wtorek, 14 kwietnia 2015

Recenzja XXVII: My Little Pony. Przyjaźń to magia - komiks tom 1

Po pierwsze:
Po drugie: YAY! Komiksy My Little Pony wreszcie w Polsce! Wielu fanów uważa komiksy za lepsze od serialu – i bardzo słusznie, bo są wprost zajebiste. Są wręcz kierowane do starszej widowni kucyków (bronies) bardziej niż do małych dziewczynek. Wystarczy spojrzeć na ilość easter eggów, których pełno w kadrach, a których dzieci w ogóle nie zrozumieją. Jaka sześciolatka rozpoznałaby na obrazku kucyki – Blues Brothers?
Wydawnictwo Egmont postanowiło wydawać komiksy w formie tomów, nie zeszytów, za co jestem im dozgonnie wdzięczna. Ekonomiczniej, taniej i wszystko w jednym. Pierwszy tom zawiera w sobie kompletną historię „Powrót Królowej Chrysalis”, która w oryginale została wydana w formie czterech zeszytów. Co się jednak rzuca w oczy, to że polski wydawca jednak uznał, że targetem są małe dziewczynki, a nie studiujący faceci, i oprawa graficzna jest raczej dziecinna: przeraźliwie różowa, pełna serduszek i z tytułem posypanym brokatem. Ale mnie to akurat nie przeszkadza. Lubię brokat. Róż trochę mniej.
Tłumaczenie w niektórych miejscach wydaje się być nieco nieudolne. O ile kucyk może po angielsku zawołać do swoich przyjaciółek: „Everyone!”, o tyle wołanie po polsku „Wszyscy!” brzmi potwornie sztucznie. Z drugiej strony, nie sposób nie pochwalić zachowania „końskiego” żargonu. „Woli siedzieć z chrapami w książce”! <3 Serialowy dubbing nie był tak wierny (był wręcz na tyle mierny, że apage satanas).
Kreska (Andy Price) jest świetna. Przywodzi mi miłe skojarzenia z rysownikiem komiksów Kaczora Donalda, Donem Rosą. U każdego z tych panów postaci mają bardzo ekspresyjną mimikę, a w każdym kadrze dzieje się tyle, że człowiek potrafi spędzić pół godziny na oglądaniu jednej strony.
Co się zaś tyczy scenariusza (Katie Cook), jest tak dobry, że nie miałabym nic przeciwko obejrzeniu go na ekranie. To kontynuacja wydarzeń dwuodcinkowca „Canterlot wedding”, w którym Królowa Chrysalis postanawia zemścić się na Twilight Sparkle i jej przyjaciółkach za porażkę, którą poniosła. Czujecie tę epickość? Wielki powrót Chryssi. Dlaczego zamiast tego powstają filmy o jakichś zmutowanych Equestria Girls?
Tyle. Idę kwiczeć z zachwytu nad swoim egzemplarzem.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Recenzja XXVI: Hot Huez

Muszę przestać obiecywać recki, bo potem nigdy nie chce mi się ich pisać. Eeenyłej...
Czasem strzela mi do głowy, by sobie ufarbować łeb na kolorowo. Nie bardzo mam ochotę na traktowanie włosów wybielaczami (nie, żeby i tak nie były totalnie zniszczone, ale ćśśś) i papranie się z odrostami, więc wypróbowuję mało inwazyjne, łatwo odwracalne metody. Doczepiane pasemka, pianki koloryzujące... albo kreda do włosów.
Opakowanie wiele obiecuje...
 Postawiłam na Hot Huez, bo to chyba najpopularniejszy tego typu produkt, który doczekał się już miliona recek na youtubie. Zakupiłam przez Allegro za jakąś dychę czy coś koło tego i mogłam przystąpić do dzieła. To było moje pierwsze doświadczenie z kredą do włosów ever – nie wiedziałam, czego się spodziewać.
W opakowaniu są cztery dynksy wyglądające jak minipuderniczki z kredą w czterech kolorach: zielonym, niebieskim, różowym i fioletowym. Różowego nie zdążyłam użyć, bo ten wichajster dosłownie rozpadł mi się w rękach: wszystkie plastikowe elementy i pojemniczek z kredą się od siebie porozdzielały i zrobiły mi zajebisty, różowy bałagan na biurku. Przy tej okazji nie sposób było nie zauważyć bardzo, ale to bardzo „chińskiego” wykonania aplikatorów. Plastik jest kiepskiej jakości, ma zadry i wybrzuszenia, a całość trzyma się z grubsza na słowo honoru. Nie był to wymarzony początek, ale pamiętając, jakie ładne były efekty używania kredy przez dziewczyny z vlogów, ochoczo przystąpiłam do testowania pozostałych kolorów.
Tu z góry przepraszam za brak własnych zdjęć, ale za cholerę nie udało mi się moim sprzętem uchwycić efektów na tyle dobrze, by mogły stanowić podstawę recki.
Proste? Proste. A jakie ładne!
 Hot Huez są całkiem proste w użyciu: łapiesz nieduży kosmyk włosów w puderniczkę i przeciągasz w dół. Niestety, aby kolor się dobrze uwiecznił, trzeba zaciskać dość mocno, a to z kolei powoduje umiarkowanie przyjemne wyrywanie kłaków. Innym minusem tej operacji jest to, że w jej trakcie kreda sypie się po prostu WSZĘĘĘDZIE. Robić tylko w ręczniku na ramionach, tylko nad umywalką. Inaczej będziecie przez następny miesiąc ścierać kredę z półek.
Trzeba za to przyznać, że efekty są świetne. Kolory są widoczne na każdych włosach, ciemnych i jasnych, bez pitolenia się z utlenianiem. Bez większego trudu można stworzyć sobie tęczę na głowie.
Co jednak mnie doprowadziło do szewskiej pasji, jest fakt, że ta kreda niewiarygodnie wprost BRUDZI. Mimo że przetarłam gotowe pasemka wacikiem, by zebrać najbardziej luźny pył, przez pół dnia trafiał mnie szlag, bo miałam zielono-niebiesko-fioletowe dłonie. Zapewne nie przeszkadzałoby to tak, gdyby włosy były jakoś upięte lub zaplecione i nie trzeba było ich co chwilę odgarniać z twarzy. Jednak próba uplecenia warkocza z pokolorowanych kredą włosów skończyła się trudnościami z domyciem dłoni.
Z włosów jednak – na szczęście – łatwo wywabić kolor. Nie trzeba ich nawet w tym celu od razu myć, wystarczy kilka mokrych wacików i po sprawie.
Jak oceniam ten produkt? Cóż, efekty są naprawdę śliczne. Trzeba jednak mieć sporo cierpliwości, by zapanować nad bałaganem, który powstaje przy użytkowaniu. Pewnie jeszcze kiedyś się skuszę na użycie, ale zdecydowanie nie jest to coś, na co miałabym ochotę regularnie.