poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Recenzja XXXII: Skorpion, Ireneusz Kołodziejczyk

Jakoś nie potrafię się tu wysilić na żaden sensowny wstęp. Co tu napisać? To jedna z najgorszych książek, jakie miałam w rękach. Cytując Mietka Mietczyńskiego, to nie jest rzecz z kategorii tak złych, że aż dobrych, to jest tak złe, że aż chu**we. To nie jest żadna inspiracja, jak próbuje nas przekonać autor w przedmowie, to jest perfidna zrzynka z „Wiedźmina” i gdyby Sapkowski miał czas i ochotę na bawienie się w takie pierdoły, to mógłby chłopaka sprocesować do ostatniej złotówki. Tym bardziej, że autor nie umie nawet umiejętnie zrzynać, to znaczy tak, by mimo ewidentnej zrzyny dało się to lubić. Nie da się, no nie i wuj. Nie pozwala na to konstrukcja bohaterów, nie pozwala na to kreacja świata, nie pozwalają na to błędy tak rażące, że przeciętny gramatyczny nazista wybuchłby nad tym tekstem ze wściekłości. Płacić za to „dzieło” 5zł – a tyle kosztuje – to granda.
A poza tym to jestem podłym hejterem, właśnie przez laga zginęłam w grze MMO i muszę się na kimś wyżyć, a gdybym była facetem, to miałabym małego.
Jak zwykle: kupa zawinięta w ładny
papierek i udaje cukierek.
  Każde opowiadanie ze zbioru zaczyna się naprawdę szkaradnym rysunkiem – czegoś, co chyba miało być żywiołakiem błota, koślawego Saurona, ludzika z patyczków wspinającego się na budynek... I nie potrafię się nadziwić, dlaczego autor, któremu udało się załatwić tak ładną okładkę (tu bez złośliwości – okładka mi się podoba), zlecił wykonanie wewnętrznych ilustracji komuś, kto najwyraźniej kompletnie nie potrafi rysować albo jest na wczesnych etapach nauki. Ale nie to jest najgorsze: obrazki nawet nie są zeskanowane i wtopione w stronę, zostało im na chama zrobione zdjęcie aparatem i wklejono je w niezmienionej formie do książki. Ewidentnie składem zajmował się jakiś prof. S. Jonalista. Zresztą, co się będę produkować, popatrzcie sami.
Z litości personaliów autorki
nie upublicznię.
Główny bohater jest renegatem, ale tak naprawdę to łowcą potworów. Wygląda wypisz-wymaluj jak Geralt, tylko ma czarne włosy. Gdy po raz pierwszy dostajemy jego opis, tak naprawdę jest to opis ekwipunku i znajduje się w nim wszystko, co posiadał Geralt: hak na trofea, pas na fiolki z miksturami (o nazwach tak oryginalnych jak Kocie Oko), dwa miecze... W ogóle to warto nadmienić, że na moje oko to jest bardziej zrzynka z gier komputerowych niż sagi Sapkowskiego. Wszystko jest opisywane dokładnie tak, jak było w grach, włącznie z efektami wizualnymi (po zażyciu eliksiru oczy na chwilę dziwnieją, żyły występują wyraźnie pod skórą, bohater się rzuca, a potem wszystko wraca do normy; brzmi znajomo?). Zagrajmy w grę: porównajmy okładkowego Skorpiona i Geralta z „Dzikiego Gonu” i znajdźmy jak najwięcej różnic.
Eee... yyy... Geralt nie zabijał smoków!
Z różnych innych podobieństw do „Wiedźmina”: Skorpion wychował się w „zakonie”, gdzie był szkolony na wojownika, ma bardzo cenny medalion, posługuje się magią bliźniaczo podobną do wiedźmińskich znaków, w walce wspomaga się eliksirami i mutagenami i ma wiernego przyjaciela – chudego alchemika Adama, który, w przeciwieństwie do Jaskra, jest całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek charakteru.
Już od samego początku nasz bohater, Skorpion, renegat-łowca potworów-najemnik, nijak nie pozwala się polubić. Naszą znajomość z nim zaczynamy od tego, że się na kogoś po chamsku wydziera. Na czarodzieja, bo teleportował całą drużynę na bagna. No to tepnij nas z powrotem! – wrzeszczy Skorpion. Nie mogę, bo Imperatyw Narracyjny mi nie pozwala! – odpowiada czarodziej. A tu bum! Gówniak, znaczy żywiołak błota. Skorpion się focha i angstuje, że gdyby nie czarodzieje i koniunkcja sfer, na świecie nie pojawiłyby się potwory. Brzmi znajomo?
Zdaje się, że Skorpion miał być takim typowym burkliwym badassem, jakich ostatnio pełno w popkulturze. Zamiast tego otrzymaliśmy starego chłopa o mentalności nastolatka, który na wszystkich warczy, wrzeszczy, jest chamski, arogancki i głupi. Jak coś mu się nie spodoba, natychmiast strzela focha i wdaje się w bójkę. Taka sytuacja: zwiadowca ściąga do obozu ogromną armię trolli, bohaterowie są otoczeni ze wszystkich stron, setki potworów rzucają się do ataku... a Skorpion wdaje się w długą przepychankę z czarodziejem na temat tego, jacy magowie są głupi i śmierdzą im stopy. Zawierzylibyście komuś takiemu swoje życie? Zleceniodawca z tego opowiadania przekonał się bardzo szybko, że nie było warto.
Aha, taka ciekawostka: czarodziej (o imieniu Artur) przez całe opko marudził, że nie, nie może ich z powrotem teleportować w bezpieczne miejsce, bo nie i nie będzie tłumaczył, bo i tak wszyscy są za głupi, by zrozumieli. Na samym końcu Artur ze Skorpionem oglądają z klifu, jak cały burdel fabularny rozwiązuje się sam. Skorpion pyta: no i jak, możemy się teraz tepnąć? A mag na to: ta, spoko. I się teleportują. Kurtyna.
Randomowy gif mający na celu rozbicie bloku tekstu.
 Zatrzymam się na chwilę przy imionach, bo widzę, że postaci tutaj cierpią na tą samą przypadłość, co w „Warszawie 2048” tegoż autora. Ich imiona są KIJOWE. Nikt poza głównym bohaterem nie ma pseudonimów (bo nie wierzę, by mamusia nazwała go Skorpion), nazwisk ani wyszukanych tytułów, są niemal same Adamy, Artury i Alany. I jeden Bromir, którego ustawicznie czytałam jako Boromir. To miało nadać światu swojskości? Nie wyszło. Sprawia to bardzo amatorskie wrażenie, zwłaszcza w porównaniu z imionami, jakie pojawiały się u Sapkowskiego, z którego twórczości Kołodziejczyk beztrosko zrzyna. Jak się ma taki Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach do Alana-koniec? I ja wiele rzeczy czaję: imię Cahira to akurat przegięcie w drugą stronę, ale kaman... zero tu wyobraźni, zero wpasowania w świat przedstawiony. Całą lekturę czekałam na bohatera o imieniu Pszemek – w fantastycznym świecie pełnym łuków, mieczy, zamków i potworów.
Dialogi przyprawiają o ból głowy. Wszyscy, niezależnie od charakteru czy sytuacji, w której się znajdują, wypowiadają długie, kwieciste zdania. Monologują jak najęci, nieważne czy znajdują się w sytuacji zagrażającej życiu. Zupełnie, jakby ich nadrzędnym celem w życiu było pieprzyć – i to nie w zamtuzie. Nikt nie potrafi przekazać żadnej treści w sposób krótki i treściwy, wszyscy się rozgadują jak przekupy na targu. Wygląda to tak, jakby autor uważał czytelników za idiotów i poprzez słowa bohaterów wyjaśniał wszystkie ich poczynania i pobudki. To doprowadza do szału bardziej niż dwadzieścia błędów na każdej stronie (liczyłam).
Błędy! Już na Facebooku pisałam, jak to na jednej stronie natknęłam się na: „cofnął się do tyłu”, „przyjrzał się (...) otartym spodnią” oraz „skurzany” (I TO SIĘ POJAWIA W KSIĄŻCE JESZCZE WIELE RAZY!). Na wypisanie wszystkich błędów interpunkcyjnych, gramatycznych i literówek nie starczyłoby mi życia. Z nielogicznościami i brakiem konsekwencji – to samo. W skrócie: ta książka nie przeszła ŻADNEGO procesu korekcyjno-redakcyjnego. Takie błędy jest w stanie wyłapać przeciętny uczeń szkoły podstawowej, więc nawet najbardziej niekompetentna osoba byłaby w stanie je podkreślić i poprawić. Nie wierzę, by osoba, która pojawia się w stopce jako „redakcja i korekta” w ogóle palcem tknęła ten tekst.
Podsumowując... walić to. 0/10. Nie tykać kijem. Szkoda pieniędzy. Szkoda nerwów. Tu nawet beki nie ma. Jest tylko żal i zerowy warsztat.
„Zamknij mordę, Jaskier”.

PS 1 Przyznaję bez bicia – nie dobrnęłam do końca. Nie kajam się.
PS 2 Z ciekawości zajrzałam na stronę autorki ilustracji. Okazało się, że jednak potrafi rysować. Są to totalnie koślawe rysunki podpatrzone ze zdjęć, ale jednak widać tam JAKIEŚ staranie się. Ba, portrety ludzi są całkiem spoko. Zaś ilustracje w „Skorpionie” są robione tak maksymalnie na odwal się, że autora nie podejrzewałabym ani o gram wykształcenia w kierunku artystycznym. Czegoś tu nie rozumiem.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Przerywnik: Liebster Awards!

W ogóle dlaczego to się nazywa Liebster Awards? Co to jest ten/ta/to Liebster?
*guglu guglu*
Liebster – niem. ukochany, kochaniutki (źródło).
Mkay, nie będę udawać, że czaję. Enyłej, jest to coś w rodzaju łańcuszka, który ma pomóc młodym blogerom w zdobywaniu lajków, sławy i pieniędzy. Osoba nominująca wymyśla 11 pytań, na które nominowani muszą odpowiedzieć, a potem wymyślić swoich 11 pytań i nominować 11 kolejnych blogów. Za włączenie mnie do tej zabawy serdecznie dziękuję Sidzie!
Sssenkju, Sssida!
No, to zacznijmy zabawę. Na początek: moje odpowiedzi na pytania od Sidy.

1. Jak odnosisz się do list spod znaku "100 i więcej książek/filmów/czegokolwiek, które znać trzeba/wypada/warto"?
Nie cierpię ich. Nie znoszę tego narzucania wszystkim wokół myślenia, że jak nie znają tego a tego tytułu, to są gorsi i muszą jak najszybciej nadrobić zaległości. I z drugiej strony: ludzie jarający się swoją zajebistością, bo przeczytali/obejrzeli 99% pozycji z jakiejś listy. No ach i och. Odbieram to wyłącznie jako wywieranie presji, a nienawidzę, jak ktoś wywiera na mnie presję.
2. Książka/seria/film/cokolwiek, które uwielbiałeś/nienawidziłeś będąc młodszym, a teraz zupełnie zmieniłeś stosunek do niej/niego/nich?
Za młodu nie znosiłam South Parku. Wydawało mi się to potwornie głupie i niemające żadnego sensu poza rozbawianiem ludzi o inteligencji płyty chodnikowej. Ale podrosłam, przekonałam się, że pod klozetowym humorem kryje się całkiem mądra satyra i teraz oglądam South Park niemal codziennie. ^^
3. Jaka jest Twoja relacja z ogólnie pojętym fandomem? Korzystasz z jego zasobów, tworzysz coś, bierzesz udział w dyskusjach? Czy może uważasz tych ludzi za zgraję dziwnych stworzeń, z którymi nie chcesz mieć zupełnie nic wspólnego?
Raczej unikam wszelkich fandomów i innych zbiorowisk ludzi zafiksowanych na jakimś temacie (konwenty się nie liczą, konwenty kocham). Ograniczam swoje kontakty z szeroko pojętym fandomem do oglądania cudzej twórczości i nie wdaję się w żadne głębsze dyskusje.
4. Pytania o wylądowanie na bezludnej wyspie są nudne, więc trochę inaczej: rozpoczyna się apokalipsa zombie, jakie trzy przedmioty koniecznie chcesz mieć przy sobie?
Łuk albo kuszę – Daryl dobrze kombinuje, łatwiej odzyskać czy nawet zrobić strzały i bełty, niż w stresie odliczać, ile amunicji do pistoletu jeszcze zostało. :P Swoją drogą, czemu brak amunicji NIGDY nie był problemem w The walking dead? (A przynajmniej do czwartego sezonu, bo tylko tyle póki co obejrzałam).
Otwieracz do konserw – na wypadek gdyby znalezione puszki nie miały tych sympatycznych dzyndzli.
Lornetkę. Bo jak bym stłukła albo zgubiła okulary, to po mnie.
5. Najbardziej zmarnowany potencjał w historii literatury/kina/jakiekolwiek innego medium, które akurat przychodzi Ci na myśl? Jakiś pomysł, który miał szansę wygrać wszechświat, ale autor, Twoim zdaniem, nie podołał zadaniu i zaprzepaścił wszystko? Jak Ty byś to rozwiązał?
Hmm... Przychodzi mi do głowy kilka książek, które miały co prawda świetną historię, super postaci i genialny świat, ale były PIEROŃSKO NUDNE. Na przykład trylogia Sandersona o Zrodzonym z Mgły albo „Kroniki królobójcy” Rothfussa. Naprawdę starałam się być zaangażowana w to, co się dzieje, ale panowie mają niesamowity talent do zajebiście niepotrzebnego rozwlekania akcji. Gdyby zmniejszyć objętość każdej książki tych autorów o połowę, nie stałaby im się żadna krzywda, a ja byłabym w stanie je dokończyć bez zgrzytania zębami i umierania z nudów nad tym, że Kvothe przez dwa tomy łazi po uczelni i guzik z tego wynika.
6. Sytuacja całkiem prawdopodobna: zostajesz obdarzony supermocami, takim standardowym zestawem siła-szybkość-wyglądanie dobrze w lateksie-wytrzymałość. Co z tym faktem robisz?
Nie chciałoby mi się być klasycznym superbohaterem, na supervillaina się nie nadaję... Cóż, pewnie robiłabym to, co Deadpool w czasie wolnym.
No. Coś takiego.
7. Jaki jest Twój stosunek do reprezentacji różnych ras, religii, orientacji seksualnych w (pop)kulturze? Uważasz, że jest potrzebna, czy wręcz przeciwnie, przeszkadza Ci skupianie się na czymś takim?
 Lubię, jak coś takiego się pojawia i jest przedstawione jako coś całkowicie naturalnego. Np. Rowling w żadnym momencie się nie rozwodziła na temat tego, że jakiś bohater jest innego koloru skóry niż reszta. Nie lubię, jak narrator wali po oczach tym, że jakaś postać WYRÓŻNIA się tym, że jest innej orientacji, rasy czy czegokolwiek; jakby nie definiowało jej kompletnie nic innego.
8. Pierwsza obejrzana/przeczytana rzecz, która sprowadziła Cię na drogę nerdostwa? A przynajmniej zapoczątkowała Twoje zainteresowanie tymi wszystkimi dziwnymi rzeczami, którymi się interesujesz?
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. ;P Najbardziej bym stawiała chyba na pierwszy kontakt z HoMM III w wieku około dziesięciu lat.
9. Masz możliwość spotkać się z czterema dowolnie wybranymi postaciami fikcyjnymi, kogo wybierasz? Dlaczego akurat ich?
Nikogo nie chciałabym spotkać, bo bym się wstydziała. :3
10. Zbierasz jakieś durnostojki związane ze swoimi popkulturowymi zainteresowaniami? Figurynki, zabawki, kubki, takie rzeczy?
Mam całe stadko pluszowych i plastikowych kucyków, jeśli to się liczy. ^^ Jakiś kubek czy t-shirt od czasu do czasu, a tak to raczej nie.
11. Możesz zamieszkać w wybranym przez siebie fikcyjnym świecie, jaki byś wybrał? Z innej strony, jak wymyślony świat uważasz za niezwykle ciekawy, ale nie chciałabyś/chciałbyś znaleźć się tam ani na moment? Dlaczego tak?
Chcę do Narnii, nie chcę do świata wiedźmina. Za dużo potworów. D:

No, to teraz część trochę trudniejsza: wymyślenie własnych pytań. Hm, pomyślmy...

1. Trafiasz do świata gry, w którą ostatnio grałeś. Jak sobie radzisz? Jak bardzo masz przerąbane?
2. Z którym bohaterem popkultury chciałbyś się zaprzyjaźnić i dlaczego?
3. Burza elektromagnetyczno-próżniowo-magiczna przenosi cię do świata książki... której nienawidzisz. Co to za książka i jak sobie poradzisz w tej sytuacji?
4. Jak wyglądałaby twoja wymarzona szkoła/uczelnia? Jakich przedmiotów byś się tam uczył?
5. A wymarzona fantastyczna praca? Treser smoków, pilot X-winga?
6. Możesz zdobyć coś, czego pragniesz najbardziej na świecie, ale ceną jest poznanie daty i okoliczności twojej śmierci. Zgadzasz się?
7. Gdybyś był kucyponkiem, jakie miałbyś kolory? :3
8. Co jest lepsze: przygody czy święty spokój?
9. Sithowie czy Jedi?
10. Co byś zmienił w swoim wyglądzie, gdybyś mógł zrobić WSZYSTKO?
11. Załóżmy, że istnieje życie pozagrobowe. Jak chciałbyś, by wyglądało?

I na koniec najtrudniejsza część, czyli nominowanie kolejnych osób. No więc, ten, tego...

TY, KTÓRY TO CZYTASZ. CZUJ SIĘ NOMINOWANY.
ZWŁASZCZA TY, ANELIS.

Wybaczcie, jeśli to trąci pójściem na łatwiznę, ale większość osób, które znam, już brały w tym udział, a pozostałe nie wiem, czy by miały ochotę, i nie chcę sprawiać wrażenia, jakbym roznosiła spam... D: Więc niech po prostu weźmie udział każdy, kto tylko ma ochotę. Tylko dajcie linki do odpowiedzi, bom ciekawa.

No i tyle, no i cześć!

środa, 12 sierpnia 2015

Recenzja XXXI: Wojownicy. Ucieczka w dzicz, Erin Hunter

O „Wojownikach” dowiedziałam się wieeele lat temu, gdy po raz pierwszy odkryłam Deviantarta, a na nim mnóstwo dość amatorskich rysunków przedstawiających wielobarwne koty o imionach tak romantycznych, jak Ravenpaw, Bluestar czy Amberclaw. Szybki research wykazał, że są to postaci z serii książek autorstwa Erin Hunter. Polski internet twierdził, że niby jakieś tomy zostały u nas wydane, ale dotarcie do nich graniczyło z cudem. Aż w końcu, miesiąc lub dwa temu, cud się zdarzył i nowopowstałe wydawnictwo Nowa Baśń wypuściło pierwszy tom cyklu wraz z zapowiedzią kontynuacji. Radość wielka w domu Gucia.
Okładka jest jeszcze ładniejsza niż oryginalna edycja
(jedna i druga). Rzadkie to zjawisko i zasługujące
na wyróżnienie i pochwałę.
Moją najukochańszą na świecie książką jest „Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa. Z tego powodu, namiętnie szukam informacji o podobnych dziełach: o zwierzętach, zachowujących się jak zwierzęta, z perspektywy zwierząt. Na polskim rynku zbyt wielu takich przykładów, niestety, nie ma (będę musiała kiedyś zrobić notkę zbiorczą o wszystkich takich, jakie znam). Chyba po prostu nie cieszą się zbytnią popularnością. Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że młode wydawnictwo postanowiło (oprócz jakiejś tam książki o One Direction) wydać „Wojowników”.
No dobra, ale co to w ogóle jest, ta seria? Otóż opowiada ona o kilku kocich klanach, mieszkających na obrzeżach ludzkich siedzib, rywalizujących ze sobą i walczących o przetrwanie w dziczy. Akcja książek dzieje się współcześnie, podobnie jak w „Wodnikowym Wzgórzu”. Główny bohater „Ucieczki w dzicz”, który przez całą powieść zmienia imię chyba ze trzy razy (co ma sens fabularny, ale jest potwornie konfundujące), z początku jest zwykłym kociakiem domowym wiodącym leniwe, nudnawe życie. Wkrótce jednak opuszcza wygodny ludzki dom i postanawia przekonać się, jak wygląda życie dzikiego kota.
Dość szybko rzuca się w oczy, że jest to cykl przeznaczony raczej dla młodszych czytelników: język powieści jest prosty, nie ma żadnego gore, a intryga jest bardzo prosta do przewidzenia. Niemniej, nie sposób nie czerpać przyjemności z lektury. W sumie do jedynej wady mogłabym zaliczyć burdel z imionami: od samego początku czytelnik jest przygniatany ogromną ich liczbą, na dokładkę wszystkie brzmią bardzo podobnie. W obrębie jednego klanu mamy Ognistą Łapę, Szarą Łapę, Kruczą Łapę, Piaskową Łapę, Zakurzoną Łapę... A na dokładkę przy awansie w społeczności klanowej, kot otrzymuje nowe imię. Argh! I weź tu nie dostań pierdolca. Na szczęście ktoś – autorka albo wydawca – wyciągnął pomocną dłoń i zamieścił na początku spis postaci.
Powiem to raz i powiem to bardzo głośno: CZYTAJCIE TO. KUPUJCIE TO. NIECH WYDAWNICTWO NOWA BAŚŃ ZOBACZY, ŻE JEST NA TO POPYT. NIECH TEN CYKL NIE UMRZE PO JEDNYM TOMIE. BŁAGAM. CHCĘ GO WIĘCEJ.
Patrzcie tylko, jacy fajni ludzie tam pracują. :3