wtorek, 9 lutego 2016

Recenzja XXXVIII: Ostatni smok 3. Klątwa czarnoksiężnika

Kocham smoki, kocham filmy ze smokami, a „Ostatni smok” jest w moim osobistym rankingu bardzo wysoko: był to pierwszy film stuprocentowo skupiony na smoku, jaki widziałam, na dokładkę bardzo dobry, a w tej branży, mimo wszystko, zbyt wielu dobrych filmów nie ma. „Ostatni smok 2: Nowy początek” zobaczyłam w hipermarkecie na kasecie wideo (bosz, kiedy to było); namówiłam rodzicielkę na zakup, obejrzałam w domku i... cóż, mimo że byłam wtedy dzieciakiem bez wielkich wymagań, to byłam seansem dość mocno rozczarowana. Kolokwialnie mówiąc, ten film ssał. O trzeciej części pewnie w ogóle bym nie usłyszała, gdybym nie spędzała tyle czasu na fejsie: ot, szukałam jakiejś gierki o smokach, kliknęłam tytuł Dragonheart... i przeniosło mnie na fanpejdż filmu „Ostatni smok 3: Klątwa czarnoksiężnika”. Przeznaczenie?
Grafik płakał, jak składał. Serio,
nie dało się zaprojektować tego ładniej?
Pierwszym, co mi się od razu rzuciło w oczy, to że ten film zdaje się istnieć w zupełnie innym uniwersum niż poprzednie dwa. Niby jest Bretania i przebąkiwanie o Królu Arturze czy Merlinie, ale choć oba filmy widziałam dość dawno temu, to jestem pewna, że nie było w nich magii w stylu D&D: wiecie, inkantacje, kule ognia et cetera. Tutaj co chwilę ktoś rzuca efektownymi zaklęciami (to znaczy na tyle efektownymi, na ile pozwolił budżet po wpakowaniu 3/4 kosztów animacji komputerowej w smoka). Oprócz tego, smoki. W sumie wygląda to tak:
„Ostatni smok”: Draco jest ostatnim smokiem! (Well, duh).
„Ostatni smok 2”: tak naprawdę to Draco był przedostatnim smokiem, ostatnim jest jego syn, Drake! (SPOILER) A w ogóle to ludzie też się mogą przemieniać w smoki!
„Ostatni smok 3”: smoki pochodzą z kosmosu i zdarza im się pierdyknąć na Ziemię!
Serio. Drago (kolejne bardzo twórcze imię) spada z konstelacji Smoka w formie meteorytu. Wraz z nim, dziewięć smoczych jaj, których strażnikiem jest, a wszystko to w celu stworzenia więzi młodych smoków z dobrymi rycerzami, by na świecie panował pokój. Pech polega na tym, że jaja kradnie zły czarnoksiężnik sprzymierzony z plemieniem bliżej nieprzedstawionych nam dzikich ludzi, by podbić schowanych za wielkim murem Bretończyków. Czarownik rzuca na Drago tytułową klątwę, która nie pozwala mu zbliżyć się do jaj. Z pomocą przychodzą mu Gareth, niedoszły rycerzyk, z którym podzielił się serduchem, ostatni żyjący druid i banda wolnych ludzi, którym przewodzi wojownicza ruda łuczniczka – Rhonu. 
Brzmi jak klasyczne odcinanie kuponów, co? Cóż... i tak, i nie. Niewątpliwie nie jest to film na tyle wybitny, by jakoś szczególnie odstawać od innych sequeli wypuszczanych prosto na DVD, ale z drugiej strony widać, że twórcy chcieli stworzyć coś dobrego i wpasowującego się w markę. Z pewnością jest to film O WIELE lepszy od drugiej części. Jasne, było do odhaczenia kilka schematów, żeby widz przypadkiem nie zapomniał, jaki film ogląda: bardzo zły człowiek kontra bardzo dobry człowiek, wojna, buntownicy, dzielenie się smoczym sercem, bohater będący w zasadzie tylko comic reliefem... Ale mimo to, nie odczuwa się przy tym bólu zębów, ba, można się całkiem dobrze bawić.
Rodzinka w komplecie. Od razu rzuca się w oczy, kto jest czarną owcą.
(Podpowiedź: nie Drago).
Najważniejsza sprawa: smok. To jest w sumie bardzo nierówna sprawa. W jednych scenach Drago wygląda fantastycznie, w innych – potwornie sztucznie i jakby nieustannie był mokry (co potęgują ciągłe ciamkająco-ślurpające odgłosy przy jego poruszaniu się, co miało być chyba ocierającymi się o siebie łuskami, ale nie wyszło). Poza tym, jego wygląd dość mocno odbiega od wyglądu innych smoków w tym uniwersum: jest drobniejszy i dużo szczuplejszy, a jego głowa przywodzi mi na myśl bardziej groźne smoki z Dragon Age'a niż poczciwy pysk Draco. Czy to źle? W sumie... nie. W końcu smok smokowi nierówny. Za to trzeba przyznać, że jego animacje są świetne: płynne, realistyczne, bardzo przyjemnie się patrzy na wszelkie sceny akcji z nim w roli głównej.
Głosu Drago udzielił tym razem Ben Kingsley i sprawił się znakomicie (czego innego można by się tu spodziewać?). Ciężko dobrać aktora, którego głos pasowałby do smoka, najgroźniejszej mitycznej bestii wielu legend; taki na przykład Cumberbatch, moim zdaniem, nie wypadł jakoś zachwycająco jako Smaug, a gdyby nie komputerowe manipulacje to pewnie wypadłby jeszcze gorzej (*uchyla się przed lecącymi zgniłymi jajami*). O Connerym jako Draco nie ma co pisać, bo jest genialny. Robby Benson jako Drake... ugh. Ten człowiek podkładał głos Bestii w disneyowskiej „Pięknej i Bestii” i był świetny w tej roli, a tam wypadł... totalnie niesmoczo (mała próbka. I spoiler, jeśli komuś zależy). Zaś głos Kingsleya bardzo pasuje do Drago: niewielkiego, trochę sarkastycznego smoka.
W sumie myślę, że mogę z czystym sercem polecić ten film miłośnikom smoków (ze szczególnym uwzględnieniem Draco). Pupy nie urywa, ale pokuszę się o stwierdzenie, że mimo wszystko jest... całkiem dobry.
Dobrze jest, nie ma co marudzić.

wtorek, 2 lutego 2016

Recenzja XXXVII: Top 5 filmów o Barbie

No, to się zastój zrobił, co? Nawet Star Wars Month nie chciało mi się robić, takiego miałam lenia. Ale spokojnie, jakoś powoli będzie się tu interes kręcił. Na rozruszanie, taka tam różowa notka o Barbie! A konkretnie o filmach z Barbie.
Otóż uwielbiam te filmy od czasów „Dziadka do orzechów”, którego pierwszy raz widziałam jeszcze w czasach kaset VHS, i przez którego mama musiała potem dłuuugo znosić moje jęki, że chcę się uczyć baletu. Z początku najsłynniejsza lalka świata występowała głównie w adaptacjach znanych baśni, z biegiem czasu twórcy zaczęli iść w kierunku własnych pomysłów charakterystycznych dla marki (wróżki i syrenki, MNÓSTWO WRÓŻEK I SYRENEK, kto nigdy nie miał lalki Barbie-syrenki, niech pierwszy rzuci brokatem), a w ostatnim czasie Barbie dotknęła różdżka ideologii dżęder i mogliśmy zobaczyć ją w roli superbohaterki czy tajnej agentki. Obserwowanie tego procesu zmian byłoby ciekawym tematem do analizy, która tu nie nastąpi, bo jestem leń i mi się nie chce. Zamiast tego, zaprezentuję moją małą toplistę filmów o Barbie z krótkim wyjaśnieniem, co tak mi się podoba w tych częściach. Zapraszam!
Miejsce 5: „Barbie jako Roszpunka” (2002)
Drugi po „Dziadku do orzechów” film z Barbie w roli głównej o wiele bardziej przypadł małoletniej mnie do gustu. Choć do „Dziadka” też mam sentyment, „Roszpunka” poczyniła względem niego spory progress – film nie jest tak cukierkowo mdły, fabuła jest bardziej rozbudowana i ciekawa (choć nie wiadomo, czy winić za to scenarzystów, czy autorów oryginalnych baśni), a główna bohaterka to już nie jest słodka, dziwiąca się wszystkiemu cizia. Widać, że Roszpunka ma pasje, jest ciekawska i nie poddała się całkowicie woli swojej pani-macochy, Gothel. Sama Gothel też jest o wiele lepszym złym charakterem od Króla Myszy. Kurcze, tak dużo rzeczy jest tu zrobionych dobrze, że jestem w stanie pokusić się o stwierdzenie, że „Barbie jako Roszpunka” jest o wiele lepszą adaptacją od „Zaplątanych”. Dobra, można się kłócić, że film Disneya jest dość luźną adaptacją et cetera, ale niemniej, myślę, że coś w tym stwierdzeniu jest.
No i niezmiennie od czternastu lat kocham smoczycę Penelopę. <3
Miejsce 4: „Barbie – Idealne święta” (2011)
Przez długi czas to właśnie ten film uważałam za najlepszy z Barbie w tytule, jaki powstał. Była to pierwsza naprawdę dobra i sympatyczna produkcja po bardzo długiej liście BARDZO kiepskich filmów o Barbie, różowych do porzygu i które były albo w całości zafiksowane na modzie („Sekret wróżek”, ugh, niedobrze mi na samą myśl), albo strasznie nieudolnymi próbami robienia baśni („Barbie jako Calineczka”, która wyglądała jak szpetna starucha w różowej mini z płatków). „Idealne święta” to pierwsza odsłona filmów z serii „Barbie i jej siostry”. Występują w nim, cóż, Barbie i jej siostry, nie jako wróżki, księżniczki ani agentki, tylko zwykłe dziewczyny wiodące zwykłe życie. I w tym filmie naprawdę zachowują się jak siostry: relacje między nimi nie są non stop słodkie i różowe (ba, w tym filmie MAŁO CO jest różowe!), dziewczyny sprzeczają się, dokuczają sobie, słowem: zachowują się jak LUDZIE. To w tym filmie lubię najbardziej. Najmniej: raczej kiepskie wstawki musicalowe. Tak czy siak, to naprawdę uroczy film, nie tylko w okresie okołoświątecznym.
Miejsce 3: „Barbie jako księżniczka i żebraczka” (2004)
Ten film lubię przede wszystkim za świetne piosenki, których teksty do tej pory pamiętam i sobie nucę (czasami śnię, że wzbijam się hen i lecę ile tchuuu... to wciąga mnie, lecz zgadzam się, że powinnam zostać tuuu...!). Bardzo podobają mi się też role zwierzęce – w nowszych filmach zwierzaki ograniczają się do bycia słitaśnymi, wielkookimi maskotkami, które widza bardziej wkurwiają niż bawią, a w tym filmie spora część z nich nawet nie jest ładna (vide koń Herve czy Wolfie, kot tytułowej żebraczki) i mają niemałą rolę do odegrania. Czarny charakter jest tak stereotypowo zły, że teoretycznie powinno się nie lubić tego, jak nudny i nieoryginalny jest, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu jest w nim coś interesującego. Może fakt, że jako pierwszy i ostatni (aż do czasu powstania „Tajemniczych drzwi” w 2014r.) złodupiec miał swoją piosenkę?
Miejsce 2: „Barbie – Akademia Księżniczek” (2011)
W sumie to powinnam naprawdę nie lubić tego filmu. Jest koszmarnie różowy, pomysł z akademią dla księżniczek jest głupawy, ma idiotyczne magiczne wstawki w postaci służek-wróżek, intryga nie trzyma się kupy, a nadanie głównej bohaterce jako najważniejszej cechy niezdarności jest pomysłem tak głupim, jak Bella Swan (CAŁA Bella Swan)... A mimo to, jak nie mam co oglądać, to odpalam właśnie ten film. I nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Cóż... Blair, mimo naprawdę irytującej niezdarności, nie jest tak antypatyczna jak bohaterka „Zmierzchu”, do której ją porównuję. W sumie, to byłaby całkiem ok, gdyby nie właśnie to jej ustawiczne potykanie się o powietrze i brak zainteresowań. Przynajmniej widać, że kocha swoją rodzinę i na tym jej najbardziej zależy. A cała reszta... no, jakoś tak przyjemnie się to ogląda, no!
Miejsce 1: „Barbie i jej siostry w krainie kucyków” (2013)
Mimo naprawdę kretyńskiego polskiego tytułu, to już na zawsze będzie mój ulubiony film o Barbie ever. Znów mamy siostry Roberts (tak, Barbie ma na nazwisko Roberts, właśnie odblokowaliście życiowego achievementa) jako normalne dziewczyny, które mają swoje problemy i z którymi łatwo się utożsamić. Bonus: KONIKI! <3 Bonus 2: prześliczna animacja w 2D przy opowiadaniu legendy o koniach z różowym pasemkiem w grzywie. Bonus 3: popowa piosenka, która mi się wkręciła tak, że będę ją nucić jeszcze na łożu śmierci. Jedyne, co mnie trochę mierzi, to początkowe podejście wszystkich do koni: to nie ma być przyjaciel, to ma być CZEMPION, który wygra KAŻDE zawody. Na szczęście, później wszyscy idą po rozum do głowy.
 
Poza powyższymi tytułami, chciałabym jeszcze wyróżnić kilka tak zwanych honorable mentions – filmów, które co prawda mnie jakoś szczególnie nie zachwyciły, ale zasługują na to, by powiedzieć o nich coś miłego.
Barbie i trzy muszkieterki” (2009) – bardzo chcę nie lubić tej kotki, która chce zostać „muszkotierką”, ale nie mogę, jest za słodka. Film zawiera najbardziej niedorzeczną salę treningową świata i mi zdecydowanie nie przypadł do gustu, ale propsy za dżenderowe przesłanie.
Barbie i różowe baletki” (2013) – pojawia się tu para bohaterów, co do których można podejrzewać, że są orientacji innej niż hetero... „Przyjaciele”, mhm, mhm. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Barbie perłowa księżniczka” (2014) – kolejny syrenkowy film, ale pierwszy, który nie ssie. O każdym z bohaterów można powiedzieć coś dobrego, a najwięcej o cioci Scylli.
Barbie i tajemnicze drzwi” (2014) – wariacja na temat „Alicji w Krainie Czarów”, w której Kraina Czarów wygląda jakby stworzył ją Tim Burton po wpieprzeniu wanny krówek i popiciu dwiema wannami shake'a waniliowego. Antagonistka jest GENIALNA, a końcowa scena z nią – jeszcze lepsza.
Barbie – Superksiężniczki” (2015) – to jest jeden z tych filmów o Barbie, które zdają sobie sprawę, że są filmami o Barbie i z tego powodu są tak głupiutkie, jak się tylko da. I efekt jest świetny! Dodatkowy plus za żabę. <3
Barbie i jej siostry – Wielka przygoda z pieskami” (2015) – kolejny błyskotliwy tytuł, za którym się kryje urocza historia ze szczyptą Indiany Jonesa. Naprawdę mi się w nim podobają modele postaci – z wyglądem Barbie w filmach naprawdę bywało różnie, ale tutaj dziewczyny są naprawdę śliczne.
Barbie – Tajne agentki” (2016) – BARBIE MACHA PODWÓJNYM, RÓŻOWYM MIECZEM ŚWIETLNYM. NIE ŻARTUJĘ.