czwartek, 26 marca 2015

Recenzja XXV: Wyścig śmierci, Maggie Stiefvater

Miało mi się nie chcieć pisać tej recki, ale jednak mi się zachciało. W końcu nie można recenzować wyłącznie chały, trzeba od czasu do czasu zarzucić czymś dobrym.
Problem w tym, że jeśli coś mi się po prostu podoba i nie mam do tego zbyt wielu zastrzeżeń... to nie bardzo umiem się rozpisać. Podoba się to się podoba, na wuj drążyć temat.
Ładne. Winifreda lubi ładne.
Nie ma zbyt wielu powieści o koniach w Polsce, a już szczególnie powieści fantasy o koniach. Dlatego „Wyścig śmierci” spodobał mi się od razu, gdy o nim usłyszałam, zanim w ogóle dostałam go w swoje łapki. Autorkę kojarzyłam tylko z tego, że Uroboros wydał jakąś jej serię z pięknymi okładkami (w ogóle w Uroborosie są same piękne okładki, ci ludzie wiedzą, jak na mnie zarobić), na której są kruki. Po opisie z okładki trochę się bałam kolejnego, miałkiego romansu dla młodzieży z fantastyką w tle, na szczęście okazało się, że jest go tam z grubsza tyle, co kot napłakał. Znaczy: jest, ale w takiej ilości, że przyjmuje się jego obecność za coś całkowicie naturalnego i na miejscu.
Akcja dzieje się na Thisby, fikcyjnej wyspie położonej w okolicy Szkocji i Wielkiej Brytanii. To jedyne miejsce, gdzie na brzeg wychodzą eich uisce – konie wodne, które są śmiercionośne i żądne krwi, lecz zaprowadzone w głąb lądu stają się najwspanialszymi wierzchowcami na świecie. Co roku w listopadzie odbywa się Wyścig Skorpiona, którego uczestnicy walczą nie tylko o wysoką nagrodę, ale też o własne życie.
Głównymi bohaterami są: sierota mieszkająca z braćmi, Kate „Puck” Conolly, oraz pracujący całe życie z eich uisce Sean Kendrick. Oboje biorą udział w tegorocznym wyścigu, każde z ważnych pobudek, i podczas lektury naprawdę ciężko kibicować tylko jednej stronie. Obie postaci są przekonujące i budzą sympatię. Jedynie Puck była momentami irytująca: porywcza i nieco histeryzująca, nie wspominając o głównym powodzie, dla którego postanowiła wziąć udział w wyścigu: zmuszenie starszego brata, by nie opuszczał wyspy w poszukiwaniu lepszej pracy. Taaak, bo ginąc w ultraniebezpiecznym wyścigu tak bardzo byś polepszyła status materialny waszej rozbitej rodziny.
Sean Kendrick jest nieco ciekawszą postacią. Również jest sierotą (of course...) i pracuje w prestiżowej stadninie koni, gdzie jest najbardziej kompetentną osobą. Został wykreowany na takiego zaklinacza eich uisce: rozumie te stworzenia jak nikt, potrafi z nimi pracować, wie, jak sprawić, by były posłuszne. Jego więź z Correm, uisce, którego trenował całe życie, jest poruszająca. Fragmenty dotyczące niego były najciekawsze.
Widać tu pewną inspirację „Igrzyskami Śmierci” – choć może to tylko wrażenie powodowane narracją pierwszoosobową w czasie teraźniejszym, jak w trylogii Collins. Jest też wielka gra, którą żyje całe społeczeństwo, a która jest szalenie niebezpieczna i której uczestnicy giną. Obyło się jedynie bez antyutopii.
Moja opinia w skrócie: to jedna z tych książek, których ekranizację bardzo bym chciała zobaczyć. Gorąco polecam nie tylko miłośnikom koni.

niedziela, 8 marca 2015

Recenzja XXIV: Najlepsza książka na świecie

Od jakiegoś czasu ciężko mi czytać książki. Każda nudzi mnie po kilkunastu stronach, nie mam ochoty się w ogóle zabierać do czytania, bo jakiż to ma sens, skoro na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent nie dotrwam do końca? Zniknęła dawna przyjemność czerpana z każdej strony, zniknęła radość na widok ładnych grzbietów na półkach, przeminęła z wiatrem ochota na wąchanie pachnących tuszem drukarskim stronic... Sytuacja – zdałoby się – beznadziejna.
Lecz wtem... zdarzył się cud. Odnalazłam ją, a ona odnalazła mnie. To było przeznaczenie. Sam widok jej okładki sprawił, że wstąpiła we mnie dawna radość życia. To była... najwspanialsza książka na świecie.
Prostota. Minimalizm. Piękno.
 Piękna. Doskonała. Absolutnie zachwycająca. Wszystkie te epitety cisną się na usta w obliczu „Bezgranicza”. Czymże ono jest? To sposób na opisanie bezgranicznej wyobraźni. Sześć różnych opowiadań, sześć historii, każda inna, każda wspaniała. Ciężko mi wybrać ulubioną, bo w każdej jest coś wyjątkowego.
Nie, ch*j, nie potrafię tak.
Sprawa jest taka: rok z hakiem (albo dwa...?) temu „wydałam” w formie e-booka zbiorek moich opowiadań – bo zalegały na dysku i im było przykro, że nikt nie czyta, a ja jestem leniwa dupa żądna pieniędzy. Nie ma toto nawet numeru ISBN, więc ciężko to nazwać pełnoprawną książką, ale istnieje i powoduje mój zaciesz. Nie uzurpuję sobie z tego tytułu miana „pisarza”, no bo umówmy się, że self-publishing (zwłaszcza w moim wykonaniu) to żaden syrius biznes, a każdy, kto myśli inaczej, powinien wylać sobie wiadro zimnej wody na głowę. Tym bardziej, gdy dotyczy cieniutkiego zbiorku opowiadań za 4,50zł.
No właśnie! Tylko cztery pindziesiąt i będziecie mieli okazję mnie zjechać w odwecie za to, że zjechałam waszą/waszą ulubioną książkę/film/czekoladę/porę roku! Kupujta, bo brakuje mi sześciu złotych do wypłaty, a wyprzedaże na Steamie kuszą bezlitośnie!
No i tyle. Chciałam zrobić parodię Kołodziejczyka (i miliona innych self-publicystów) i walnąć swojej książce pełną ochów i achów recenzję, ale guzik, to jest zbyt abstrakcyjna czynność. W sumie z jednej strony podziwiam tych ludzi: naprawdę ciężko mówić o swoich dziełach w samych superlatywach.
Enyłej: zapraszam do kupna! Takie piękne dziś, komunistyczne święto, Dzień Kobiet! Zrób prezent mamie, babci, siostrze, pani od polskiego (i mnie)! Kup „Bezgranicze” już dziś!
A dla wszystkich pań: króliczek wpieprzający przebiśniegi!

czwartek, 5 marca 2015

Recenzja XXIII: Warszawa 2048, Ireneusz Kołodziejczyk

Pierwszy raz zetknęłam się z tą książką, szukając jakichś smakowitych przykładów do artykułu o młodocianych pisarzach-narcyzach. Wtedy była dopiero szykowana do druku, ale na stronie autora można było przeczytać jej pierwszą recenzję... napisaną przez samego autora. Co zabawniejsze, Kołodziejczyk używał w niej trzecioosobowego sformułowania „autor”, podczas gdy pod recenzją widniało jego imię i nazwisko (przynajmniej tak było na starej wersji strony). Co jeszcze zabawniejsze, nie ukrywa zachwytów nad swoim dzieckiem. Obok takiego zjawiska nie mogłam przejść obojętnie – MUSIAŁAM to przeczytać.
Czy wspominałam, że to
self-publishing?
 Dziś będzie niestandardowo: będę cytować co smakowitsze fragmenty z „recenzji” Kołodziejczyka i zestawiać je z rzeczywistością. Lecimy!
Tak, w wielkim uproszczeniu, przedstawia się świat Warszawy 2048, w której minimalistyczne opisy ustępują miejsca niczym nieskrępowanej akcji, pędzącej z prędkością pocisku.”
W praktyce wygląda to tak, że mamy przerażająco długie akapity z opisami uczuć bohaterów na zmianę z jeszcze dłuższymi dialogami między nimi, ze zdecydowaną przewagą tych drugich. Świat nie jest opisany prawie w ogóle: ot, mamy jakieś wielkie korporacje, jakieś Bractwo rebeliantów, jakieś getto i jakąś kompletnie niezrozumiałą rzeczywistość Polski w przyszłości (niby nie takiej odległej, bo 2048r., a pełnej fantastycznych gadżetów, których nie spodziewam się ujrzeć za swego życia). Bohaterowie TEŻ nie są opisani ani w jakiś sensowny sposób przedstawieni czytelnikowi tak, by przejmował się ich losem choćby odrobinę. Okropnie razi mnie to, że składają się wyłącznie z imion: Adam, Łukasz, Adrian, Przemek... Żadnych nazwisk, żadnych pseudonimów. Nie dość, że brzmi to strasznie dziecinnie, to jeszcze kompletnie nie jestem w stanie skojarzyć imienia z postacią, bo każda jest tak samo nijaka.
Dialogi to osobny temat na elaborat. Tak sztucznym językiem nie posługują się nawet bohaterowie polskich seriali obyczajowych. Miesza się tu jakaś dziwna, wymuszona uprzejmość (zabawna szczególnie w ustach bohaterów, którzy są źli i twardzi, i hurr durr), nieporadność szkolnych wypracowań i jeszcze bardziej wymuszone ekspozycje. Przykład z losowej strony, dowódca do podwładnego: „Nie zapominaj tylko, że jest to niezwykle delikatna sprawa. Jeśli zostaniesz wykryty, położy to kres naszej współpracy z Porucznikiem. Nie możemy do tego dopuścić, dlatego musisz być ostrożny”, co dałoby się skrócić do prostego: „Tylko nie spierdol”. Szybciej, prościej i od razu widać, kto tu rządzi.
Bohater przedstawia nam świat, który dzieli się na ten, gdzie ludzie mają pieniądze i coś znaczą, i na ten, gdzie są tylko szarymi, bezimiennymi zjadaczami chleba.”
W ostatecznym rozrachunku, światy te nie różnią się kompletnie niczym. No, może w gettcie jest trochę bardziej brudno. Niby ludzie z getta mieli być tymi uciskanymi i w tragicznej sytuacji, tymczasem nie widać absolutnie żadnych znaków ich domniemanej niedoli. Ba, dowódcy rebelii zdają się żyć jak pączki w masełku i wyposażają swoje oddziały w supernowoczesną broń, uzbrojenie i gadżety. Skąd, pytam ja się, skąd mieli do nich dostęp? Złe korpo nie mogą być aż tak głupie, by pozwalać na to, by takie rzeczy dostawały się w ręce ludzi, których uciskają. Prawda?
Dzięki nietypowej konstrukcji pierwszego rozdziału, sprzecznej z elementarnymi zasadami wprowadzania czytelnika w wykreowany świat, czytelnik ma możliwość szybkiego zapoznania się z otoczeniem, w jakim przyjdzie żyć bohaterom książki”.
Nie zauważyłam w pierwszym rozdziale absolutnie nic nietypowego ani zaskakującego, ani innowacyjnego. Ot, SPOILER: bohater, opisywany przez cały rozdział jako facet, okazuje się być kobietą. I spierdziela z jakiejś akcji w siedzibie wielkich, złych korporacji. Co mi się natomiast rzuciło w oczy, to fakt, że postać należąca do grupy, której teoretycznie czytelnik powinien kibicować – do rebeliantów, chcących obalić złe korpo i przywrócić wolność i pokój et cetera – w rzeczonym rozdziale robi, co następuje:
  • zrzuca z wielu pięter windę z uwięzionymi w niej niewinnymi ludźmi (i przysłuchuje się, jak kabina rozbija się w drzazgi),
  • kradnie motocykl, uprzednio pobiwszy jego właściciela (znów – cywil),
  • powoduje poważny karambol na ulicy pełnej – zgadliście! – cywili,
  • ucieka z miejsca wypadku ze śmiechem.
Faktycznie, to dość nietypowe: dawno nie znienawidziłam głównego bohatera po pierwszym rozdziale książki.
Choć na dobrą sprawę nie wiem, czy takiego głównego, bo potem każdy rozdział traktuje o kimś innym... I jak tu do kogokolwiek pałać sympatią?
I, o dziwo, to po prostu się sprawdza”.

Dzięki umiejętnemu lawirowaniu przez autora między akcją a opisem świata powieściowego czytelnik szybko wsiąka w powieść, chłonąc jej kolejne karty z wypiekami na twarzy”.
Przez całe 231 stron nie mogłam się doczekać końca, tak męczące było to doświadczenie. Głównie z powodu tych sztucznych dialogów, tekturowych postaci i mojego całkowitego niezainteresowania fabułą. Która jest nudna. I poplątana. I mam w dupie rebeliantów, niech zdechną i nie doprowadzają do śmierci kolejnych niewinnych osób (vide: atak na budynek korporacji połączony z mordowaniem znajdujących się w nim pracowników biurowych. Przypomnij mi ktoś: z jakiej racji mam kibicować tym rebeliantom?).
Konstrukcja krótkich rozdziałów pozwala na szybkie prowadzenie akcji, z przeskakiwaniem w inne miejsce, by ukazać kolejnych bohaterów Warszawy 2048, którzy są niezwykle oryginalni”.
Khe, khe... *krztusi się* Przepraszam, kłaczek.
By nie zdradzać zbyt wielu smaczków (a przy tym nie psuć niewątpliwej przyjemności obcowania z nietypowymi postaciami)”
Jeśli to, że każda kolejna postać jest jeszcze bardziej tekturowa od poprzedniej to oznaka nietypowości... Serio, bohaterów jest mnóstwo, a ja byłam w stanie zapamiętać tylko dwoje: Ewę, lasię z pierwszego rozdziału, oraz Adriana, cyborga-buca. A nawet oni nie wyróżniają się niczym więcej od nowoczesnych gadżetów, którymi są obładowani. Cała reszta to statyści przemykający po ekranie i starający się sprawiać wrażenie bycia ważnymi postaciami.
(...) pozwolę sobie na krótkie przedstawienie Szczurów - jednej z najoryginalniejszych grup ostatnich lat”.
Może jeśli by brać pod uwagę wyłącznie dzieła Kołodziejczyka, których nie dane nam poznać. Co ja mam do powiedzenia o Szczurach: KIM, DO CHOLERY, SĄ SZCZURY?! Członkowie uczestniczyli w paru akcjach i... tyle. Nie mam zielonego pojęcia, co to za organizacja, co robi, dlaczego i jaki ma w tym interes. I – szczerze mówiąc – nie bardzo mnie to interesuje.
Stojący na czele grupy mężczyzna, obcokrajowiec, z przybranym polskim imieniem, Przemek, jest osobą nietuzinkową, o niecodziennych odzywkach, przez co pierwszy kontakt z nim może być zaskoczeniem dla czytelnika, który niejednokrotnie uśmiechnie się pod nosem, słysząc nietypowe komentarze bohatera dotyczące aktualnie rozgrywających się wydarzeń.”
Przemka też nie kojarzę. Ani jego legendarnych odzywek. Pamiętam tylko, że jakaś postać odpowiedziała mu coś w stylu: „Hłe, ty to masz odzywki”.
Niewątpliwie do jednych z najciekawszych postaci uniwersum Warszawy należą Dezerterzy - ludzie, którzy po skorzystaniu z korporacyjnych dotacji ulepszyli swe ciała, stając się cyborgami, by uciec z wojska i wieść lepsze życie w gorszej części świata”.
I była to praktyka tak powszechna, że utworzyli własne ugrupowanie. Korporacje, po straceniu paru milionów na cybernetyczne ulepszenie każdego żołnierza, wzruszały ramionami po dezercji kilku z nich.
Książkę cechuje lekki klimat, dzięki czemu szybko się ją czyta, a duża dawka akcji sprawia, że miłośnicy tego gatunku nie będą mieć powodów do narzekań”.
Przyznam, że nigdy nie czytałam żadnej powieści cyberpunkowej. Czy to, że mam sporo powodów do narzekań stawia w złym świetle mnie, czy książkę?
I na koniec najlepsze:
Po tę pozycję powinni sięgnąć także ci, którzy chcą odpocząć od zalewającej nas w hurtowej ilościach fantastyki, a w książce szukają przede wszystkim czegoś świeżego”.
MISJA! INNOWACJA! TAK BARDZO NIE JESTEM TAKI JAK TA CAŁA – PFE – POLSKA FANTASTYKA!
Jeszcze parę słów ogólnie o tej książce: okropnie razi w niej straszny infantylizm. Niby złe korpo, niby getto, niby ucisk, ale tak naprawdę to wszyscy dobrze się bawią, bo mają supernowoczesne gadżety i są polskimi ninja (sic!). Główny (?) bohater wymachuje katanami i rzuca shurikenami, odziany w zbroję jak z gry Crysis i choć narrator nieustannie przekonuje czytelnika, że ten świat NIE rządzi się prawami gier komputerowych, to jednak okazuje się, że tak właśnie jest. Cyborg w kilka minut pozbywa się wszystkich najpoważniejszych uszkodzeń dzięki małemu robotowi naprawczemu, wszyscy skaczą, biegają, strzelają, nie odnosząc przy tym najmniejszych obrażeń ani nawet się nie męcząc – bo przecież bohaterowie gier akcji się nie męczą. Widzieliście kiedyś, żeby Gordon Freeman miał zadyszkę? Wszystko tu jest obliczone na maksymalną efektowność. 
Naprawdę nie chciałam być aż taka ostra w ocenie tego, ekhem, dzieła. No ale kurde, nie da rady. To zła książka jest, a autor, zamiast zachwycać się tym, że ją wydał swoim nakładem, powinien siąść do roboty i ćwiczyć pisanie jeszcze gdzieś tak przez dziesięć lat. Ale nie! Już się szykuje z wydaniem kolejnej powieści: „Skorpion”, która brzmi jak tania zrzynka z „Wiedźmina”. Chłopie, powiem ci szczerze i od serca: nie rób tego. Naprawdę. Widać, że masz pasję, że lubisz to, co robisz, ale kurnia felek, nie wychodzi ci to. Jeszcze. Zacytuję ci Haruki Murakamiego (damn, jak to się odmienia?): „Z pisaniem jest tak, że albo ma się wrodzony talent, albo człowiek desperacko się stara i w końcu się nauczy. Nie ma innej możliwości”. Po lekturze „Warszawy 2048”, niestety, nie widzę, żebyś miał talent. Ale ćwicz, a w końcu się nauczysz. Do tej pory ktoś ci powinien dać bana na wydawanie, bo lasy Amazonii płaczą.

Errata: Dopisałam parę słów pod koniec, bo to dość ważne, a o tym zapomniałam. 
Anegdotka: pan Kołodziejczyk szczycił się również autorstwem darmowego poradnika self-publishingu, ale wycofał go z obrotu, bo podli ludzie mieli czelność wytykać błędy językowe, i teraz poradnik czeka przeredagowanie i będzie sprzedawany za prawdziwe pieniądze. Szach-mat, hejterzy.