piątek, 30 stycznia 2015

Krótko o książkach, vol. 1

Nie zawsze umiem się rozpisać o książkach (ani o czymkolwiek), więc postanowiłam, że przeniosę z mojego innego bloga ideę krótkich opinii w kupie. Gdyby ktoś był ciekawy, poprzednie edycje cyklu (pierwszego sezonu, można powiedzieć) znajdują się tutaj. 

Joanna Dombrowska „Opowieści Hipogryfinów”
Od początku do końca nie miałam zielonego pojęcia, o czym właściwie jest ta książka. Nic tu nie jest dokładnie nakreślone, ani bohaterowie, ani świat, ani nawet wydarzenia, które zdają się nie mieć ze sobą nawzajem kompletnie nic wspólnego. Często w ogóle nie mogłam się połapać, co się tak właściwie dzieje, tak nieporadnie było to napisane. Językowo ogólnie jest tu mnóstwo niezgrabności gramatycznych, które tylko sprawiają, że jeszcze ciężej przez ten tekst przebrnąć. Ot, przykład: „Szeregowiec przystąpił do kontry, rapier świsnął w powietrzu, zgrzyt żelaza”. Bywa, że ze zdania na zdanie autorka zmienia czas, w którym pisze. Zdecydowanie nie ułatwia to lektury.
Chciałabym, naprawdę bym chciała powiedzieć coś o fabule, ale, jak już wspomniałam, nie mam bladego pojęcia, o co tu chodzi, co się dzieje i dlaczego. Główny bohater, Syriusz Ars Gatta, umiera. Jak? Nie wiem. Potem po pół roku zmartwychwstaje. Dlaczego? Nie wiem. Jest głową zakonu Hipogryfinów. Kim oni są? Nie wiem. Kim dokładnie są wrogowie Hipogryfinów? Nie wiem. Wiem tylko, że nic nie wiem, cytując filozofa. Poniekąd jest to niemałe osiągnięcie, aż tak skonfundować czytelnika, problem w tym, że brnięcie przez tę cieniutką książeczkę nie sprawia absolutnie żadnej przyjemności. Jest po prostu potwornie nużąca. Widać tu coś, co ma ochotę być dobre, ale mu to nie wychodzi; brak wprawy w pisaniu bije po oczach. Dwa plusy: primo, hipogryfy to sympatyczne stworzonka i sceny z ich udziałem są jedynymi, które mogą się podobać. Secundo, okładka jest śliczna.

Tomasz Jarosz „Zaginiony świat koni”
Po urokliwej okładce i opisie z tyłu spodziewałam się czegoś magicznego w narnijskich klimatach. Świat, w którym konie są najmądrzejszą i najszlachetniejszą rasą, łał, to musi być piękne miejsce, w którym konie są naprawdę wolne i dzikie... Tymczasem okazało się, że to jest nie tyle świat, co planeta. I konie chodzą na dwóch nogach. I mają dłonie. I stopy. I zaawansowaną technologię. Krótko mówiąc: to nie jest fantasy dla dzieci. To jest science-fiction dla dzieci. Bardzo... bardzo... dziwne science-fiction.
Przymknięcie na to oka przyszło mi z wielkim trudem, ale jak już się udało, to nawet byłam w stanie czerpać przyjemność z lektury (ale i tak wyobrażałam sobie Ermirów – tę rasę inteligentnych koni – po bożemu, z kopytami i na czterech nogach). Fabuła: na planetę dobrych i szlachetnych do porzygu Ermirów napadają straszliwi Kratowie – rasa podobna do ludzi, którzy są źli i celem ich życia jest rywalizacja, wojna i zabijanie. W słowniku Ermirów nawet nie istnieje słowo „walka”, więc dają dyla na Ziemię i ukrywają się pod postacią koni. Proroctwo mówi, że Kratów pomoże im pokonać ziemska istotka, w której sercu nie ma nienawiści – bo ludzie są taką ciekawą rasą, że są w stanie jednocześnie kochać i prowadzić wojny. Tą istotką okazuje się być trzynastoletnia Milena, miłośniczka jazdy konnej.
Ermir - grafika poglądowa.
Książka napisana jest przyjemnym stylem, choć momentami jej naiwność i infantylizm potrafi przyprawić o mdłości. Sporo tu literówek i głupich błędów, np. w jednym miejscu nagle pojawia się informacja, że jakiś Ermir ma kopyta, podczas gdy przez całą książkę wmawiano mi, że mają całkiem ludzkie stopy. Gdzieniegdzie przewija się wciśnięte na chama bez ładu i składu przesłanie, że wywożenie koni na rzeź jest złe. Z czym się absolutnie zgadzam, ale jest to strasznie niezgrabnie wplecione w historię; jakby autor koniecznie chciał do tego nawiązać, ale nie bardzo miał jak. Niemniej, czyta się szybko i przyjemnie. Młodocianym miłośnikom koni pewnie by się spodobała ta książka, niektórzy pewnie chętnie by przeczytali dla beki, mnie... po prostu zawiodła.

Wojciech Raginia „Ciężki kawałek nieba”
Zacznę bardzo nieprofesjonalnie od tego, że okładka jest ZAJEBISTA. Ktokolwiek ją projektował, powinien dostać podwyżkę.
Z treścią bywało różnie. Przede wszystkim bohater jest maksymalnie antypatyczny. Gabriel to połączenie Dr. House'a, Sherlocka-Cumberbatcha i Barneya Stintsona: jest cyniczny jak House, ma zmysł obserwacji jak Sherlock i przyciąga uwagę „kociaków” (za notoryczne używanie tego słowa autora powinien ktoś wybatożyć) niczym Barney. Samo w sobie może i nie byłoby to złe, ale kuźwa, ile można mieć do czynienia z takimi bohaterami?! Z początku autorowi udawało się unikać popadania w marysuizm, ale im dalej w las, tym bardziej zajebisty stawał się nasz bohater. Rzyg.
Okropnie mnie też raził stosunek do przedstawionych w książce kobiet, wyżej wspomnianych „kociaków”. Chyba nigdy nie zostało wobec nich użyte inne słowo, a pojawiają się wyłącznie jako obiekty do zalotnego pokręcenia tyłeczkami lub pokarm dla wampira, ewentualnie dość wymuszona wielka miłość Gabriela. A już szlag mnie trafił dokumentnie, gdy jedna z postaci (koń, żeby było zabawniej) stwierdziła, że laska jest wściekła bo zbliża się jej okres.
Mimo tego wszystkiego muszę powiedzieć, że jest to kawał całkiem fajnej powieści. I mówię to ja, osoba darząca polską fantastykę szczerą niechęcią (delikatnie mówiąc). Z pewnością ze wszystkich tu obecnych przedstawicielek wydawnictwa Novae Res, ta jest najlepiej napisana i najbardziej pozbawiona błędów. Styl autora jest bardzo fajny. Być może macie takiego jednego znajomego, który ciągle ma mnóstwo przygód z ludźmi spotykanymi w mieście i każdą taką przygodę potrafi opowiadać w sposób, który przykuwa uwagę każdego w okolicy i co chwilę wywołuje salwy śmiechu. Tu może salw śmiechu nie ma, ale tak właśnie pisze Raginia. Mimo mnóstwa irytujących pierdół, nie sposób się oderwać i człowiek jest ciekawy ciągu dalszego.

Errata: Dobra, zagalopowałam się z oceną „Ciężkiego kawałka nieba”. Od połowy robi się okropnie nudny. Tak to jest, jak się pisze opinię przed skończeniem książki. Z drugiej strony, ogólnie w moim przypadku każda książka jest z początku interesująca, ale w końcu zaczyna mnie nudzić, więc nie wiem, czyja to wina. Niemniej, fakt warty odnotowania.

czwartek, 22 stycznia 2015

Recenzja XIX: Krótko o "Igrzyskach Śmierci" Suzanne Collins

Sesja, pff. Jebać sesję, recka musi być.

Już od bardzo dawna nie miałam do czynienia z książką, którą miałabym ochotę czytać non stop; po którą sięgałabym natychmiast po otwarciu rano oczu, w zatłoczonym tramwaju, na ciekawym wykładzie (wiem, oksymoron) i zamiast partyjki Skyrima. Przez którą zarywałabym noce i omijała posiłki. Której koniec zasmuciłby mnie tak bardzo, że chciałabym natychmiast zacząć czytać od początku.
Głodowym Igrzyskom udało się coś, co ostatnio nastąpiło przy mojej pierwszej lekturze „Harry'ego Pottera” ponad dziesięć lat temu: uwiodły mnie. Mimo przeróżnych głupot i dziwactw, nie mogłam się od nich oderwać, a gdy musiałam, tęskniłam za powrotem.
To ZAJEBISTE uczucie.
Chcę kolczyki z kosogłosem.
Potem trochę ochłonęłam i spadła na mnie refleksja: przecież to cykl młodzieżowy. Żadna literatura wysoka, nic, czym warto się chwalić na studiach kulturoznawczych, żaden powód do dumy. Ale zaraz po tej refleksji pomyślałam sobie: a kij w oko wszystkim, którzy tak myślą. Nie należę do tej grupy osób, którzy onanizują się swoim uwielbieniem do „Ulissesa” i jemu podobnych dzieł ani do tych, którzy uważają się za nie wiadomo jak dorosłych po lekturze pierwszego lepszego skandynawskiego kryminału. Lubię książki, które są w stanie mnie tak porwać, jak zrobiły to powieści Rowling i Suzanne Collins i nie widzę powodów, dla których miałabym się tego wstydzić.
O „Igrzyskach Śmierci” słyszał już chyba cały świat, jak nie za sprawą książek, to filmów, więc nie będę się zbytnio rozwodzić nad fabułą. Jest antyutopijne społeczeństwo, są brutalne igrzyska ku uciesze bogaczy, jest dziewczyna, która staje się pionkiem w grze niemal każdej postaci z tymi igrzyskami związanej, a która niczego nie pragnie tak, jak spokoju i bezpieczeństwa. Pierwszy tom jest świetny, mimo różnych głupot większych i mniejszych, lecz w kolejnych widać wyraźnie, że jak nie ma igrzysk, to pani Collins nie bardzo wie, o czym pisać. W efekcie albo przynudza, albo robi ogromne przeskoki w fabule w zupełnie nieodpowiednich momentach. Uderzyło mnie też to, że jak na cykl krytykujący kult celebrytów i mody przekraczającej granice dziwactwa, dużą wagę się tu przywiązuje do odpowiedniego stroju dla głównej bohaterki. Nawet w sytuacjach niezwiązanych z występowaniem przed kamerami czytelnik jest dokładnie informowany, jak ubrana jest Katniss i jakie to robi na wszystkich wrażenie. Nie wspominając o tym, że nie mogła zostać twarzą rebelii bez stroju zaprojektowanego przez najlepszego stylistę w Kapitolu, no po prostu nie mogła. W jaki sposób to jest mniej płytkie od kolorowych peruk Effi Trinket?
Z innych głupot: najbardziej mi się nie podobały wyskakujące jak diabeł z pudełka zmiechy, czyli stworzone laboratoryjnie zwierzęta, które służyły głównie temu, by zarzucić czymś ekstremalnie niebezpiecznym, ale wyglądało to bardziej jak wytrych fabularny, a nie coś, co może stanowić realne zagrożenie dla głównej bohaterki. Wrażenie to potęguje fakt, że pierwszy raz o każdym gatunku zmiechów słyszy się dopiero przy pierwszym spotkaniu z nim; i w sumie tyczy się to nie tylko stworów, ale też broni i pułapek, którymi posługuje się Kapitol i organizatorzy Igrzysk. Wszystkie te nagłe niebezpieczeństwa są po prostu strasznie dziwne i ciężko mi uwierzyć w ich istnienie w naszym świecie, nawet za tysiąc lat. Zagrożenie, które nie wydaje się realne, nie wywołuje odpowiednich reakcji u czytelnika.
Zakończenie trylogii było nieco rozczarowujące. Jakby autorka uznała, że przesadziła ze złymi wydarzeniami i postanowiła to zatuszować słodkopierdzącym pitoleniem w stylu "i żyli długo i szczęśliwie", w dodatku krótkim na dwie strony. Trochę mało w tym pier...dzielnięcia na mój gust.
Tyle jeśli chodzi o minusy, bo mimo tego cykl jest naprawdę dobry. Na dobrą sprawę nie potrafię powiedzieć, co jest takiego urzekającego w trylogii „Igrzyska Śmierci”. To się po prostu świetnie czyta. Kropka.

wtorek, 13 stycznia 2015

Recenzja XVIII: Poniedziałki

NIENAWIDZĘ PONIEDZIAŁKÓW.
Poniedziałki, jakby nie były wystarczającym złem same w sobie poprzez fakt, że następują natychmiast po weekendzie, lubią człowieka dodatkowo wyprowadzić z równowagi. Możesz być pewien, że jeśli zapomnisz parasola w poniedziałek, to będzie padać. Jeśli wydasz ostatnie drobniaki na pyszną czekoladę/kawkę z automatu, pół wrzącej zawartości wyląduje na twoich spodniach, a drugie pół na podłodze. Jeśli ma ci uciec pociąg do domu i na kolejny musisz czekać półtorej godziny, to zdarzy się to w poniedziałek.
Ale chwileczkę: może po prostu rzecz polega na tym, że wszystkie te wypadki zdarzają się z równym prawdopodobieństwem w inne dni tygodnia. Szkopuł w tym, że to właśnie w poniedziałki irytują one najbardziej. Koniec laby, trzeba znowu iść harować. W takich warunkach wszystko potrafi wku...rzyć. Po leniwym weekendzie o niczym nie marzy się tak, jak o tym, by potrwał on jeszcze choć jeden dzień. Wtedy wtorki stałyby się najbardziej znienawidzonym dniem świata. Kiedyś miałam tak ułożony plan zajęć, że poniedziałki miałam wolne. O mój Cthulhu, to był najszczęśliwszy dzień na świecie, móc siedzieć w domu, gdy cały świat z burczeniem musi iść do pracy. Czyżby prawdą było, iż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?
Na chwilę obecną moje poniedziałki wyglądają tak, że wychodzę z domu o siódmej i wracam dwanaście godzin później, więc bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny obiektywizmu i doszukać się w poniedziałkach dobrych stron. Poniedziałki SSĄ. Precz z poniedziałkami!

niedziela, 11 stycznia 2015

Recenzja XVII: Wybrańcy jednorożca, tom 1 i 2, Karolina Romanow

O „Wybrańcach jednorożca” pierwszy raz usłyszałam w wieku okołogimnazjalnym, z artykułu we Wprost o młodocianych pisarzach. Wtedy byłam, jak to dzieciak, zła i zazdrosna, że jedenastolatka, dziewczyna zaledwie rok ode mnie starsza, wydała już swoją pierwszą powieść, na dokładkę taką, której fabuła brzmiała beznadziejnie głupio. Obie książki Karoliny Romanow kupiłam, śmiejąc się złośliwie jak Brzydal z Troskliwych misiów i miałam niemal hejterskie nastawienie do napisania recenzji. Przeczytałam część pierwszą, „Kamień z Góry Prawdy” i... przeszło mi zupełnie.
Jeden z tych przypadków, kiedy
okładka mówi sama za siebie.
 Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest dobra książka, nawet jak na powieść dla dzieci. Język jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po jedenastolatce: prosty jak budowa cepa, kompletnie niewprawiony, warsztatowo kuleje po prostu wszystko. A mimo to przy lekturze czułam się jakoś tak przyjemnie. Tak, jakbym znowu była tą siedmiolatką, która skrupulatnie zbierała swoje opowiadania do segregatorka zatytułowanego „Samodzielne ksiąrzki”. Nawet nie chodzi o to, że znęcać się nad tą, ekhem, powieścią to jak kopać kotka. Po prostu to jest tak rozkosznie naiwne i głupiutkie, że lektura nie może nie sprawiać przyjemności.
Fabuła! Haker jest szczeniaczkiem rasy husky, który mieszka w Dogstar (sic) i nienawidzi swoich rodziców. W psiej społeczności krąży legenda mówiąca o końcu świata i młodych wybrańcach, którzy otrzymają magiczne atrybuty od jednorożca. Tak się składa, że rzeczona apokalipsa następuje dzień po tym, jak poznaliśmy Hakera i ten wraz ze swoim przyjacielem Chuckiem i kilkoma kompletnie nieważnymi szczeniakami ratują się z deszczu meteorytów. Wybrańcami jednorożca, którzy mają poprowadzić pieski na Górę Prawdy w poszukiwaniu Kamienia Prawdy, okazują się być Haker – który zostaje obdarowany amuletem – i Chuckie, który dostaje Jedyny Pierścień. To musi być TEN pierścień, bo dzięki niemu mały retriever może stawać się niewidzialny. I tak wyruszają w podróż pełną przygód i cytatów zerżniętych z popularnych w okresie 2003 roku filmów i książek („Shrek! Ja w dół patrzę!”). Po jakie licho mają w ogóle zdobywać ten kamień nie wyjaśnia się przez całą książkę. Przystąpiłam więc do lektury drugiej części... i popadłam w stupor.
Słodkie, puchate szczeniaczki
i groźny, straszny smok w tle.
 Według informacji na okładce, Romanow wydała „Wulkaniczny róg jednorożca” w liceum już będąc. Spodziewałam się zatem jakiegoś upgrade'u względem pierwszej części, choćby bardziej dojrzałego języka. Tymczasem dostałam blok tekstu nawet nie muśnięty palcem korektora, całkowicie pozbawiony wcięć akapitowych, z niesformatowanymi dialogami w formie wordowego wypunktowania. Z interpunkcją, która najwyraźniej poszła popełnić samobójstwo, pełną rażących błędów i mutantów w postaci pięciokropków albo wykrzykników po przecinkach.
Pierwsza część, choć fabularnie równie głupia i naiwna, przynajmniej została uczyniona zdatną do czytania. Przynajmniej nad tekstem pochylił się ktoś, komu zależało na tym, by czytelnikom nie zaczęły krwawić oczy. Myślę, myślę i nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego dziewczyna w wieku licealnym zgodziła się na wydanie takiego – pardon my french – gówna. I tak nikt się nie spodziewał cudów po opowieści o gadających pieskach z amuletami od jednorożca, ale rany boskie, niech to się chociaż da czytać! Czy naprawdę nikt nie zdawał sobie sprawy, co zostało puszczone do druku? Coś w takiej formie wstyd dać nawet nauczycielce polskiego w czwartej klasie podstawówki, a co dopiero wydawnictwu, co dopiero CZYTELNIKOM w postaci książki, za którą płaci się prawdziwymi pieniędzmi!
Dowód rzeczowy, bo sama sobie nie wierzę.
 Jeśli by przymknąć oko na to tragiczne wprost wydanie – książka jest równie głupiutka i urocza, co pierwsza jej część, jednak myśl, że pisała to maturzystka, a nie kilkulatka, budzi już pewne obawy. Toż to już prawie dorosła kobita, a tu... Ok, może powieść została napisana, kiedy Romanow miała nadal 11 lat. To ma sens. Ale kompletnie sensu nie ma to, że nawet ona sama nie uznała za stosowne tego tekstu w jakikolwiek sposób poprawić. Choćby pod kątem błędów ortograficznych i interpunkcyjnych, na litość Cthulhu!
Podsumowanie: „Kamień z Góry Prawdy” – można przeczytać i nawet dobrze się przy tym bawić. „Wulkaniczny róg jednorożca” – nie tykać patykiem, grozi depresją.

sobota, 10 stycznia 2015

Konkurs - WYNIKI!

No i patrzcie, organizuję pierwszy konkurs na swoim blogasku i o nim zapominam. Niemniej: najwyższy czas na wyniki! Wszystkie propozycje spędzenia świąt w nerdowskim klimacie były naprawdę fajne, a na szczególne wyróżnienie zasługują geekowe szanty autorstwa Ani Levy Zewar! Gratuluję i proszę Anię o kontakt przez fanpejdż, mojego prywatnego fejsa (Joanna Winky Gajzler) lub e-mail: winkyyy@interia.pl :)

Oto zwycięska praca:

Kiedy konkurs się pojawia,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy człowieka dopada

Nagły napływ weny.

Kto chce, ten niechaj słucha,
Kto nie chce, niech nie słucha,
Jaki ma tu Levy pomysł?
Morskie opowieści.

Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Na geekowy klimat.

Łajba to jest morski statek,
Statkiem może być twój pokój,
Weźmiesz trochę lin i żagiel
Powiesisz po prostu.

Załóż starą swą koszulę
Nie czesz się też przez dni parę,
Znajdź kapelusz i opaskę
I choinkę w lesie.

Zaproś teraz swych znajomych,
Zróbcie napad na sklep z bronią,
Wywijając szabelkami
Kupcie tam pierogi.

Niechaj drżą gitary struny,
Niechaj wiatr grzywacze pieści,
Gdy biegniemy pod banderą
Morskich opowieści.

Masz już wszystko co potrzeba,
Doskonale brała ryba,
Włączcie teraz z płyty głośno
Morskie opowieści.

Sam Jack Sparrow się zachwyci
Gdy wyjmiecie pudło kości
I rzucając poczujecie
Klimat świąteczności.

Mistrz Gry niechaj trzyma kompas
I bombkami w was nie rzuca
Gdy ktoś z graczy czasem kropnie
Swego towarzysza.

Gra się toczy, grzmi muzyka
Pirackie trwają przygody
Nie zapomnij by czasami
Przypilnować kuchni.

Gdy już wszyscy się najedzą
I prezenty są rozdane
I życzenia poskładane
Czas zaśpiewać szanty.

Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Recenzja XVI: Amber. Diceless RPG

RECENZJA SPONSOROWANA, ZA KTÓRĄ DOSTAŁAM 5PKT AWANSU, TROLOLO

W ramach wstępu podsumuję nasze dokonania w trakcie jednej kampanii:
– zabiliśmy Vadera
– uwolniliśmy postać, która drzewiej prawie doprowadziła do końca świata
– rąbneliśmy miecz Lich Kingowi
– zrzuciliśmy księżyc na Saurona (przeżył)
– zamknęliśmy Deadpoola w próżni, w której niczym Syzyf ciągnie w nieskończoność wóz
– uciekliśmy przed Shoggothem
– rozwaliliśmy tytana
A dopiero się rozkręcamy!
Rozkosznie oldschoolowa okładeczka.
Przed przystąpieniem do gry warto zapoznać się z cyklem, na którego podstawie powstał ten system, czyli z „Kronikami Amberu” Rogera Zelaznego (pierwszych pięć tomów jest wkurzających ze względu na tego dupka Corwina, ale następne pięć są świetne). Wspominałam o podstawach przy okazji recki sesji RPG, ale mogę powtórzyć, żeby ta recenzja wydawała się ciut dłuższa. Rzecz wygląda tak, że istnieje jeden prawdziwy świat – Amber – który rzuca nieskończoną ilość Cieni – czyli innych światów. Oprócz niego istnieją Dworce Chaosu, które rządzą się swoimi prawami. Bohaterowie graczy to potomkowie książąt Amberu lub lordów Chaosu, którzy mają niezwykłe (jak na ziemskie standardy) moce i mogą się przemieszczać między Cieniami. Choć osią akcji jest zdrada, wcale nie znaczy to, że graczy czekają przerażająco nudne sesje pełne bankietów i szlacheckich intryg (no dobra, wiem, że dla niektórych szlacheckie intrygi są szalenie interesujące, ale osobiście umieram przy nich z nudów – jakby wszyscy nie mogli walić prosto z mostu). Tak naprawdę możesz olać drużynę, olać MG i iść się bawić po swojemu. Jak Miszczu jest ogarnięty, to cię i tak wplecie w główny wątek. Jeśli masz ochotę wybrać się z kałachem na polowanie na kucyponki – możesz. Jeśli chcesz zostać bogiem jakiegoś sympatycznego świata – możesz. W zasadzie to wszystko możesz. Są pewne ograniczenia, np. coś, co działa w jednym Cieniu, może być bezużyteczne w innym (książkowy przykład: w Avalonie proch się nie pali), ale generalnie zasada jest taka, że jeśli masz pomysł, to istnieje sposób na zrealizowanie go.
No dobra, a o co chodzi z tym diceless? Otóż w Amber gra się całkowicie bez kości (well, duh). Nie używa się ich nawet przy tworzeniu postaci. I BARDZO DOBRZE. To jeden z głównych powodów, dla których Amber jest moim ulubionym systemem – zdejmuje z gracza cały ten obowiązek rzucania, liczenia i obliczania szans. Wszystko ląduje na głowie MG, muehehe. Tylko on ma wgląd w wasze statystyki i na ich podstawie podejmuje sprawiedliwe (zazwyczaj) decyzje. Gracz może się zrelaksować i najwyżej od czasu do czasu pokłócić.
Ok, nie do końca: jeśli gracz nie chce się obudzić z ręką w nocniku, to znaczy poniewczasie odkryć, że dał sobie tyle potężnych mocy, że w efekcie jego szczęście spadło głęboko poniżej poziomu morza i nie jest w stanie zawiązać sznurowadeł, by nie złamać sobie palca, powinien dobrze przemyśleć swoje awanse. Awansowanie w Amberze też jest bardzo przyjemne: robisz listę tego, co chcesz umieć i mieć i wręczasz ją Mistrzowi, a w miarę postępów w grze będziesz dostawał, co chcesz. Taki kalendarz adwentowy. Warto co jakiś czas poprosić o odrobinę szczęścia, by nie skończyć jak nasz Anarut, który stracił wszystkie swoje rzeczy włącznie z superpotężnym mieczem, z którego zdobyciem się strasznie natrudził – w grocie smoka pożerającego Cienie.
A teraz wybaczcie, ale idę z moim królikiem zmieniającym się w miecz lub smoka do naszego Cienia, gdzie królik ów jest bogiem, by zaaklimatyzować się w mojej nowo nabytej wieży, która zmienia zawartość pokoi ilekroć się zamknie i otworzy drzwi.