieśmiałych dziewczątek i jednej pranksterki. 
Nie polecam. Chyba że dla beki.
Albo dla lalek.

środa, 9 marca 2016

Recenzja XXXIX: Wojownicy tom 2: Ogień i lód, Erin Hunter

Yay, wreszcie nowy tom „Wojowników”!
Mrau. :3
Na wstępie muszę przyznać, że długa przerwa między lekturą pierwszego i drugiego tomu nie wyszła mi na dobre. Zdążyłam kompletnie pozapominać, kto jest kim i co zrobił, i nawet leksykon postaci nie okazał się pomocny. Poza moją beznadziejną pamięcią, część winy muszę zrzucić na te okropne imiona bohaterów – są po prostu za długie. W tym tomie poszczególne koty nie zmieniają swoich imion z taką częstotliwością, jak w „Ucieczce w dzicz”, ale, niestety, wiele to nie pomaga w odróżnieniu takiej Zakurzonej Łapy od Piaskowej Łapy. W przypadku tej ostatniej w połowie lektury ze zdumieniem skonstatowałam, że to kotka, a nie kocur...
Skoro już zaczęłam narzekać, to pociągnę temat minusów tej powieści, zanim przejdę do pozytywów. Pod koniec lektury rzuciło mi się w oczy, że tak naprawdę to trochę zabrakło tej książce wyrazistego głównego wątku. Co chwilę wydarzają się jakieś losowe tragedie i następuje ogólne poruszenie, by za chwilę sytuacja się uspokoiła, a za chwilę znowu dzieje się coś niedobrego i tak w kółko. Jest kilka wątków – Ogniste Serce odwiedzający swój stary dom, miłosne wypady Szarej Pręgi, majaczący w tle konflikt z klanem Cienia i Rzeki – ale żaden z nich nie sprawia wrażenia tego jednego, najważniejszego. Może i taki był zamysł... ale wolałabym, by któryś jednak został wyróżniony.
Pojawiły się też lekkie zaburzenia immersji w mowie i sposobie postrzegania świata przez koty. Szczególnie zapamiętałam fragment, w którym Ogniste Serce rozmyślał nad tym, że koty z klanu Rzeki mają wysokokaloryczną, rybną dietę. Trochę się tu rozjeżdża rzeczywistość... Z jednej strony koty nazywają tu nocne niebo Srebrną Skórą, z drugiej – znają i rozumieją pojęcie kaloryczności. Widzicie, o co mi chodzi? Mówimy tu o świecie z perspektywy KOTÓW. Koty średnio ogarniają, co to jest kaloria. Pewne pojęcia i zjawiska powinny pozostać dla nich abstrakcyjne. I niektóre są, jak choćby samochody. Tym bardziej kłuje w oczy, kiedy nagle zaczynają dywagować na tematy, o których nie powinny mieć pojęcia. 
No, tyle narzekania, a tymczasem jestem tą powieścią zachwycona. I gdzie tu sens? Ni ma. I nawet nie dam rady się na ten temat rozpisać, bo jak coś mi się podoba, to mi się podoba i już, i nie umiem tego uzasadnić. Nic dziwnego, że jakoś tak nie opływam w propozycje współpracy od wydawnictw, jak nawet przy książce, którą kocham, wypisuję niemal same wady, trololo. Mountain View
Myślę, że ta część jest nawet lepsza od poprzedniej, mimo problemu, jakim jest moim zdaniem brak głównego wątku. Akcja nie była chaotyczna i wciągnęła mnie bez reszty – jako pierwsza książka od baaardzo dawna (od „Ucieczki w dzicz”?). Co tu wiele mówić, to po prostu bardzo ciekawa historia i nie mogę się doczekać, by poznać jej kontynuację.
Skądś znam ten cytat, ale tak jakoś coś mi dzwoni,
ale nie wiem, w którym kościele...

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowa Baśń. <3

PS Szukając zdjęcia okładki natrafiłam na coś takiego. Postapo + psy + powieść w stylu „Wojowników”? DO WANT.