niedziela, 4 grudnia 2016

Recenzja XLVII: Magical Girl Raising Project (Mahou Shoujo Ikusei Keikaku)

Daleko mi do bycia wielką fanką anime. Ot, jest kilka tytułów, które mi się podobają, czasem mimo cech i klisz charakterystycznych dla anime, które doprowadzają mnie do białej gorączki (charakterystyczne ujęcia, odgłosy wydawane przez bohaterów... no, ale to temat na inną notkę). Na Magical Girl Raising Project natknęłam się przypadkiem: nie mieliśmy czego oglądać z lubym do konsumpcji pizzy, dał mi stronkę opisującą obecnie wychodzące anime i powiedział, żebym coś wybrała. Uwielbiam motyw magical girls, więc mój wybór był oczywisty, zwłaszcza, że moja miłość skupia się głównie na zachodnich animacjach, a z japońskich to na dobrą sprawę tylko Sailor Moon. Czas poszerzyć horyzonty! No to oglądam, gotowa na całą słodycz i śliczne transformacje...
A tu pierwsze sekundy pierwszego odcinka wyglądają tak:
Mamo...?!
Mimo że się kompletnie nie spodziewałam, że to anime o TAKIM tonie, nie mogę powiedzieć, że czuję się zawiedziona. Ba, to anime jest GENIALNE. Od razu wywindowało na moją toplistę ulubionych tytułów.
Fabuła: istnieje gra na smartfony, w której gracze wcielają się w magical girls. Okazuje się, że za aplikacją stoi magiczny byt, który wybiera najodpowiedniejsze osoby i proponuje im możliwość stania się prawdziwą magical girl, by niosła pomoc ludziom w potrzebie. Jedną z takich osób jest Koyuki Himekawa, pseudonim Snow White. Początkowo jest zachwycona swoim nowym życiem, niestety, szybko odkrywa brutalną prawdę stojącą za projektem i dziewczyny zmuszone są do walki o przetrwanie, a cała sytuacja nie jest tak jednoznaczna, jak się wydaje.
Czy ten opis miał mało spoilerów? Matko, mam nadzieję. Psucie odbioru czegoś tak zajebistego powinno być karalne.
Ksiądz Natanek miał rację: gry są niebezpieczne.
Ciekawe jest to, że choć akcja posuwa się naprzód dość szybko, a postaci jest sporo i nie mamy tak naprawdę czasu na długie przywiązywanie się do nich, to sceny i retrospekcje z ich udziałem mówią nam o nich naprawdę wiele. I to wystarcza, by zalać się łzami, gdy coś pójdzie nie tak. A to jest tytuł tego rodzaju, że WSZYSTKO idzie nie tak. Przy oglądaniu człowiek na zmianę ryczy i jęczy: DLACZEEEGOOO?! No i ewentualnie: DOBRZE CI TAK, SUKO! Ten serial wie, jak grać na emocjach.
Jeśli chodzi o warstwę wizualną, to nie mam żadnych zastrzeżeń. Kreska jest ładna, animacje świetne i dynamiczne (duh, jak to anime), scenerie klimatyczne i miłe dla oka. Bardzo podoba mi się różnorodność w wyglądzie dziewczyn w ich formach magical. W grze każda stworzyła swojego avatara i po transformacji właśnie tak wyglądają, nawet jeśli w prawdziwym życiu są zapijaczonymi czterdziestkami lub... chłopcami.
W sumie tego mi trochę brakuje: transformacji. No, ale śliczne, sparklące animacje w każdym odcinku pewnie zaburzałyby klimat i ton historii, więc zgaduję, że nie można mieć wszystkiego.
Gdyby całe anime było takie słodkie...
to pewnie nie byłoby tak zajebiste.
Luby stwierdził, że no, i to jest anime o magical girls, które mogę oglądać. Więc werdykt jest taki, że czy jesteś fanem czy antyfanem: OGLĄDAJ. WARTO.

wtorek, 4 października 2016

Recenzja XLVI: Sekretne życie zwierzaków domowych

Trzecia recka filmu pod rząd... No dobra.
Powiem wam, że pokładałam spore nadzieje w tym filmie. Pierwsze teasery były świetne, obiecywały coś nowego, zabawnego i skierowanego do miłośników zwierzaków. Ale później pojawiły się pełniejsze trailery zdradzające fabułę filmu... i pojawiły się wątpliwości. Za bardzo przypominało to „Toy Story”. No, ale ok, wzięłam kredyt zaufania, poszłam do kina.
Tragedii nie było, ale zachwytów – też nie.
Pewien szczegół na powyższym plakacie podsumowuje główny problem „Sekretnego życia zwierzaków domowych”. Mianowicie chodzi o tekst u góry. „Film twórców hitu Minionki”.
Widzicie, kiedy obejrzałam „Jak ukraść księżyc”, polubiłam go z powodu Gru. Kiedy obejrzałam „Jak ukraść księżyc 2/Minionki rozrabiają”, polubiłam go z powodu Gru (i El Macho, omg). Kiedy pojawił się zwiastun „Minionków”... Eeech...
W pierwszym filmie minionki były tylko trochę irytujące. Potem, z kompletnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn, wyewoluowały w jakiś wszechobecny, wkurwiający twór, który ani śmieszny nie jest, ani do niczego nie pasuje, ale z jakiegoś powodu zostały mu przypisane wszystkie zasługi sukcesu marki. Generalnie to są odpowiednikiem Crazy Froga czy innego tego typu badziewia: wygląda głupio, wydaje irytujące odgłosy i zarabia maaasę hajsu. Przez większość czasu miałam zupełnie obojętny stosunek do minionków, ale po tym właśnie filmie, po „Sekretnym życiu...” zdałam sobie sprawę, jak wiele zła uczyniły dla wytwórni Illumination (minus góra forsy zarobiona na masie szajsu z minionkami).
Widzicie, ten film naprawdę MÓGŁ być dobry. Problem w tym, że najwyraźniej twórcy powiedzieli sobie: Ej, robimy film dla dzieci, a dzieci lubią, jak dużo się dzieje, ciągle ktoś krzyczy albo się śmieje, więc zróbmy tak, żeby ciągle ktoś kogoś gonił i było pełno śmiesznych gagów, i pamiętajcie, że NIE MOŻEMY WYWOŁYWAĆ EMOCJI INNYCH OD RADOCHY, kto to widział zmuszać dzieci do myślenia, jeszcze się popłaczą albo co, a nie jesteśmy sadystami, żeby wywoływać płacz u dzieci, co nie?
I tak zmarnowanych zostało co najmniej kilka okazji na poruszenie ważnych, życiowych tematów, które skwitowane zostały li i jedynie żartem albo natychmiastowym przeskokiem do kolejnej sceny akcji. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi trącać wrażliwe struny i opowiadać o poważnych sprawach, ale w tym konkretnym przypadku, coś takiego bardzo by zaplusowało, ba, mogłoby sprawić, że ta animacja stałaby się naprawdę dobrym filmem. Ale nie – zamiast tego mamy kolejny twór minionkopodobny, w którym jest ciągła akcja i gagi, ale jakoś tak zero refleksji nad tym wszystkim.
Wiecie, co myślę? Że ten film byłby dużo, DUŻO lepszy, gdyby zrobił go Disney.
Tak, Disney też ma swoje zady i walety, ale mimo wszystko POTRAFI zbalansować sprawy mniej i bardziej poważne, śmieszne i poruszające, i zrobić to tak, by efekt końcowy nie przesadzał w żadną stronę. Strasznie mnie to uderzyło w „Sekretnym życiu...” w scenie, w której dowiadujemy się, że KTOŚ UMARŁ, ktoś WAŻNY, ale niemal widziałam, jak za kulisami reżyser macha ołówkiem i krzyczy spanikowany: NIE, NIE, NIE! Nie możemy mówić o śmierci! Szybko, dawajcie motyw pokłóconych przyjaciół i scenę pościgu!!!
W obecnej formie, najlepsze fragmenty tego filmu to sam początek i sam koniec. A żeby zobaczyć połowę z tego, wystarczy, że obejrzycie trailery. Także ten, no. Polecam raczej poczekać, aż puszczą w TV, zamiast iść do kina.
PS Pudel Leonard to mój ulubieniec.

wtorek, 6 września 2016

Recenzja XLV: Barbie: Gwiezdna przygoda

Ojejku jej, jaki ten film jest cudowny!
Przepis na świetny film o Barbie?
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam filmy z Barbie. Uwielbiam wszystkie ich klisze, oczojebny brokat, bliźniaczo podobne do siebie historie; wszystkie ich wady i zalety. W poprzedniej notce o barbiowych filmach wspominałam o różnych, hm, epokach tych dzieł: od adaptacji baśni przez idee charakterystyczne dla marki po dżenderową ewolucję. Właściwy podział dzieli się na cztery generacje:
G1 (1987): Obejmuje dwa filmy, o których istnieniu nawet nie wiedziałam, i ciężko je nawet nazwać filmami, bo trwają po dwadzieścia pięć minut. „Barbie and the Rockers: Out of this world” i „Barbie and the Sensations: Rockin' back to Earth” opowiadają o Barbie i jej zespole rockowym, który gra... w kosmosie. Miał być z tego serial, ale coś nie pykło.
G2 (2001-2009): Ta generacja obejmuje wszystkie baśniowo-bajkowo-księżniczkowe filmy, od „Dziadka do orzechów” po „Trzy muszkieterki”.
G3 (2010-2015): Tu wytwórnia zdecydowała się porzucić typowe księżniczkowe baśnie i postanowili się skupić na tym, co chcieliby robić w zgodzie z marką, skupiając się na historiach bardziej współczesnych i bardziej zorientowanych (ku memu nieszczęściu) na modzie. Ale poza koszmarkami pokroju „Tajemnicy wróżek” i „Księżniczki i piosenkarki”, wliczają się w to też moje ulubione filmy z serii „Barbie i jej siostry...” i parę innych udanych filmów (jak choćby „Perłowa księżniczka”), więc możliwości hejtu są ograniczone.
G4 (2015+): Czyli, jak to lubię nazywać, dżenderowa rewolucja, choć tak naprawdę Barbie walczyła z dżenderowymi stereotypami jeszcze zanim się urodziłam, pojawiało się to też w filmach z poprzednich generacji (np. w „Trzech muszkieterkach”), ale mniejsza. Te dzieła łamią stereotypy, główne bohaterki nie są uwiązane do truloffa, zajmują się sprawami uchodzącymi za niedziewczęce i ogólnie kopią tyłki. Obejmuje to filmy takie jak „Superksiężniczki”, „Tajne agentki” czy właśnie „Gwiezdna przygoda”, na której dziś spróbuję się skupić, co łatwe nie będzie, bo nie umiem się rozpisywać o rzeczach, które po prostu strasznie mi się podobają.
Szklanka Strażników Galaktyki...
W czasie kiedy LucasFilm pracuje nad kolejnymi epizodami Gwieznych Wojen, Mattel postanowił wrzucić swoją lalkę w równie kosmiczne klimaty. Nie jest to jednak w żadnym wypadku próba pobrzmiewająca stwierdzeniami typu „Starłorsy som za mało dziewczęce, zrobimy naszą wersję, różową i z brokatem, bo dziewczynki kochają róż i brokat, to będzie dla nich odpowiedniejsze, durr hurr”. W dzisiejszych czasach za takie myślenie naraża się na atak wściekłych SJW i twórcy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Poza tym, z bohaterkami takimi jak Leia czy Rey, Gwiezdne Wojny są wystarczająco „dziewczęce”. Ach, to mi przypomniało, jak siedziałam w pracy, w rejestracji w przychodni, i czekająca w kolejce dziewczynka, lat 3 miesięcy 6, rozkminiała na głos, czy Darth Vader lubi się przytulać (doszła do wniosku, że chyba Chewbacca lubi bardziej). <3
Enyłej, choć róż i brokat się w filmie pojawiają, to wcale nie w przytłaczającej ilości i w żadnym momencie nie jest nie na miejscu, a takie wrażenie się odnosi w sporej części produkcji obierających sobie za target małe dziewczynki. Widzieliście filmy Winx albo Bratz? Tam WSZYSTKO jest różowe... Filmy Barbie z trzeciej generacji, na was też patrzę.
Pół szklanki Avatara...
Świat przedstawiony w „Gwiezdnej przygodzie” jest, cóż... po prostu zachwycający. Wszechświat jest kolorowy, futurystyczne miasto świetnie zaprojektowane, mieszkańcy planet, hm, mogliby być zróżnicowani czymś więcej od koloru skóry i dziwacznych ubrań, ale między nimi przechadzają się androidy i cyborgi, więc wybaczam. Stroje, o matko, postaci są tak świetnie ubrane, że mam ochotę zmienić płeć mojej postaci w Skyforge'u na kobietę i się bawić jakby to była moja lalka Barbie w świecie tego filmu. Na dobrą sprawę nie ma tu nic nad wyraz oryginalnego, wszystko to już gdzieś widzieliśmy, ale jest to misz-masz bardzo udany i cieszący oko.
Na zachwyty z mojej strony zasługują także śliczne modele postaci i animacje. Ze wszystkich filmów o Barbie, tutaj są zdecydowanie najpiękniejsze. Na minus, niestety, montaż. W większości jest ok, ale w niektórych momentach jest naprawdę bardzo, bardzo zły: ujęcia po kilka sekund, urywane jakby w połowie, patrzące z różnych kątów na to samo... Co się zadziało w tych kilku scenach? Dziecko montażysty dorwało się do pulpitu i narozrabiało?
Bardzo mi się podobają także przedstawione tu zwierzęta, poza jednym wyjątkiem: mityczna bestia, która wygląda jak pluszowy dinozaur z pyszczkiem szczeniaczka. Jest po prostu okropna. Wygląda śmiesznie, kiedy próbuje warczeć i sprawiać wrażenie groźnej. Gdyby ten jeden stwór został zaprojektowany inaczej, mogłabym dać filmowi maksymalną ocenę, ale niestety, on tu pasuje jak wół do karety. Ja rozumiem, że w filmie o Barbie nie mogło zabraknąć „słodko” wyglądającego zwierzaka, ale czy nie wystarczyłby Popcorn, zwierzak głównej bohaterki? Czemu dawać tak szpetny wygląd istocie, która miała uchodzić za mistyczną i wspaniałą?
Szczypta No Man's Sky...?
Fabuła! Barbie żyje na odludnej planecie w rezerwacie przyrody ze swoim ojcem. Pewnego dnia zostaje wybrana przez króla całej galaktyki, aby wraz z paroma innymi młodymi ludźmi pomogła mu w wypełnieniu misji mającej na celu uratowanie gasnących gwiazd.
W tych gwiazdach, co to niby umierają, czegoś nie rozumiem. Jest co najmniej kilka scen, w których bohaterowie patrzą w nocne niebo, upstrzone gwiazdami tak, że prawie nie widać nic pomiędzy nimi, i padają ciężkie westchnienia: „Och, jakie niebo było piękne z gwiazdami, szkoda, że już ich nie ma, buu”. Eee... what? Jeśli TO jest według was bezgwiezdne niebo, to jakie jest gwiezdne? Słowem: ktoś tu nawalił.
Tym, co mnie najbardziej urzekło w tym filmie, jest fakt, że... nie ma tu czarnego charakteru. No po prostu nie ma. Jasne, jest król Constantine, niby on uchodzi za antagonistę, ale tak naprawdę nigdy nie jest typowym złolem. Ot, ma swój pomysł na uratowanie galaktyki, ma inny sposób myślenia od protagonistki, jest szorstki w obyciu, ale nie jest ani niczyim rywalem, ani przeciwnikiem. Nie wiem, ile mogę o nim napisać, by nie popełnić spoilera, który i tak dla nikogo spoilerem nie będzie, bo wiadomo, jak ta historia się może skończyć, ale w każdym razie, strasznie polubiłam tą postać. W końcu jest cyborgiem, jak miałabym nie kochać cyborga?
<3 <3 <3
Podsumowując: „Gwiezdna przygoda” awansuje na pierwsze miejsce w mojej topliście filmów o Barbie. 9/10, -1 za tego szpetnego dinozaura. Polecam wszystkimi kończynami.



PS Od ponad tygodnia próbuję zrecenzować „Sausage Party”, ale nie jestem w stanie dojść do wniosku, czy mi się to podobało, czy wręcz przeciwnie, i wciąż mam ciężkie wtf na wspomnienie.

czwartek, 21 lipca 2016

Recenzja XLIV: Warcraft. Początek

Refleks szachisty, nie? Od premiery filmu minęło już trochę czasu, ale dopiero teraz zebrałam się w sobie, by coś o nim napisać. Bo, powiem wam, łatwo mi nie jest o tym pisać. Uniwersum, którego nie znam, gry, w które nie grałam (poza Warcraftem II, w którym zginęłam w tutorialu i zrobiłam tableflip); ogólnie cała wiedza, jaką mam w tym temacie pochodzi z odcinka South Parku „Make love, not Warcraft”. I wiecie co? Ten film spodobał mi się tak bardzo, że był drugim w moim życiu filmem, na który udałam się do kina dwa razy (pierwszym było „Przebudzenie Mocy”).
Soundtrack skomponowany przez tego samego pana, co robi muzykę do „Gry o tron”. I wszystko jasne.
Z miejsca trzeba powiedzieć, że arcydzieło toto nie jest. Ale w kategorii filmów fantastycznych wybija się zdecydowanie na plus. Jasne, ma wady, całkiem sporo nawet, ale dla kogoś takiego jak ja, kto ma ochotę po prostu na epickie widowisko, z zachwycającymi krajobrazami, dynamiczną walką na miecze, kiczowatymi i kompletnie niepraktycznymi, ale pięknymi zbrojami, chędożonymi gryfami i orkami, które nie wyglądają jak Pudzian po kąpieli w zielonej farbie, z muzyką wgniatającą w fotel i ogólnym rozmachem doznaniowym – ten film był niemal doskonały.
OMG ORKI MIECZE ARMIE GRYFY OMG OMG
No, to może zacznijmy od wad. O wierności pierwowzorowi, obawiam się, nie mam wiele do powiedzenia. Zastanowiło mnie tylko to, że niektórym elementom przedstawionym w filmie dziwiły się nawet największe Blizzardowe fanboye – np. taki Strażnik. Pewien vlogger (Cinematic Excrements, polecam) w swojej videorecenzji przyznał, że mimo grania we wszystko spod szyldu Warcrafta, nie miał pojęcia, kim w ogóle jest Strażnik i jaką pełni rolę w tym świecie. Luby mój powiedział, że taka postać pojawiła się w którejś części strategii Warcrafta, ale jego rola była raczej niewielka i tylko powiedział parę zdań. W filmie zaś TEŻ nie do końca wiadomo, kim ten cały Strażnik jest i co robi poza nudzeniem się w zajebistej wieży przez kilka lat, póki fabuła go nie wezwie. Superpotężny czarodziej, chroni świat... i tyle w sumie wiadomo. A z drugiej strony zdarzają się baaardzo niezręczne ekspozycje, na przykład ta, w której Lothar (o którym, że na imię ma Anduin – a to kojarzę! – dowiedziałam się dopiero przed chwilą) przypomina swojej siostrze, że jest jego siostrą. Za każdym razem jak widziałam tę scenę, śpiewałam sobie w myślach na modłę Nostalgia Critica: Exposition, exposition, throw shit out ASAP!
No nic, pal sześć, przecież nie wszystko widz musi mieć wyjaśnione jak krowie na granicy, pewne niedopowiedzenia też mogą mieć swój urok. Inna wada, o wiele poważniejsza w moich oczach: niektóre sceny kończą się zbyt szybko i nagle. Potrafią się urwać tak gwałtownie i od razu przejść do czegoś zupełnie innego, że sprawia to wrażenie błędu montażowego. Nie pozwala to wybrzmieć poszczególnym scenom, a widzowi – wczuć się w klimat. W jednej chwili każą mi się wzruszać nad tragicznym backstory jednej postaci, a pół sekundy później obrywam w twarz ryczącym orkiem.
Przyjrzyjcie się temu panu.
Potem przeczytajcie opis urgala z książek Paoliniego
i zobaczcie, jak zostały przedstawione w filmie.
Starajcie się nie posikać ze śmiechu.
Kolejna wada, to że co prawda można ten film obejrzeć laikiem będąc i dobrze się na nim bawić (jak widać na moim przykładzie), ale mam jednak wrażenie, że gdybym siedziała w tym uniwersum od lat, to zrozumiałabym więcej, a na pewno o wiele bardziej cieszyłyby mnie różne nawiązania (choć tu akurat ciężko zwalać winę na twórców). Nie rozumiem na przykład, dlaczego nie mają tam całej armii bojowych gryfów, skoro jeden był w stanie poczynić takie spustoszenia w szeregach orków? Albo czym była ta niebieska sadzawka, poza tym, że akumulatorkiem many? Czy to powszechne, wszyscy czarodzieje czerpią moc z takowych? Jeśli tak, to czemu widzimy, jak robi to tylko Medivh, a nigdy Khadgar? Co to był za magiczny sześcian w tej szkole czarodziejów czy cokolwiek to było? A istota w środku? Jakie są właściwie zasady mak'gory? Jeśli to walka dwóch wodzów o przywództwo, to po kiego grzyba (SPOILER) został do takiej walki wyzwany człowiek? Czym jest Spaczenie? Czy istniało tylko w świecie orków i pewien osobnik, co do którego nie chcę spoilerować sprowadził je do, jak temu światu tam, Azeroth, czy było tam od zawsze? Skoro ceną za użycie mocy Spaczenia jest życie i skoro widzieliśmy na samym początku, że jeden jelonek może wskrzesić małe orczątko, to czemu do otwarcia portalu nie użyć bardzo dużej ilości, nie wiem, kurczaków albo krówek, albo innych powszechnie występujących zwierzątek zamiast humanoidów, które tylko sprawiają problemy i rzucają na ciebie zbrojne legiony? (Tak, tak, jesteśmy orki, znamy tylko wojnę, WAAAGH). Dlaczego dziecko Draki i Durotana zzieleniało pod wpływem Spaczenia, a inne orki nie? A może to nie kwestia Spaczenia, tylko po prostu Durotan o czymś nie wie...? Czemu pokazywanie zdruzgotanej na miazgę przez broń palną dłoni orka jest ok, a zrobienie bohaterowi przebitemu na wylot gigantyczną, żelazną łapą dziury w brzuchu już nie jest ok i zamiast realistycznych ran dostajemy ugrzecznioną, nietkniętą zbroję i kilka kropel krwi? Czemu wszystkie inne rasy poza ludźmi i orkami są potraktowane tak bardzo po macoszemu i prawie ich w tym filmie nie ma? I najważniejsze: CZEMU ELF MIAŁ FIOLETOWE ZĘBY?!
„BO LUBIĘ JAGODZIANKI! >:C”
Drugi seans pomógł mi powiązać pewne fakty, których nie skojarzyłam za pierwszym razem, ale pewien poziom skonfundowania jednak pozostał. Ale co z tego, kiedy jestem raczona takimi zajebistymi ujęciami, takim pięknie wyglądającym światem, taką świetną muzyką, no i, no i... no i OWCA! <3 <3 <3
Nie potrafię hejtować tego filmu. Jasne, zdaję sobie sprawę z jego wad, ale wszystko poza nimi za bardzo mi się podoba. Gdyby nadal to gdzieś grali, poszłabym do kina jeszcze raz. Taka impreza. Zostaję do środy.
Tyle dużo ładnego. <3
PS Coś mi się kodowanie rypło, ale mam lenia i nie chce mi się tego naprawiać.

wtorek, 14 czerwca 2016

Recenzja XLIII: Skyforge

Zamysł stojący za grami MMO ogólnie mi nie leży. Jestem introwertykiem, nie lubię ludzi, a już tym bardziej interakcji z nimi – podczas gdy interakcja z innymi graczami to, jakby nie patrzeć, główna atrakcja tego typu gier. Zwołujesz przyjaciół, tworzycie drużynę, idziecie naparzać NPCów albo inne drużyny graczy. Dlatego żeby gra MMO wzbudziła moje zainteresowanie, musi mieć silny element PvE i dawać graczowi możliwość cieszenia się jeśli nie wszystkimi, to przynajmniej większością aspektów w pojedynkę. Skyforge dał mi taką możliwość. No i... cóż. Uzależniłam się.
Wyrzutów sumienia nie stwierdzono.
Skyforge w pigułce: futurystyczną planetę Aelion regularnie odwiedzają inwazje kosmitów; ty jesteś wybrańcem, nieśmiertelnym, który ma możliwość stać się bogiem i używając swoich umiejętności, bronić śmiertelników. Proste? Proste (i na marginesie, bardzo mi się podoba fabularne uzasadnienie faktu, że postać gracza umiera i zmartwychwstaje bez końca). To znaczy, o ile nikomu nie przeszkadza to, że droga do osiągnięcia boskiej formy trwa pi razy drzwi 80 godzin gry. Nie jest tak, że dopiero od tego momentu zaczyna się PRAWDZIWA gra, najlepsze atrakcje et cetera, ale trzeba przyznać, że to nie jest gra dla niecierpliwych. Bo nie ma też tak, że po zostaniu bogiem nie ma już co robić. Dopiero wtedy otwiera się przed graczem możliwość brania udziału w odpieraniu inwazji, czyli w specjalnych misjach, w których zdobywa się znajdźki i zasoby niedostępne nigdzie indziej, wymagane do awansowania w zupełnie nowych polach.
Awansowanie... ło matko. Ten system jest OGROMNY. Masz do dyspozycji kilka Atlasów, będących drzewkami rozwojowymi. Na początku masz dostęp do dwóch: ogólnego oraz Atlasu twojej klasy. Później, w miarę progressu fabularnego i własnego, odblokowujesz pierdyliard kolejnych: Atlasy innych klas (tak, możesz zmienić klasę w dowolnym momencie), Atlasy dla każdego gatunku kosmitów, Boski Atlas, Atlas twojego boskiego aspektu... To powinno być skomplikowane, ale nie jest. W przeciwieństwie do takiego Dragon's Prophet, które nie tłumaczy graczowi NIC, Skyforge jest na tyle uprzejmy, że za każdym razem, gdy w zasięgu twoich możliwości pojawi się coś nowego, nie dość, że ktoś ci tłumaczy, z czym to się je, to jeszcze dostajesz miniquesta z małą nagrodą za, dajmy na to, otworzenie menu i przebrania twojej postaci w nowy strój.
System jest o tyle oryginalny, że nie ma tu poziomów. Levelowanie polega na zdobywaniu punktów prestiżu: to taki przelicznik, na podstawie którego można ocenić, jak bardzo zaawansowana jest postać. Dla przykładu, boską formę odblokowuje się po osiągnięciu 30k prestiżu, gracze z najdłuższym stażem mają już po 200-300k prestiżu.
Wszystkie klasy, jakie do tej pory
powstały.
Jak już wspomniałam, gracz nie jest na resztę życia skazany na jedną klasę: w każdym momencie może ją zmienić na inną, nawet w środku walki. Choć, oczywiście, najpierw musi odblokować dostęp do innych w swoim głównym Atlasie. Początkowy zestaw to cryomancer, paladyn i lightbinder, czyli standardowy team: czarodziej, rycerzyk, healer. By zyskać dostęp do innych klas, trzeba się trochę namęczyć... lub czekać na jakieś promocje, parę dni temu portal Alienware Arena zarzucił kodami, które dają między innymi możliwość odblokowania jednej dowolnej klasy. Kluczy zostało jeszcze 2000, więc spieszcie się! LINK.
Gracze mają różne style gry: jedni aktywnie zmieniają klasy, inni trzymają się jednej. Niezależnie od preferencji, warto dążyć do odblokowania i wymaxowania wszystkich dostępnych klas. Za każdą maksymalnie rozwiniętą klasę postaci, odblokowuje się dodatkowe dwa miejsca na tzw. symbole (dające naprawdę fajne i ważne bonusy) oraz specjalny kostium. 
A propos kostiumów: strasznie podoba mi się to, że nie ma tutaj zbroi w rozumieniu takim, jak w innych grach RyPyGie. Jakość ekwipunku ulepsza się osobno, a na sobie postać może nosić co jej się żywnie podoba, nawet same majtki. Nie ma zbroi, są całe kostiumy: strój + coś na łeb. I kolczyki, i tatuaże, i makijaż dla lasek. Bardzo mi się podoba to rozwiązanie, wreszcie nie ma tak, że moja postać wygląda jak kloszard, mając na sobie każdy element zbroi inny, bo takie mają lepsze bonusy albo nie mogę znaleźć nic do kompletu.
Póki co nie ma możliwości stworzenia kolejnych postaci na jednym koncie i nie wydaje mi się, by mogła ona zaistnieć, ale nic to, bo poza klasą gracz może także zmienić imię, wygląd, a nawet płeć swojej postaci. Usługa jest, oczywiście, płatna, choć są też możliwości zdobycia jej za darmo. Primo, na początku gry każdy dostaje kupon na darmową zmianę, secundo: te same kupony można wygrać w eventach, tertio: w trakcie głównego wątku fabularnego dostaje się questa na zmianę wyglądu, co można uczynić lub nie, w każdym razie: zmiana jest darmowa i nie zużywa kuponu otrzymanego na początku gry.
Lubiłam moją postać, ale żelowe cycki i niektóre żeńskie kostiumy były
okropne. I tak Winifreda stała się Hexiciah.
Nie da się ukryć, że gra jest ciut... bardzo... powtarzalna. Gracz ma do wyboru szeroką gamę misji, jednak na końcu okazuje się, że i tak robi w kółko to samo, bo akurat tam się zdarzają najbardziej go interesujące nagrody. Gadam bez sensu? Dobra, spróbuję to jakoś uporządkować.
Podział na przygody prezentuje się następująco:
1) Squad/Group – to misje będące odpowiednikiem „dungeonów”. Mapki są nieduże, jest w nich dwóch-trzech bossów do pokonania i skończenie ich zajmuje zwykle jakieś dwadzieścia minut. Misje typu Squad można bez problemu przejść w pojedynkę lub w grupie do trzech osób, misje Group wymagają zwykle pięciu graczy.
2) Battle – areny PvP.
3) Regions – ogromne, otwarte obszary z masą questów, które gracz może wykonywać w dowolnej kolejności, sam lub w grupie.
4) Test area – miejsca, w których do wykonania są specyficzne questy solo za niezłą nagrodę. Jednym z nich jest coś w rodzaju placu treningowego, gdzie wybiera się pięć zadań do wykonania: arena z przeciwnikami, tor przeszkód (JAK JA GO NIENAWIDZĘ) i takie tam. 
5) Hostile territories – duże obszary pełne supersilnych wrogów, bez dobrej drużyny nawet nie myśl o zapuszczaniu się w te rejony. 
No więc wybór jest w sumie duży, samych squadów jest 29, regionów 9, a przejście każdego regionu zajmuje kupę czasu, te największe to pff, ja wiem, z pięć godzin jak nic. Nagrody za misje (poza regionami i obszarami testowymi) zmieniają się co czterdzieści minut, więc zawsze znajdzie się miejsce do farmienia konkretnego typu zasobów. Niestety, jeśli się woli unikać zbierania drużyny randomów (co czasem trwa dobre 10min, nim gra znajdzie nam towarzyszy...), pozostają raczej głównie squady, bo są najszybsze, a jak trafi się mnożnik nagród x3, to już w ogóle zajebioza. Więc robi się te, które się najbardziej lubi albo te odpowiadające pod kątem wynagrodzenia i ani się obejrzysz, jak zaczniesz trzeci raz w ciągu dnia tę samą misję. I choć osobiście raczej nie przepadam za powtarzalnością, to tutaj prawie w ogóle mi to nie przeszkadza. Jasne, wrogowie zawsze są ci sami, ale poziom trudności się zmienia. Chcesz podlevelować klasę, którą właśnie odblokowałeś? Żaden problem, wybierz łatwiejsze ustawienie i napierniczaj. Szukasz wyzwania? Da się zrobić; ostatnio prawie dostałam szału, jak nie mogłam pokonać najłatwiejszego bossa jaki istnieje, którego zabiłam już z milion razy, a teraz nie dawałam rady mimo podążania dobrym i sprawdzonym patternem – bo skurkowaniec zadawał tak ogromne obrażenia, że nie byłam w stanie go pokonać sama, musiałam się uciec do przemiany w boską formę.
Ot, ptasiek. Kinetic to zdecydowanie moja ulubiona klasa.
 No i co tu więcej mówić? 161 godzin gry za mną, nie czuję się nią ani odrobinę znużona, ba, kocham ją coraz bardziej. Ostatnio do tego stopnia wciągnął mnie TES IV: Oblivion tych dziesięć lat temu (borze, jaka ja jestem stara). Coś czuję, że mój portfel trochę ucierpi na Skyforge'u, choćby dlatego, że grać bez konta premium się niby da, ale z nim gra się o wiele lepiej (mimo że główne benefity to tak naprawdę 200% lootu). No a super by było zgarnąć jakieś epickie kostiumy, mounty (jak ja żałuję, że nie zaczęłam grać cztery miesiące wcześniej i przegapiłam event ze świątecznymi mountami do kupienia, RENIFERKI! <3), wiecie, takie tam rzeczy niezbędnie konieczne do życia...
Na zakończenie: screeny, dużo screenów. Uwielbiam trzaskać ładne ss-y, a Skyforge ma bardzo sympatyczne narzędzie do aranżowania takowych.
Moja postać przed zmianą płci. W sumie trochę tęskno,
ale faceta też kocham.
Kinetic jest zajebistyyy <3
Dzień dobry, czy chciałby pan porozmawiać o naszym stwórcy i władcy?
Winifreda miała crusha na Laertesie, zdradzonym, opętanym bogu.
Hexiciah zaś...
...ma crusha na Flaviusie, który wygląda trochę jak Benedict Cumberbatch,
tylko ładniejszy, i jest przesłodki, i go kocham. <3
Ku chwale Aelionu!
A tu widzicie jeden z powodów mojej rezygnacji z grania kobietą...
Stanik? Serio? A pod miniówą ma jeszcze pończochy na paseczkach...
I to nie jest strój NPCa, to kostium bojowy alchemika.
Ale trzeba oddać Skyforge'owi sprawiedliwość, że i tak jest 1000 razy
lepszy pod tym względem od wszystkich innych MMORPG.
Klasa, którą lubię, ale nie ogarniam: berserk. Lubię go, bo ma
CHĘDOŻONY MIECZ ŁAŃCUCHOWY,
najzajebistrzą broń wymyśloną przez człowieka. WRRRRRRUM
W najnowszej aktualizacji pojawiła się możliwość zdobycia companiona.
Zajęło mi to dwa tygodnie ostrego grindingu, ale UDAŁO SIĘ,
zdobyłam ślicznego robocika z eventu. <3


czwartek, 9 czerwca 2016

Recenzja XXXIV, część 6: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Hm.
No i jednak doczytałam do końca.
Czy żałuję?
Taaaaak...!
Bez silenia się na dalsze wstępy, bo jestem w tak głębokim stuporze, że po prostu nie jestem w stanie. Ostatnie trzydzieści stron „Pani Ferrinu” przedstawia się następująco:
Wielka wojna, wszyscy kontra Lanoria, wojska, straty, blabla, I don't care. Anaela używa jednej ze swoich licznych mocy i wznosi mury z zielonego kryształu, które spopielają wrogie statki, ale wiele to nie pomaga w przesunięciu szali zwycięstwa. Obrywa zbłąkaną kulą i kiedy czytelnik zastanawia się, czemu ktokolwiek zgodził się na to, by stała na środku pagórka, kompletnie sama i nieosłonięta, zostaje przeniesiona do najbliższego zamku. Wszyscy dowódcy (to jest Sellinaris, Karin i Sirden) opuszczają swoje oddziały tylko po to, by się trochę pomiotać gniewnie nad ranną Anaelą. A wtedy nagle puf! Porywają ją demony i znika. Wyżej wymienieni miotają się jeszcze gniewniej i nie wiedzą, co zrobić, gdy nagle wpada sokół – posłaniec przysłany przez Dariela, który, jak wszyscy zapewne pamiętają, został wysłany w pizdu do Lanorii. Sokół ma dwie wiadomości, z czego pierwszej nie pamiętam, a druga jest od Anaeli do Karina i głosi, że ma się udać do siedziby lanorskiego boga poprzez portal na Ziemi.
Tak więc Sellinaris i Karin udają się na Ziemię, w Googlach znajdują informację, że portal zwany Wrotami Piekieł znajduje się w... paryskim muzeum (sic) i zapieprzają tam złotym porsche (sic), przy czym Karin, choć obowiązkowo dziwuje się wszystkiemu, co widzi, uczy się prowadzić autko w trymiga (sicsicsic).
Potem następuje scena w barku na stacji benzynowej. Tego się nie da opisać i nie wyczerpać całego bujnego polskiego słownika wulgaryzmów.
Dziewczyna, całkiem zresztą ładniutka, miała na sobie obcisłą mini i takąż bluzeczkę z dekoltem do pasa. Widać było przez cienki materiał, jak na widok dwóch pięknych mężczyzn twardnieją jej sutki, a biodra zaczynają kołysać się zachęcająco. (...)
- Tajemnica państwowa. - Sellinaris uśmiechnął się leniwie, chwytając dziewczynę za pośladek. (...)
- Mamy niezłe krwiste steki, do tego winko, a na deser... - Chwyciła go za rękę i... wsadziła sobie między nogi. (...)
- To Ziemia. Tutejsze kobiety są właśnie takie. - Sellinaris wskazał brodą kelnerkę. - Zresztą... nie tylko kobiety... - Tu nawet on musiał się zaczerwienić.
Karin osłupiał po raz któryś tego dnia.
- Co masz na myśli?
- Będą zaczepiać cię także mężczyźni.
- Mę... No niee... Żartujesz sobie ze mnie. - Karin próbował się roześmiać. Ale nagle zaczął to sobie wyobrażać i śmiech mu zamarł w gardle. - Oni tutaj... Powiedz, że żartujesz? Przecież to tak, jakbyś chciał to zrobić ze smokiem!
- Mówię ci tylko, że jesteś piękny jak na tutejsze standardy. Nie zabij jakiegoś za niedwuznaczną propozycję, bo cię zamkną.
- Mnie?! Chyba jego!
- Ciebie. Mężczyzna z mężczyzną to tutaj... modne.
(...) Sellinaris miał niestety rację. Za dwoma pięknymi, długowłosymi wojownikami z Ferrinu oglądały się kobiety, oglądali się mężczyźni. Gdziekolwiek się pojawili - czy to w hotelu, czy na stacji benzynowej - rzucano im zalotne spojrzenia, a czasem proponowano wprost...
 
Dojeżdżają do Francji, włażą do muzeum, Sellinaris dowiaduje się, że Karin otrzymał rozkaz od Anaeli, by go trzymać z daleka, a w ogóle to portal i tak go nie przepuści, lol, szarpią się, Karin – który sztukę obsługiwania pistoletu opanował jeszcze szybciej od prowadzenia samochodu – strzela mu w nogę i idzie w portal. Kiedy Sellinaris leży i krwawi na podłodze muzeum otoczonego przez brygadę antyterrorystyczną (sic), Karin znajduje Anaelę (całkowicie zdrową) i Dariela, który właśnie wykonał polecenie Sarisa, jednorożca, by ten go zabił, bo w przeciwnym wypadku Luciferrin wykorzysta Sarisa do zmuszenia Anaeli do wszystkiego poprzez torturowanie go. Anaela wchodzi w portal, Sellinaris umiera jej na rękach (cały świat rozpoczął huczne świętowanie z tego tytułu), a gdy wstaje... obrywa kulą od snajpera (sic). Mogłabym to skomentować, ale mi się nie chce, zresztą wszyscy niemający na imię Katarzyna, nazwisko Michalak i niebędący autorami tego gówna zdają sobie sprawę z tego, ile durnot zostało zawartych w samej tej jednej sytuacji. 
Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, co się potem działo i prawie na pewno popierdoliłam chronologię zdarzeń, ale tutaj wszystko tak bardzo nie trzyma się kupy, że i tak nie ma to znaczenia. Rasskar, król smoków, zdechł, bo Saris był jego dopełnieniem i jedno nie może istnieć bez drugiego, więc Sirden wyżywa się na boru ducha winnej Gabrieli i zmusza ją do przejęcia dowodzenia. Anaela zaś...
Anaela idzie wystąpić przed ludem Lanorii (chyba jednak to było jeszcze przed akcją ze snajperem). Wygłasza parę patetycznych zdań, po czym, stojąc przed komnatą pełną mężczyzn, zrzuca odzież wierzchnią i prezentuje się im niemal całkowicie naga. I w tej samej chwili czynią to wszystkie kobiety na kontynencie, zmówione z nią i świadome planu. I mężczyźni na ten widok tracą rozum, chuć zalewa im mózgi i zaczynają się wyżynać. I caluteńka męska populacja Lanorii zostaje w ten sposób zgładzona.
Ta scena... To jest najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Ba, czytając to CZUŁAM, jak moje szare komórki umierają w agonii. To głupsze od całej „Achai”. Głupsze od bohaterki opka Piekary ze zbioru „Necrosis”, chorującej na „czerwoną mgłę” nakazującej jej pieprzyć się ze wszystkimi i wszystkim. Głupsze od... od... OD, KURWA, WSZYSTKIEGO. Jedyną pocieszającą rzeczą w tej sytuacji jest fakt, że już nigdy nie będę mieć do czynienia z niczym głupszym, bo NIC tego nie pobije, po prostu, kurwa, NIC.
*wzdech* Nie wiem, co się potem dzieje, mózg mi się wyłączył. Z tego, co zrozumiałam, to wojenka w tle się nadal toczy, ale Anaela ma to w dupie, bo przenosi ją przed oblicze ferrińskich bogów, Saetina i Primei. Są tam też Amarilla, jej matka, oraz Eleuzis, ni cholery nie pamiętam, kim jest, ale zostaje opisany jako „największy wróg” Anaeli. Mówią jej oni, że ich boskie rządy dobiegły końca i teraz ONA ma zostać boginią, ale jest jeden szkopuł: ma rządzić wespół zespół z nikim innym, jak Luciferrinem, by połączyć Ferrin z Lanorią. A jeszcze paręnaście stron temu było wielkie pierdolenie o tym, jak NIE WOLNO Ferrińczykom wierzyć w lanorskiego boga, bo to umocni jego pozycję, a teraz nagle ma rządzić Ferrinem razem z Anaelą? Ale nieważne, bo z tego, co udało mi się zrozumieć, Anaela ma ten układ w dupie i popełnia samobójstwo, by połączyć się w zaświatach z tym chujem, Sellinarisem. Na sam koniec dostajemy jakąś enigmatyczną scenkę z tym dwojgiem, jak żyją szczęśliwi w Ferrinie, dostają złote jajo, z którego wykluwają się smok i jednorożec, oba białe w złote ciapki.
KONIEC.
Podsumowania nie będzie, umarłam.

sobota, 4 czerwca 2016

Recenzja XXXIV, część 5: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Wiecie co? Chciałam dokończyć tę pseudorecenzjo-analizo-relacjo-wtf. Serio, chciałam. Dziś, po długiej przerwie, odpaliłam czytnik i zabrałam się do lektury. Przeczytałam dwadzieścia stron... i nie zdzierżyłam.
Anaela właśnie została zgwałcona przez Lanorskiego boga. Z tego powodu, każe się wozić na płaszczu rozpiętym między końmi, leży w katatonii, cały świat pochyla się nad nią ze współczuciem. I absolutnie nic nie miałabym do tego fragmentu, bo gwałt to potworne doświadczenie i nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Nie miałabym, gdyby nie pewien drobny szczegół. Otóż w poprzednim tomie zgwałcona została córka Anaeli, Gabriela, przez mężczyznę, którego Anaela lofcia, do którego wzdycha, i z którym się pieprzy non stop jak kocica w rui (bo na niczym innym nie opiera się ta ich wielka miłość). Na dokładkę w innym wszechświecie ten człowiek jest OJCEM Gabrieli. I wtedy nieszczęściu Gabrieli nie zostaje poświęcone ani jedno słowo. Nic. Null. Zero. Jedyną osobą na całym świecie, która ma prawo do czucia się źle po gwałcie jest wielka, wspaniała Mary Sue: Anaela. Nikt inny, nawet jej własna córka, nie ma tego przywileju. Nawet nie chce mi się próbować opisać tego, jak bardzo mnie to wszystko BRZYDZI.
No więc męczennica Anaela wraz z orszakiem wracają do zamku Lanorów, z którego wcześniej uciekła, coś szepcze dramatycznie żonie władcy tegoż, Mirelli, i... natychmiast po tym Michalak robi fast forward osiemnaście pieprzonych lat później, kiedy syn Anaeli jest już dorosłym i ślicznym młodzieńcem, którego można opisywać jako kolejnego przystojniaka z dłuuugiej listy postaci męskich występujących w Ferrinie. Jego postać nie zostaje nam przybliżona niemal wcale. Ot, że Sellinaris go nienawidzi i zafundował mu brutalne treningi walki, a niepowodzenia karał zamykaniem chłopaka (imieniem Dariel) w ciemni na kilka dni, czemu Anaela najwyraźniej rzadko kiedy się sprzeciwiała. Rzadko, czyli tylko wtedy, kiedy Michalak opisała podobną sytuację, czyli raz, by pokazać, jak bardzo Anaela syneczka kocha. Jej relacja z nim jest... uch. Miało być, że dobra i kochana matka, tymczasem wyszło na to, że wychowała Dariela na uczepionego jej spódnicy, nieporadnego smarka, który zwraca się do niej słodkopierdzącym „matusiu” czy jakoś podobnie, nawet nie chce mi się sprawdzać, i nieustannie całuje ją po dłoniach. Rzyg.
W każdym razie, dzieciak właśnie kończy osiemnastkę, przechodzi jakiś rytuał, o którym pierwsze słyszę od pięciu tomów, i ma zostać wysłany przez ten magiczny most do Lanorii, a w zamian ma powrócić Gabriela. Heloł, niby od kiedy taka umowa obowiązuje? Gabriela miała zostać uwolniona za to, że Karin zabije Anaelę po urodzeniu synalka, ale się nie zgodził, więc...?
Nieważne. Dariel spada, Gabriela wraca, zue demony ją opętują na chwilę i przez przypadek zabija tego lanorskiego kapitana, który mnie gówno obchodzi, a ten, zanim dramatycznie wyzionął ducha, wręczył Anaeli diamentową obróżkę sokoła, którego zabili w drodze do Wieży Boga Saetina. Nie ogarniam przesłania.
Potem zaczyna się wielka wojna, na którą szykowali się przez tych osiemnaście lat, i walczą po prostu wszyscy! Ludzie, elfy, krasnoludy (sorry, górale), kyrie, smoki, jednorożce, lwiany, delfiny... Ja pierdolę, zaraz mi się przypomina ostatni tom Eragona, gdzie do wojny dołączyły KOTY.
Stety albo i nie, nie wiem, jak się kończy ta epicka opowieść. Po prostu moja cierpliwość się wyczerpała. Widzicie, gdzieś tak do połowy trzeciego tomu jeszcze dawałam radę toto czytać na zasadzie guilty pleasure. Potem jednak ogrom tej kaszany, tej skrajnej patologii posypanej brokatem i cukrem pudrem, tego skrajnego idiotyzmu na każdym kroku po prostu mnie przytłoczyły. Nie mam cierpliwości dłużej znosić tych wszystkich głupot. Życie jest za krótkie, by marnować je na czytanie AŻ TAK ogromnej szmiry, tym bardziej, że to na pewno nie jest ostatni tom, Michalak NA PEWNO dopisze jeszcze kolejnych dziesięć, i fabuła żadnego nie będzie mieć nic wspólnego z poprzednimi. Jedni bohaterowie zmartwychwstaną, inni znikną bez słowa, a Anaela przez wieki będzie piękna, młoda i pieprzona przez Sellinarisa, najgorszego gnoja w literaturze fantasy, o jakim czytałam. Nie mam ochoty strzępić sobie nerwów z powodu głupiej książ... wyrobu książkopodobnego, tym bardziej, że ostatnio nie mam czasu ani ochoty czytać nawet DOBRYCH utworów. Więc ten. Sorry, ale tu się żegnam z Ferrinem raz na, kurwa, zawsze.
EDIT: Jednak jest kolejna część. Obczajacie na własną odpowiedzialność. Link poniżej.



poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Przemyślenia III: Selfpuby, które chcę przeczytać

Przeczytałam już całkiem sporo książek selfpublishingowych. W większości można je podsumować jednym słowem. Nie, czterema, pod warunkiem, że spójnik policzymy jako słowo. „Dno i metr mułu”. No dobra, może to trochę za ostra ocena, ale serio: ze wszystkich książek wydanych za kasę autorów, które przeczytałam, żadna nie wybiła się ponad przeciętność. Były lepsze i gorsze, były tragiczne, ale nie przychodzi mi do głowy ani jeden tytuł, o którym bym myślała: tak, to była obiektywnie dobra książka. Niestety, tak to już jest w tym dość pogardzanym półświatku literackim. Słyszeliście o dramie z Zajdlami? Jak to pisarze wszczęli bunt, że chcą być wycofani z konkursu, jeśli ich nazwiska mają być stawiane na równi z ludźmi, którzy płacą za wydanie swoich dzieł? Patrząc na jakość tychże, trudno się dziwić, choć kto wie, może na tej stercie makulatury czai się perełka lub dwie? 
Tak czy inaczej, lubię czytać selfpuby. Głównie powodowane jest to masochizmem, ale też nadzieją, że znajdę w tego typu książkach coś, czego na milion procent nie wydałoby żadne inne wydawnictwo o zdrowych zmysłach, np. konioludzi z kosmosu albo powiastkę o furrych. Trzeba przyznać, że jest to pewien powiew świeżości wśród powieści, które są dość „bezpieczne”, czyli albo są sprawdzone na rynkach zagranicznych, albo wstrzelają w jakąś modę, tak jak kiedyś był wysyp powieści fantasy o polskiej szlachcie (ych, jak sobie przypomnę „Charakternika” to mi się rzygać chce).
Dlatego mam swoją małą listę selfpubów, które kiedyś, w przyszłości chciałabym przeczytać. I niniejszym wam ją prezentuję, wraz z małym wyjaśnieniem czemu akurat ten tytuł et cetera. Kolejność losowa.

1) „Klątwa elfów” Agata Waszkiewicz
Tylko spójrzcie na tę okładkę. Nie trzeba czytać, by wiedzieć, że będzie się mieć do czynienia z czymś rozkosznie złym.
W sumie nie jestem pewna, czy ta książka została wydana przez self-publishing, bo wydawnictwo już dawno zdechło i nie mogę znaleźć żadnych informacji na ten temat, ale autorka wydała toto mając 14 lat, więc liczy się. Mam ten tytuł na oku już od wielu, wielu lat i nie pamiętam, co dokładnie mnie do niego przyciągnęło, ale jak teraz czytam opisy i fragmenty dostępne w sieci, ryjek mi się cieszy na myśl o tych wszystkich kliszach związanych z tru mrocznym fantasy, elfami, czarodziejkami et cetera. Slamishyx, Marshex, Ombirax, Earowosk, o mój boru, to nie może się dziać naprawdę. <3 Spodziewam się marysuizmu do potęgi.

2) „Serce gryfa” Jastek Telica
„Gdyby Wiedźmin mógł mieć syna, nazwałby go kreczownikiem”.
Och, cudownie, kolejna po „Skorpionie” zrzynka z „Wiedźmina”. Wojownicy szlachtujący potwory są na topie, więc to się musi udać, prawda?
Jakoś tak o wiele bardziej lubię złe książki aŁtorów niż aŁtoreczek. Młodociani selfpubowi pisarze mają zupełnie inny zestaw klisz, jakimi się posługują. Bohaterowie ich książek to Gary Stu do potęgi (oczywiście), w założeniu cyniczni i zimni, w efekcie wyjściowym: bucowaci i chamscy, jak książka jest na tyle, khem, „dojrzała”, by dotykać tematu seksu, to bohater zwykle ryćka co popadnie i jest bogiem w łóżku, ale koniec końców znajduje swoją wielką, jedyną miłość, która NIE JEST JAK INNE DZIEFCYNY... Wait, w sumie to wcale nie są klisze różniące się od tych stosowanych przez aŁtorki.
Tak czy siak, chętnie obczaję i zjadę od góry do dołu bohatera, który według recenzji (tych, które nie wylizują autorowi dolnej części pleców) jest, cytuję, leniem i dupkiem. Nie spodziewam się żadnych niespodzianek w tej materii.

3) „Srebrnowłosa” Kaja Wasilewska
Tyle opkowatości w samym tytule, jejku jej. <3 Z darmowego fragmentu pamiętam głównie to, że był niemal kropka w kropkę zrzynką z początku disneyowskiego „Dzwonnika z Notre Dame”. Z opisu powieści też można znaleźć wiele podobieństw, jak choćby to, że bohaterka należy do kasty o wymyślonej, fantaZy nazwie zastępującą Cygan, charakteryzującą się jeno tym, że zarabiają kuglarstwami i sztuczkami. Bardzo głębokie. Ale mają być smoki, więc głównie to mnie przyciąga do tego tytułu.

4) „Łzy śmierci” Marcin Słoniec
Ta książka z kolei brzmi jak coś, co teoretycznie MOŻE okazać się dobre. Żadnych księżniczek Xenofilii z planety Sukkubix i takich dyrdymałów, a zamiast tego opowieść o Śmierci zajmującej się tym, czego się można spodziewać po postaci imieniem Śmierć. W grę ma wchodzić jakaś mała dziewczynka, więc może być sappy, ale przekonam się, jak przeczytam.

5) „Anarion 2. Utracona przeszłość” Natalia Molenda
Pierwsza część tej książki była po prostu klasycznym, dość nudnawym opkiem, z którego ciężko było cokolwiek zrozumieć, ale przynajmniej było to sympatyczne opko. Drugi tom został wydany wiele, wiele lat później, autorka zdążyła w międzyczasie napisać jakieś opowiadania/powieści, które umieszczała na blogach i słyszałam wiele pochlebnych opinii na ich temat (innych od „ale super rozdzialik, zapraszam do siebie!!! ;*”), więc jestem ciekawa, jak w stosunku do części pierwszej wypada druga. I w sumie to jest jedyny powód, dla którego chcę to przeczytać, bo jeśli chodzi o fabułę „Anarionu”, to nie było w nim nic ciekawego.


6) „Ostatni tech-mag. Exodus” Patryk Romanowski
Jestem skonfundowan. Tytuł mówi o jakimś tech-magu, więc spodziewałam się czegoś zawierającego technologię, może maszyny... Tymczasem z opisu wynika, że to kolejne, nudne high fantasy z królami, magami i orkami. Nie wiem, o co tu chodzi, ale liczę na zaskoczenie.

7) „Sen smoka” Dawid Rudziński
Królestwa, królowe, wojny, smoki. Nudy. Gdyby nie smoki – jedyny powód, dla którego mam na to ochotę. Co mnie do tej pory odrzucało na kilometr, to cena. 30zł za książeczkę mającą 100 stron? Hahahahahahahahahaha nie. Ale widzę właśnie, że na Allegro można już kupić ten tytuł za połowę mniej, więc moje szanse na przeczytanie tego rosną. A tak a propos wspominania o aferze wokół selfpubów i Zajdli, strasznie spodobał mi się ten fragment pewnej recki na Lubimy Czytać: „Czyta się to jak średnio dopracowany szkic powieści kolegi, któremu nie masz odwagi powiedzieć, że zamiast nagrody Zajdla należy mu się order z ziemniaka.”.

I to na razie tyle, nie będę się zbytnio rozpędzać, bo zaraz się okaże, że przez następnych 10 lat nie będę czytać nic, tylko selfpuby. Ale ta lista na pewno będzie mieć kolejne edycje.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Recenzja XLII: HunieCam Studio (18+)

 Zacznijmy od ustalenia czegoś. Tak, to jest gra o prowadzeniu agencji modelek wdzięczących się do kamer na stronach porno. Tak, jest dużo tak zwanych sexual themes (duh). Tak, dziewczyny można wysłać do motelu celem prostytucji. Nie, nie musisz mieć o to bólu dolnej części pleców. Czemu? Bo wszystko powyższe jest tu traktowane z przymrużeniem oka.
Kawaiii
 Zaczęło się od HuniePop: połączenia dating sima i match 3. Właśnie to połączenie przyciągnęło moją uwagę i choć wolałabym, by była przynajmniej opcja randkowania z jakimiś sympatycznymi przystojniakami, to i tak wciągnęła mnie na amen. Łączenie klejnocików, zapoznawanie się z dziewczynami, odblokowywanie dla nich nowych ciuchów i fryzur... Mimo powtarzalności, gra nigdy mi się nie nudziła.
HunieCam Studio mocno się różni od pierwszej produkcji studia HuniePot, w zasadzie jedynym, co mają wspólnego są bohaterki i, no cóż, motyw. Seks! Dużo seksu! Ale nie na naszym ekranie: w porównaniu z pierwszą częścią, HunieCam jest bardzo grzeczne (pomijając fakt, że na Steamie HuniePop było ocenzurowane – na gorących grafikach, wszystkie dziewczyny miały po bożemu majty i cyckonosze). Nie mamy podglądu kamer ani nic takiego. Całe nasze działanie skupia się na mapce miasta.
Miasto grzechu.
W tym miejscu wszystko, czym się zajmujemy, to zarządzanie. Rekrutujemy pracownice, przydzielamy im zadania i dysponujemy ich ekwipunkiem, inwestujemy ciężko zarobione pieniądze w ulepszenia i reklamy. Mamy 21 dni na zdobycie jak największej liczby fanów. I powiem wam, że to jest trudne jak jasna cholera. Widziałam na forach Steama ludzi mówiących, że bez żadnego wysiłku zdobyli najwyższe trofeum za pierwszym podejściem, ale ja dopiero za trzecim razem zdołałam uzbierać ledwo na najsmętniejszego penisa. Znaczy, no, ten... Puchary mają tu kształt fallusów. Tia. No więc właśnie: ciężko jest. Ale twórcy znaleźli sposób na zmotywowanie graczy: po każdej skończonej grze otrzymujemy tokeny, których ilość jest uzależniona od naszego wyniku, i za nie możemy odblokowywać nowe stroje i fryzury dla dziewczyn. Po odblokowaniu wszystkich u jednej laski, zostajemy nagrodzeni sexy grafiką – ale bez golizny.
Zoey identyfikuje się jako cebernetyczny android.
Fani HuniePop strasznie się zżymali, że rysunki w HunieCam Studio są okropne. Mnie, szczerze mówiąc, podobają się o wiele bardziej od tamtych anime lasek. Tam nawet pulchna kobitka miała idealnie płaski brzuch, co wyglądało idiotycznie i kompletnie nienaturalnie. Tu wszystkie mają ładne krągłości na swoim miejscu, sympatyczne, cukierkowe buźki i oczy z serduszkami. Jedyne, co mi się nie podoba, to jak w tej wersji narysowali Beli. Beli była jedną z moich ulubionych postaci w HuniePop, tu ją zwyczajnie oszpecili i wygląda jak małpa. No i Nikki ma dziwną minę na swojej sexy foci.
Dziewczyn do wyboru jest osiemnaście i każda ma swoje charakterystyczne cechy. Pomijając to, co najważniejsze dla rozgrywki, czyli ich wygląd i łączące się z tym fetysze, mnie najbardziej podobają się ich opisy. Mamy rosyjską dominę, lasię udającą, że jest Azjatką („She's the worst” – cytat), cyniczną kobietę wykładającą na uniwerku, która mówi, że to lepsze od uczenia et cetera. Jeśli ktoś jeszcze chciałby mieć ból zadka, że seksizm i przedmiotowe traktowanie, to po przeczytaniu tych opisów powinien się pozbyć wątpliwości na temat tego, czy ta gra jest warta jego nerwów.
A oto i zacne trofea. Powodzenia w zdobywaniu ich.
Podsumowując: me gusta. Acz, oczywiście, nie dla każdego. Fanboje myśleli, że dostaną materiał do fapania, a dostali zabawnego menedżera i są rozczarowani. Ja chciałam zabawnego menedżera i się nie zawiodłam. Ale następną produkcję tego studia poproszę z chłopcami. ;3


sobota, 19 marca 2016

Recenzja XLI: Zaklinacz smoków, Boris Koch

Pozwólcie, że zacznę od okładki. Borze Tucholski, jaka ona jest SZPETNA. Obrazek wygląda, jakby wydawnictwo chciało zaoszczędzić i „zleciło” wykonanie dziesięcioletniej córce redaktora, a oprócz tego teksty na skrzydełkach i z tyłu okładki są ledwo czytelne przez to, że znajdują się bezpośrednio na ilustracji. Czegoś tak złego wstydziłoby się wydać nawet Novae Res.
Oczy krwawio. :C
Druga sprawa: cholera jasna! Najprawdopodobniej nigdy nie będzie mi dane poznać kontynuacji, bo wydawnictwo zdechło, adres internetowy przekierowuje na stronę jakiejś hodowli bulterierów. Po niemiecku nie szprecham, a angielskie wydanie nie istnieje. A tak bardzo CHCĘ WIEDZIEĆ, CO BYŁO DALEJ!
Muszę przyznać, że to jedna z najlepszych powieści o smokach, jakie czytałam. I mam problem, bo nie wiem, ile mogę zdradzić, by was zachęcić, a jednocześnie nie zepsuć nikomu przyjemności z odkrywania tego świata. Spróbuję to zrobić w punktach.
1) Główny bohater, Ben. To najbardziej ludzki człowiek w literaturze fantasy (zwłaszcza młodzieżowej) ever. Ma serce po właściwej stronie, ale jest młody, ergo: popełnia błędy. Bywa bezczelny. Wdaje się w głupie przepychanki słowne i bójki. Reaguje emocjonalnie. Przeklina. A mimo to, da się go lubić. Przechodzi zmiany, uczy się. Nie jest kryształowym herosem bez skazy jak jego kolega po fachu, Eragon. Eragon był nie do zniesienia w swojej merysujkowości (i w ogóle to zła książka była. Wszystkie cztery, każda kolejna gorsza od poprzedniej). Ben, mimo że ma pewne niezwykłe zdolności, jest bardzo wiarygodnym bohaterem, a co za tym idzie, można mu szczerze kibicować.
2) Smoki. Koncepcja smoków w tym uniwersum jest oryginalna, może trochę dziwna, ale pasująca do świata. Przede wszystkim są niezrozumiane, bo nikt nie próbuje ich zrozumieć – ludzie chcą je tylko ujarzmiać, bo według religii, skrzydła sprawiają, że smoki są złe i trzeba je „uwolnić” poprzez odcięcie ich. A główny smoczy bohater z miejsca skradł mi serce. Smoczy bohaterowie poboczni również.
3) Fabuła. Tu bywa różnie: niby wszystko się kręci wokół głównego wątku, ale często i gęsto zdarzają się fragmenty po prostu nudne i niewiele wnoszące do historii. Cała pierwsza z trzech części, na które podzielona jest książka, jest właśnie niezbyt interesująca, ale błagam, nie zrażajcie się, bo dalej jest tylko lepiej. W każdym razie, konflikt na linii smoki-Smoczy Rycerze z Benem w środku jest ciekawy. I to zakończenie... CHCĘ CIĄG DALSZY, AAA!
Wbrew pozorom (stwarzanym przez okładkę...), to nie jest książka dla dzieci. Jasne, może i nie ma tu gore ani skomplikowanych intryg politycznych, ale z pełną stanowczością stwierdzam, że można być starą krową (albo bykiem) i być w pełni usatysfakcjonowanym lekturą. Nie jest to książka jakoś nad wyraz wybitna, ale być miłośnikiem smoków i jej nie przeczytać, to duża strata.
Na pocieszenie: ładny smok z Dragon Age: Inkwizycja.