poniedziałek, 1 czerwca 2015

Recenzja XXX: Moonrise (wczesny dostęp)

Zawsze podobał mi się zamysł stojący za Pokemonami. Zbieraj zwierzątka, rzucaj je do walki, patrz, jak ewoluują – łał! Czego tu nie lubić? Ano tego, że 3/4 Pokemonów (hejt za 3... 2... 1...) jest koszmarnie brzydka lub niewyobrażalnie idiotycznie wyglądająca. Na przykład to, co to jest? A to? A ta abominacja? Ech... Estetyką Pokemony mi kompletnie nie leżą. Dlatego zawsze marzyłam o jakiejś sympatycznej zrzynce z Pokemonów, w której stworki byłyby po prostu ładne.
Pewnego dnia, przeglądając Steama, przypadkiem natknęłam się na Moonrise... i tak popadłam w nowe uzależnienie.
No i weź się nie zakochaj w takim pyszczku. <3
Moonrise pierwotnie powstało na tak zwane urządzenia przenośne i, cóż, to widać. Duże przyciski, przesuwanie wszystkiego jak na ekranie dotykowym, menu proste jak budowa cepa, tak samo z lokacjami będącymi po prostu panoramą, którą można przewijać z lewa na prawo. Wielu graczy nienawidzi takich gier będących portami ze smartfonów na komputery, ale mnie cały ten inwentarz dobrodziejstw ani trochę nie przeszkadza. Obecnie Moonrise jest w fazie wczesnego dostępu i aby móc zagrać, trzeba wykupić jeden z dwóch pakietów bonusów. Ale nie martwcie się, wy, którzy nie chcą wydawać pieniędzy, bo tytuł kiedyś ma przejść na tryb free to play.
Pory dnia w lokacjach zmieniają się wraz z tą za oknem.
No właśnie, free to play. To dopiero budzi niepokój: bo będzie pay to win, mnóstwo mikropłatności na każdym kroku, durr hurr! Ale nie martwcie się: choć z płatnym pakietem dostałam dużą ilość obu występujących w grze walut (złoto i kryształki wyglądające jak simsowy plumBob), starałam się przez kilka godzin grać tak oszczędnie, jakbym miała na start tyle, ile się dostawało w trybie free to play (przez chwilę gra była na Steamie dostępna właśnie w tej formie, jednak, niestety, szybko zdjęli możliwość bezpłatnej gry). Po tym eksperymencie mogę stwierdzić, że gra nie wymusza płatności za najbardziej podstawowe funkcje i można się nią bez większej frustracji cieszyć za darmo. Jedynym aspektem mogącym zirytować jest ilość kluczy, czyli tutejszych odpowiedników Pokeballi, w które łapie się stworki. Maksymalnie można ich mieć 4 (choć jeśli zdobędzie się jakieś losowo po wygranej walce, można ich stackować więcej), dodatkowe można albo wykupić za kryształki, zdobyć po walce (co zdarza się raczej rzadko) lub poczekać pół godziny, aż zregeneruje się jeden klucz. To dość mocno ogranicza szał łapania stworków, zwłaszcza po zawitaniu do nowej lokacji pełnej nieznanych zwierzątek.
Do boju, demoniczna kozo!
Co zaś się tyczy samych zwierzątek: lofciam je. <3 Naprawdę przypominają zwierzęta (lub zwierzęco-roślinne hybrydy), a nie dziwaczne japońskie pluszaki. Nawet grzyb z oczami wydaje mi się śliczny. Każdy stworek – Solari, jak się je tu nazywa – ma dostępne maksymalnie dwie ewolucje, które dają mu nowe umiejętności, większe statystyki i bardziej badassowy wygląd. Wszystkie aspekty bojowe można dowolnie modyfikować: podnosić dowolne statystyki i wymieniać skille na takie, które najbardziej będą odpowiadały stylowi gry gracza (masło maślane, mniam mniam). Po wygranej walce, Solari zdobywają punkty doświadczenia, które w zależności od osiągniętego etapu na pasku postępu, prowadzą do zwiększenia punktów zdrowia, zdobycia nowej umiejętności lub ewolucji. Szkoda tylko, że nie można swoim zwierzakom nadawać imion: to by było sympatyczne i praktyczne rozwiązanie w rozróżnianiu stworków tego samego gatunku.
Demoniczna koza to zdecydowanie mój ulubiony Solari.
W grach tego typu zwykle olewam cienkim sikiem kwestie fabularne, bo nuży mnie czytanie ekspozycji wygłaszanych przez nieruchome portrety postaci. Tutaj jednak się przemogłam i choć większość dialogów to umiarkowanie ciekawe pitu-pitu pierdu-pierdu, to przynajmniej muszę przyznać, że nie drażnią one burzeniem czwartej ściany w stylu „Kliknij tutaj żeby coś tam”. O co zaś chodzi z tymi stworkami? Co n lat światło księżyca powoduje, że sympatyczne Solari dotyka szaleństwo i zmieniają się w złe Lunari. Dlatego powołano Opiekunów (Wardens), którzy z pomocą przyjaznych Solari leczą Lunari poprzez... skopanie im tyłków. Czy to ma sens? A, kogo to obchodzi, liczy się to, że gra jest ZAJEBIŚCIE wciągająca.
Aby ewoluować małe słodziątko w wielkie rogate bydlę,
trzeba osiągnąć kamień milowy rozwoju i zebrać parę znajdziek.
Co dość ważne, gra reklamuje się jako MMORPG. O ile aspekt RPG nawet widać (przynajmniej w przypadku zwierzaków, bo gdy gracz leveluje, jego statystyki podnoszą się automatycznie [za to można się przebierać! <3]), tak MMO... cóż, jest w powijakach. Można innych graczy zaprosić do znajomych i z nimi czatować i to z grubsza tyle. Nie można się wymieniać przedmiotami ani stworkami, a wyzwanie na pojedynek oznacza walkę ze sterowanym przez komputer awatarem. Ale trzeba brać pod uwagę, że jest to wczesny dostęp i zapewne prędzej czy później wszystkie te elementy zostaną zaimplementowane.
Cóż tu więcej dodać? Uważam, że to świetna gra i wszyscy powinni ją wypróbować. Daję jej ocenę dziesięciu króliczków i Znak Jakości Winifredy. I lecę grać!
Ładne. Dużo ładnego. <3