wtorek, 19 maja 2015

Recenzja XXIX: Clicker Heroes

Chyba nie ma nic bardziej marnującego czas, niż gry typu „clicker”. Na czym one polegają? Na nieustannym napier... ekhem, maltretowaniu przycisku myszki (lub ekranu w przypadku urządzeń dotykowych). I na tym na dobrą sprawę koniec. Kiedyś ściągnęłam taką gierkę na telefon: obiecała mi, że jak kliknę milion razy w jajko, to wykluje się z niego coś fajnego. Niestety, umarłam z nudów, zanim to nastąpiło, więc jajo pewnie już dawno zgniło. Miło więc dla odmiany zobaczyć grę w tym stylu, która ma jakiś progress i nagradza częściej niż raz na milion kliknięć. Ale czy to wystarczy, by nazwać ją dobrą?
Ponieważ nie ma to jak niebieskie, pasiaste cycki!
Czy czasem ktoś nie zrobił o tym filmu?
 Na dobrą sprawę ciężko mi nazwać Clicker Heroes grą. Niby ma interfejs, daje ci zadanie do wykonania (ZABIJ WSZYSTKIE POTWORY!), ma achievementy i w ogóle, ale po chwili obcowania z tym tytułem gracz zdaje sobie sprawę, że jest tu na dobrą sprawę zbędny.
Zaczynamy od zabijania małych, niskopoziomowych potworków poprzez klikanie na nie. Z truchła każdego stwora wypada trochę złota, które możemy wydać na levelowanie naszej drużyny bohaterów i kupowanie nowych. Gdy wykupiłam kilku czempionów (o epickich tytułach, takich jak Ivan, the Drunken Brawler) nagle zdałam sobie sprawę... że oni wszystko robią za mnie. No, nie wszystko, bo nie mogą sami podnosić sobie poziomów, ale w zabijaniu potworów w ogóle nie muszę im pomagać. Czaicie? Clicker, w którym nie trzeba klikać. Czy to ma sens? Czy cokolwiek w życiu ma sens?
Na tym jednak depresja niepotrzebnego gracza się nie kończy: okazało się, że gra zarabia złoto nawet wtedy, gdy jest wyłączona. Gdy wychodziłam z niej wczoraj wieczorem, byłam spłukana, zaś dziś po południu miałam na koncie 350 bilionów. Przyznaję, całkiem miła sprawa, zarabianie poprzez nicnierobienie, chciałabym, by tak działało prawdziwe życie, ale... kurde, gdzie w tym zabawa? Samo kupowanie bohaterów za kilka milionów nie dostarcza aż takiej rozrywki, by nie znudzić się tym tytułem po paru godzinach. Niechby już palec dostał skurczu od nieustannego klikania w potworki, ale przynajmniej miałabym poczucie, że coś ROBIĘ.
I tak, mimo sympatycznej oprawy graficznej i hordzie zabawnych potworków (naprzeciwko których rzuca się hordę zabawnych poszukiwaczy przygód), raczej nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że polecam. Niby miło co pół godziny minimalizować licencjat/magisterkę/PITy/plan zdobycia władzy nad światem i z zadowoleniem konstatować, że jest się bogatszym o kilkanaście bilionów sztuk złota, ale... do niczego innego się ta gra nie nadaje. To gratka głównie dla zakupoholików: dostajesz fuuurę złota i możesz wszyyystko wydać, bo za chwilę znów dostaniesz fuuurę złota. A na dokładkę sama gra jest dostępna na Steamie za darmo (o, tutaj). Można przetestować, pośmiać się, poprzewracać oczami i odinstalować. Może to odblokowuje jakiegoś życiowego achievementa czy cuś.
Ciekawostka: podczas pisania tej recki (i przerwy na obiad) gra zarobiła za mnie 500 bilionów sztuk złota i odblokowała dwa osiągnięcia na Steamie.

środa, 6 maja 2015

Recenzja XXVIII: Związane dusze, Krystian Lewandowski

Ach, Novae Res. Cóż masz w sobie takiego, że z taką lubością sięgam po wasze kolejne, tandetne książki, wydawane za pieniądze naiwnych autorów z przerostem ego? Może coś jest w tych opowiastkach, które różnią się od pozycji przechodzących przez redakcyjną selekcję czymś trudnym do określenia. Zwykle temu czemuś towarzyszy myśl: „Nie. Nikt normalny by tego nie wydał”. Nie dlatego że błędy albo że źle napisane (choć to w przypadku takich dzieł raczej norma), ale dlatego że niektóre pomysły wręcz krzyczą: „NIE MAM JASNO OKREŚLONEGO TARGETU!”. Tak powstają historie o konioludziach z kosmosu... lub fantastycznym świecie zamieszkanym przez furry.
Co jak co, ale to wilcze oczko
mnie ujęło.
 Gwoli wyjaśnienia: furry to dość duże zjawisko i jeśli nie wiesz, czym ono jest, to prawdopodobnie wychowałeś się pod kamieniem, a polega na fascynacji antropomorficznymi zwierzętami. Niby chodzi na dwóch nogach i zachowuje się jak człowiek, ale jest pokryte futrem (nie będąc przy tym wookiem) i ma głowę, dajmy na to, wilka. I ogon. To dość popularna subkultura, jednak nigdy, przenigdy nie spotkałam się w Polsce z czymś wydrukowanym na papierze (czy to książką, czy komiksem), które by dotykało tej tematyki. „Związane dusze” może i nie mówią bezpośrednio „Joł, jestem książką o furrych”, ale same antropomorfy w niej występują i nie pozostawiają zbyt wiele wątpliwości co do tego, kim są.
Czego absolutnie nie postrzegam za wadę. Nie jestem wielką fanką antropomorfizacji, ale całkiem mi się podobają, przynajmniej dopóki nie pojawiają się w postaci animal porno. W pewnym sensie cieszę się, że powstała książka na ten temat. Jak bym dostała w łapki jakiś dobry kucykowy fanfik wydany drukiem, też bym się cieszyła.
No, ale przejdźmy do samej książki. Mamy średniowieczne realia, zamki, magów i takie tam oraz całe mnóstwo fantastycznych ras, takie jak elfy, orki, krasnoludy oraz – co chyba najważniejsze – wszelkiej maści -łaki. Wilkołaki, tygrysołaki, lisołaki, niedźwiedziołaki et cetera. Główny bohater jest wilkołakiem, ale nie oznacza to, że podczas pełni przemienia się w monstrum ani nic z tych rzeczy. Jest słodkim, białym, puchatym wilczkiem z błękitnymi oczkami, który chodzi na dwóch łapkach, jest strażnikiem miejskim i... ech, nieustannie do siebie monologuje. To jest rzecz, która mnie w tej powieści doprowadzała do białej gorączki. Triafis nieustannie przypominający czytelnikom, jaki to on nie jest spokojny, łagodny, nieskory do walki, jaką to ma wyjątkową, białą sierść, jak bardzo, ale to bardzo silny jest, choć nie wie dlaczego, i że nie robi czegoś z jednego powodu, o nie!, robi to z zupełnie innego. Jezusie Nazareński, zrzygać się idzie od tej jego słodziutkiej paplaniny.
Przywyknięcie do tego zajmuje średnio sto stron. Potem da się zobojętnieć i śledzić przygody Triafisa nawet z zainteresowaniem. Nasz milusi wilkołaczek zostaje zatrudniony jako strażnik karawany, po drodze dowiaduje się o straszliwej chorobie dotykającej wyłącznie dzieci i wraz z kapłanką Świątyni Smoka Ojca stara się znaleźć lekarstwo. Autor porusza parę drażliwych tematów, jak rasizm, fanatyzm religijny czy etyka a eksperymenty w medycynie – wnioski wyciąga raczej prymitywne, ale przesłanie jest proste.
Powiem szczerze, że byłaby to niezła książka, gdyby nie jeden poważny babol: kompletny burdel w fabule. Wszystkie postaci pojawiają się, grają swoją rolę przez jakiś czas, a potem po prostu znikają, nawet jeśli wydawać by się mogło, że ich rola jest znacząca (vide król zwierzołaków, który zostaje pojmany po śmierci ludzkiego imperatora, dzięki któremu dialog między ludźmi a rasami magicznymi w ogóle istniał. Król furrych jest uwięziony? Ah, fuck it). Najgorsze było jednak zakończenie. Caluteńkie rozwiązanie nastąpiło na dziesięciu stronach – na nich też pojawili się zupełnie nowi bohaterowie, których istnienie wyjaśnia tytuł i którzy do tego zakończenia doprowadzają. Na dokładkę kompletnie nic się nie wyjaśnia. Czy udało się powstrzymać epidemię? Czy król zwierzołaków został uwolniony? Czy inkwizycja doprowadziła do całkowitej eksterminacji magicznych ras? Czy nastał pokój? HALO? CHCĘ WIEDZIEĆ!
Sprawia to nieprzyjemne wrażenie, że na zakończenie autor po prostu nie miał pomysłu. Albo mu się spieszyło, bo wydojnictwo* stukało palcem w kalendarz, gdzie na pojutrzu widniał napis DEADLINE i musiał napisać cokolwiek, byle szybko. Szkoda. Dużo tu zmarnowanego potencjału, bardzo dużo.
Niemniej, polecam. Jako lekturę do pociągu. Zbyt ambitne toto nie jest, umiarkowanie poprawnie napisane, ale all in all, historyjka jest całkiem sympatyczna. Ba, nawet ten cholernie wkurzający Triafis zaczął wydawać mi się milutki.

* No bo rozumiecie, Novae Res doi swoich autorów z forsy, więc zamiast wydawnictwo jest wydojnictwo... he, he. Żart.