czwartek, 19 listopada 2015

Recenzja XXXVI: Turbo Pug

Spokojnie – do Ferrinu kiedyś wrócę. Ale muszę sobie zrobić dłuuugą przerwę. To gówno zabiło we mnie ochotę do czytania jakichkolwiek książek (i mam wstyda i stresa, że od ładnych paru m-cy na wklejce z lubimy czytać mam ciągle te same powieści, buu), więc nie mam ochoty zbyt prędko do tego wracać.
Tymczasem... mopsy!
TURBO MOPSY
W normalnych warunkach nie jestem fanką gier z pikselową grafiką (te wszystkie potwornie nudne jRPGi robione w RPG Makerze... uuugh, jak ja ich nie cierpię), a tą grę nabyłam tylko dlatego, że kupiłam ją w ramach żartu dla kolegi, który ma mopsa, i uznałam, że skoro już jest w promocji z jednego do pół ojro, to grzech i dla siebie nie wziąć. I wiecie co? Warto było!
Turbo Pug to zajebiście prosta gierka. Jeśli zdarzyło się wam grać w Robot Unicorn Attack, to bez mojego dalszego gadania możecie już teraz sobie wyobrazić, na czym polega rozgrywka. Pies zapiernicza, a ty sterujesz nim jeno za pomocą lewego przycisku myszy, by kazać mu skoczyć. Po drodze zbierasz znajdźki: „monety” w kształcie psich łebków, które liczą się do wyniku. Trudność polega na tym, że mops popiernicza wcale raźno, a jedno zderzenie z przeszkodą lub upadek w przepaść (LUB WRZĄCĄ LAWĘ, AAA) to śmierć i zaczynanie od początku. I wiecie, jak to zajebiście wciąga?
Życie mopsa jest usłane kolcami...
Level jest jeden, za to generowany losowo, więc nici z planowania trasy. Przeszkody, jakie słodki psiak może napotkać na swojej drodze to wzgórza, skrzynki, przepaście, rzeki, doły z lawą, kolce, jeszcze więcej kolców, wirujące piły tarczowe... He. Hehehe. A wszystko to na tle urokliwych gór, lasów i z naprawdę fajną i wkręcającą się muzyczką w tle. W ramach urozmaicenia – albo raczej przeszkadzajki – zmienia się pogoda: raz świeci słonko, raz pada deszczyk, raz śnieżek, a czasem WALI PIORUNAMI. Które trafiają bogu ducha winnego mopsa. I potrafią doprowadzić do szału, jak po porażeniu traci się kontrolę nad psiakiem, który następnie wpada w kanion, a ty byłeś o krok od pobicia osobistego rekordu. Sniff. :c
Odblokowywajki! Yay!
Wraz ze zdobywaniem coraz większej ilości punktów, w grze można odblokować nowe postaci, które różnią się od siebie nie tylko wyglądem, ale też umiejętnościami. Np. nyan-mops potrafi robić podwójne skoki, a kot-astronauta (bo nie samymi psami człowiek żyje) skacze w zwolnionym tempie. 
Podsumowując: Turbo Pug to szalenie sympatyczna minigierka, która nadaje się idealnie na nudne wykłady i długie podróże w pociągu. A z innych plusów: karty kolekcjonerskie Steam, yay!


sobota, 24 października 2015

Recenzja XXXIV, część 4: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Ten rozdział to była najobrzydliwsza rzecz, jaka wyszła spod pióra Michalak. Gorsza od „Bezdomnej”, gorsza od „Nie oddam dzieci”, gorsza od, kurwa, Hitlera. Serio... ja pierdolę.
Do rzeczy. Anaela i Karin galopują, a czytelnik nawet nie wie, po jakiej okolicy, więc nie wiadomo, jak sobie tę całą Lanorię wyobrażać. Szybko głodnieją i deliberują: polować czy kraść? Anaela się drze, że nie mogą rozpalać ogniska, bo to ściągnie wszystkich pragnących kobiety mężczyzn z okolicy. *facepalm* Wobec tego zaiwaniają mnóstwo chleba, sera i kiełbasy, ale komu to już nie wiadomo, bo ani słowa o żadnych zabudowaniach czy innych znakach obecności ludzi tu nie ma. Nawiasem mówiąc, niby inny kraj, inny kontynent i inne zwyczaje, ale mieszkańcy jedzą po bożemu krakowską z chlebkiem. 
Zapieprzają tak kilka dni, w końcu łaskawie pozwalają się dogonić oddziałowi tego całego Lanorskiego kapitana, którego lubią, i pojawia się wzmianka, że przez cały ten czas śledzi ich sokół w obróżce. I NIC z tym faktem nie robią. Pozwalają mu „sfilmować” caluteńką trasę, jaką przebywają, a jak w końcu wpadają na pomysł, żeby go złapać, okazuje się, że podgląda ich przez niego nie kto inny, jak Cecil Jakmutam, obecny władca Lanorii. Anaelcia tak strasznie się wzdraga przed zabiciem biednego zwierzątka, więc robi to za nią Karin, a ta chce ptaka pochować. Jeden z żołnierzy na to strasznie się dziwi, że zakopuje go razem z diamentową obrożą, bo on mógłby sobie za to sprawić kobietę. Anaela ją wykopuje, rzuca mu wraz z jakimś pogardliwym komentarzem i jadą dalej.
Zaskakująco szybko docierają do tej całej Wieży Boga. Anaela się pcha do środka i odkrywa w środku uwięzionego w krysztale Sellinarisa. Pojawia się Luciferrin i oznajmia, że uwolni go, jeśli Anaela urodzi mu syna. Oczywiście – jak zwykle w Ferrinie wszystko się kręci wokół pieprzenia. Czemu bóg Lanorów chce syna? Żeby Anaela wychowała go w Ferrinie, a on za osiemnaście lat wrócił do Lanorii i uwolnił kobiety. Eee... A czy BÓG nie może zrobić tego SAM? TERAZ? I właściwie o co chodzi w tym planie, o powstrzymanie najazdu Lanorii na Ferrin? Ale w następnym zdaniu mówi, że I TAK Ferrin zostanie napadnięty! Tak czy inaczej, zmusza Anaelę do zgody, dusząc Sellinarisa.
Potem następuje scena gwałtu opisana z detalami, włącznie z tym, że „płeć” Anaeli jest sucha i jak on ją „suwa” (sic), i jak sperma jej spływa między udami. I Luciferrin jest taki brutalny, i biedny Sellinaris musi na to patrzeć, i Anaela tak straszliwie cierpi... Po wszystkim wychodzą z Wieży i Anaela popada w wielodniową katatonię i leży, i każe się wozić w hamaku między końmi, bo tak jej źle.
I tu po prostu eksplodowałam z nienawiści do tej obrzydliwej, tępej pizdy. Dlaczego? Bo jest na zabój zakochana w człowieku, który w dokładnie ten sam sposób ZGWAŁCIŁ JEJ CÓRKĘ. To nie był Sellinaris z innego wymiaru, to ten sam człowiek, którego ta zdzira właśnie idealizuje i wzdycha do niego jak pensjonarka. Fakt, że tamta Gabriela poszła w pizdu i urodziła się jeszcze raz nie zmieni jednego, prostego faktu: TWÓJ UKOCHANY TO GWAŁCICIEL. TAKI SAM, JAK LUCIFERRIN. NIE USPRAWIEDLIWIA GO NIIIIIIIIIIC!!! A Anaela? Kiedy dowiedziała się o gwałcie na Gabrieli, jej JEDYNĄ reakcją było melodramatyczne upuszczenie dziennika. NIGDY nie współczuła córce, NIGDY jej nie pocieszała, NIGDY nie uczyniła NIC, co wskazywałoby na to, że w ogóle ją ta sytuacja OBCHODZI. W poprzednim tomie, kiedy przenosi się do innego wymiaru i spotyka tam swoją siostrą zaślubioną z Sellinarisem, niemal ROZKAZUJE mu ją zgwałcić, żeby ratować ich świat. Ale kiedy przytrafia się to jej: och, laboga, jestem taka biedna, pochylajcie się nade mną z troską... Bo gwałty są spoko, dopóki nie gwałci się mnie. PIERDOL SIĘ, ANAELO. NIENAWIDZĘ CIĘ.
No właśnie, a gdzie w tym wszystkim Gabriela? O jej wolność miał targować się Karin. Gdy wychodzi z Wieży bez niej, wszyscy mu złorzeczą, że nie przyjął oferty Luciferrina. Parę dni później okazuje się, dlaczego: Luciferrin w zamian za wolność Gabrieli kazał Karinowi zabić Anaelę po tym, jak już urodzi mu tego synalka.
Więc tak... Karin przedłożył życie tej obrzydliwej pindy, która dla niego jest tak naprawdę tylko teściową (i to chujową, biorąc pod uwagę fakt, jak często go policzkuje), a mimo to wybrał ją zamiast swojej żony, która – jak się to w kółko podkreśla – jest dopełnieniem jego życia, jedyną miłością, bla bla. Dodajmy do tego fragment sprzed paru rozdziałów o tym, że Karin w sumie to pragnie Anaeli.
Po dłuuugiej próbie skomentowania wszystkiego powyższego doszłam do wniosku, że nie będę tego robić. Ale zarzucę gifem.
A teraz przepraszam, idę się wyrzygać.


piątek, 23 października 2015

Recenzja XXXV: Dragon Nest: Warrior's Dawn

Spokojnie, do Ferrinu jeszcze wrócimy, czy się to komu podoba, czy nie. Ale muszę mieć w tym jakąś przerwę, bo mi mózg wypłynie wszystkimi otworami głowy, a to nie byłby zbyt apetyczny widok. Wiecie, nie mieszkam sama, muszę myśleć o dobru innych.
Zatem bierę na warsztat film fantasy na podstawie gry MMORPG Dragon Nest!
Zajebiście, nie?
Nigdy nie grałam w Dragon Nest. Jedyne, co o tej grze wiem, to że jest to free to play MMO utrzymane w stylistyce anime. Fantasy. Fantasy anime? Istnieje taki termin? Mniejsza. W każdym razie, jest tam dużo wielkookich, małych dziewczynek i chłopców w skąpych zbrojach i z idiotycznie wielkimi mieczorami. I smoków. Tak więc do oglądania przystąpiłam z pozycji widza nieobeznanego w uniwersum. 
I film mi tego nie wybaczył. Wprowadzenie wygląda następująco: jest świat fantasy, Altera, i mieszkają w nim ludzie i elfy, ale się średnio dogadują, i są też smoki, ale nikt ich nie lubi, i supergroźny czarny smok ma się obudzić z długiego snu i zagraża całemu światu, i ma ze sobą jakąś armię bestii, i bez zjednoczenia ludzi i elfów będzie kicha. Hm. Okej, niech wam będzie. To jeszcze nie brzmi tak źle. Problem pojawia się wraz z bohaterami, którzy mają mnóstwo mocy i innych pierdół, których znaczenia nikt nigdy nie wyjaśnia. Nie wiem, czy to wielkie halo, że elfia łuczniczka potrafi przywoływać swoje strzały, albo czy dwa... ee... „psy” (bohaterowie nazywają je psami, ale to są jakieś koszmarne abominacje) głównego herosa to zwykłe stworzonka, których pełno w tym świecie, czy może raczej coś nadzwyczajnego, bo z mojego punktu widzenia nie wydają się czymś normalnym.
TO ma być pies? Z tej perspektywy może nie wygląda aż tak
źle, więc dodam, że to ma ciało ryby i dwie krótkie łapki.
I JEST OKROPNE.
Ale to nic. Bo potem poznajemy... ech, naszego głównego bohatera, Lamberta. Lambert jest najbardziej wkurzającym debilem, jakiego kiedykolwiek widziałam w filmie fantasy. Niby miał być taki miły, dobroduszny i fajtłapowaty, ale wyszedł z tego istny KOSZMAR. Jego niezdarność doprowadza mnie do szału, gdy potyka się o każdy kamyczek i następuje po tym seria gagów niczym z kreskówki o Goofym. Serio, już w pierwszych pięciu minutach filmu zwala się z drzewa, wpada na mały oddział goblinów, uciekając przed nimi przez las obija się o każde drzewo po drodze, po czym spada w przepaść i ląduje okrakiem na twardym pniu – i przez dobrą minutę robi głupie miny, ściskając się za obolałe przyrodzenie. Ale najgorszy fragment nastąpił później, w miasteczku: pan Gary Stu potknął się o powietrze, łapał równowagę przez cały rynek, wylądował nosem prosto w biuście elfki, a gdy ta go spoliczkowała i uciekła, zaczął jej wygrażać, że tego pożałuje i ruszył w pogoń. Jak myślicie, zostaną parą na końcu? (Spoiler: tak).
No dobra, w krótkim czasie formuje się drużyna będąca Standardowym Zestawem Randomów Wybierających się na Wielką Fantastyczną Przygodę, w której skład wchodzi, niestety, Lambert i wyżej wymieniona elfka, Liya. Przy okazji: przez cały film pojawiają się w nim tylko trzy elfki, ale wyglądają niemal IDENTYCZNIE. Tyle dobrego, że jedna z nich zostaje zabita w pierwszej minucie filmu. Co jakiś czas pojawia się też jakaś tajemnicza, zakapturzona laska, zdaje się, że ktoś ją nazwał mroczną elfką, i wodzi jednego z herosów na pokuszenie. Co z tego wynika? Absolutnie nic. Istota pojawia się, szepcze i znika. I tak przez całe półtorej godziny. W zasadzie jej jedyna rola to zasugerowanie widzom na końcu, że będzie sequel. No ba, w końcu TEN film zrobił taką zawrotną karierę. *googla* Zaraz... JUŻ zapowiedziano ten sequel, na lato przyszłego roku. Yay, będzie co recenzować. :3
Tyle elementów komicznych, a mnie rozbawiło tylko jedno:
FACECI NIE MAJĄ SUTKÓW! :D
No i lezie ta drużyna przez pół filmu i nudne to jest, i nic z tego nie wynika. Jedyna rzecz, dla której warto to obejrzeć – walka smoków – pojawia się dopiero na końcu. A, a propos walki: potyczki występują tu często, gęsto i bez większego sensu i znaczenia dla fabuły, ale mimo że trup się ściele gęsto, to nie uświadczysz tu ani kropli krwi, a jedyną oznaką tego, że bohater jest ranny, jest lekki pyłek na jego policzku i to, że utyka. No i mam tu problem, bo niby to takie ugrzecznione potwornie, a z drugiej strony nasz słodki Lambercik wpada w biust elfki, a twórcy filmu nie zapomnieli, by cycki czarodziejki podskakiwały przy każdym jej ruchu.
Ale te walki to nie są normalne walki! Tutaj się używa SKILLI! Serio, zwłaszcza w finale strasznie się to rzuca w oczy: wszystkie ataki bohaterów to widowiskowe piruety, ciachy, machy, czary, mary i wszystko to w kolorowych obłoczkach zajebistości. I te momenty, w których film nachalnie przypominał mi, że powstał na podstawie gry komputerowej, strasznie mnie irytowały.
No, siedzę tu sobie i marudzę, ale powiem wam, że w sumie przyjemnie się to oglądało. Nie zrozumcie mnie źle: do dobrego to temu filmowi BARDZO daleko. Ale lubię go z tego samego powodu, z którego lubię sobie odpalić któryś z filmów Winx: bo czasem potrzebuję czegoś głupiego do odmóżdżenia się, a ten film nadaje się do tego doskonale.
A tu macie główny powód, dla którego
warto się przemęczyć przez godzinę
oglądania tego debila Lamberta.


sobota, 17 października 2015

Recenzja XXXIV, część 3: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Po tym, jak Anaela przez chwilę ucieka i płacze, że nienawidzi tej chorej nacji, nasze ferrińskie poselstwo zajeżdża do jakiejś wiochy i żołnierze lanorscy mówią, że dobrze byłoby tu się zatrzymać na noc, bo w mieście nie będą w stanie jej obronić. Bo, widzicie, CAŁA LANORIA CHCE ZGWAŁCIĆ ANAELĘ. Bo chodzi z odsłoniętą twarzą, a jak wiadomo z poprzedniej części, po tym można rozpoznać nierządnicę. Wchodzą do karczmy. Karczmarz z radością oferuje Karinowi nocleg i pyta, ile za Anaelę. Ona i Karin są oniemieli z oburzenia, a w karczmie zaczyna się cała licytacja. Karin mówi w końcu Anaeli, by zakryła ten durny ryj, ale ona nie chce brzydkiej i czarnej burki i wyczarowuje sobie własny odpowiednik: „cieniusieńki”, lśniący, złoty welon z misternym zielonym haftem.
Zatrzymajmy się tu na chwilę.
Już od poprzedniego tomu wciąż powtarza się, że jedyną przewagę, jaką Ferrin ma nad Lanorią, jest znajomość magii. Lanorowie nawet nie wiedzą o jej istnieniu (co jest imho dość dziwne, ale dobra, niech będzie). Tymczasem w karczmie znajduje się nie dość, że ze dwadzieścia chłopa, nie dość, że były władca Lanorii, to jeszcze szpieg – tresowany sokół z obrożą (który MUSI być w jakiś sposób magiczny, bo Lanorowie widzą ich oczami) – wysłany prawdopodobnie przez obecnego władcę. Tymczasem Anaela ma to gdzieś i popisuje się, wyczarowując sobie kawał szmaty ładniejszy od tego, który jej proponują. 
But it gets better. Do karczmy wpada jakiś żołnierz i ŻĄDA zakupienia usług Anaeli. Ta się wkurwia i wyzywa go na pojedynek na miecze. Gdy wychodzą na zewnątrz, Shine, jeden z jednorożców, ostrzega ją, żeby nie korzystała z mocy, bo nad karczmą lata sokół-szpieg.
NO KURWA.
Ale przecież nie ma takiej potrzeby, bo Anaelcia jest tak zajebista, że jednym niedbałym ruchem rozbraja doświadczonego wojownika. Yay, girl power, pokażemy tej obrzydliwej nacji mężczyzn, co to znaczy zadzierać z merysujką.
W kolejnym rozdziale docierają do miasta, Arkadii. A właściwie to zamku, bo tylko o nim jest mowa. I mimo że to zupełnie inny kontynent, inna kultura, inny klimat et cetera, to zamek wygląda wypisz-wymaluj jak typowy zamek z typowego filmu fantasy: wysokie wieże, krużganki, takie tam. Anaeli wręcz przypomina on te w Ferrinie. I mimo że nienawidzi Lanorii, to teraz jest zachwycona, bo ładny zameczek.
Wychodzi im na powitanie pan zameczku wraz ze szczelnie zapakowaną żoną. Anaela w jakiś sposób rozpoznaje w niej czarodziejkę. W każdej innej powieści byłoby to niesamowite odkrycie, ale nie tu, bo trzeba większą uwagę zwrócić na to, że władca lubieżnie się Anaeli przygląda, a ona uśmiecha się do niego z wyższością spod przezroczystego welonu, ach, jakaż ona jest wspaniała. *rzyga*
Pan zamku, który z jakiegoś powodu nie zostaje nam przedstawiony z imienia czy nazwiska, zaprasza ich do środka. Anaela zaś ostrzega eskortującego ją od mostu kapitana, że ci z zamku zaatakują ich w nocy po tym, jak podadzą w winie narkotyk. Skąd to wie? Niby że wie, jak postąpili z Gabrielą Lanorowie dwa tomy temu, ale wszyscy tu obecni chyba zdajemy sobie sprawę, że chodzi o imperatyw narracyjny. A w ogóle to nie wiem, na jakiej podstawie Anaela UFA temu kapitanowi. Poznała go dzień wcześniej, przy moście, na wrogiej ziemi, celującego do niej z muszkietu (bo Lanorowie znają proch, tylko tutaj ma jakąś gównianą, fantaZy nazwę). I gdzie się podział Angel? Nie było o nim wzmianki już od dłuższego czasu.
Idą na biesiadę.
„Anaela może i się uśmiechała, ale do śmiechu wcale jej nie było. Przy stołach zasiadali sami mężczyźni. Ponad dwie setki zdrowych, silnych i pobudzonych samców...”
*wali głową w blat* Czy ona naprawdę spodziewa się, że zaraz te dwie setki samców się na nią rzucą i urządzą gangbang? Ja przepraszam, że będę wulgarna, ale nie wiem, nie mogą sobie zwalić? Co im zabrania? Religia, której nie mają? Demony? „Nie będziesz fapał, Lanorze, bo dosięgnie cię nasz gniew i ci penis uschnie, i dupa z walczeniem z niżem demograficznym”? O czym ja w ogóle mówię?!
Anaela zostaje przedstawiona jako władczyni Ferrinu i... kobieta, która urodziła córkę. Wszyscy zgromadzeni na sali mężczyźni (sorry: samce) są tym faktem zszokowani, zaś żona władcy posyła Anaeli takiego mentalnego plaskacza nienawiści, że ta aż się obraca.
Pan zamku w końcu się przedstawia, i jest to imię brzmiące jak beknięcie: Gerald de'Eard. Cóż, przynajmniej nie jest to kolejne imię na A albo S, bo już bym chyba dostała z nimi pierdolca. Z Anaeli jest konspiratorka jak z koziej dupy trąba i zamiast jakoś dyskretnie udawać, że je i pije, to skubie tylko chlebek, a Karin co chwilę wyrywa jej z dłoni puchar z winem czy półmisek z żarciem. Gerald, oczywiście, zauważa to i wybucha gniewem. Anaela żąda rozmowy w cztery oczy z jego żoną. Wtedy wyżej wymieniona bawi się w Vadera i zaczyna męża dusić niewidzialną ręką. Gdy go puszcza, on, przekonany, że to sztuczka Anaeli... pozwala na to. Serio, po czymś takim jedyną rozsądną rzeczą, jaką mógłby zrobić byłoby zawołanie „STRAŻ!!! BRAĆ JĄ, TO WIEDŹMA!!!”, ale niueee, bo przecież to Anaelcia tutaj odniosła sukces. I w jaki niby sposób ta jego żona chciała pomóc poprzez duszenie go? Co prawda ona nie wie o tym, że Anaela utrzymuje w tajemnicy fakt, że zna magię (pffrr... taa), ale tak czy inaczej, zupełnie nie widzę celowości tego, co zrobiła.
Kobieta prowadzi Anaelę do lochów i zamyka je obie w celi z tytanianu, który blokuje magię. Do Anaeli dociera, że w takim razie Lanorowie muszą znać magię (NO SHIT). Żona Geralda zdejmuje burkę i, oczywiście, okazuje się, że jest nieskończenie piękna. Anaela wykazuje się typowym dla siebie, całkowitym brakiem taktu i pyta swobodnie, ile ta dostanie batów jako karę za tę rozmowę. Tymczasem... och, ja jebię, nazwę ją Basia, bo zaraz oszaleję z tymi powtórzeniami. Baśka zaczyna płakać na kolanach Anaeli-zbawicielki, że lanorskie kobiety od pokoleń opowiadają o przepowiedni (kurwa, kolejna...) o „pani prowadzonej przez gwiazdę”, która uwolni je spod jarzma mężczyzn. Anaela jest z grubsza nieczuła na to wszystko i mówi, że nie ma mocy, by im pomóc. Potem pyta o jej imię (WRESZCIE). Brzmi ono Mirella – dokładnie tak jak jednej laski z pierwszego tomu, która teraz nagle podobno okazuje się być jej najdroższą przyjaciółką, choć wtedy była tylko statystką. I tylko i wyłącznie z tego powodu, Anaeli nagle zachciało się płakać nad jej losem. Bez. Komentarza.
Anaela mówi, że nie wie, jak może pomóc, ale zrobi to, jeśli pojawi się taka możliwość. Mirella dopada do niej i zaczyna błagać, by została żoną władcy Lanorii i uwolniła kobiety. Ale... w jaki niby sposób poślubienie władcy Lanorii ma w tym pomóc? Na jej przykładzie widać, na czym polega tutaj rola żony: na byciu niewolnicą. Nawet mając magię, CZEGO się ona po Anaeli właściwie spodziewa?
Nic to, bo Anaela i tak się nie zgadza.
„– Nadszedł więc czas – wyszeptała.
– Czego czas? – Anaelę zmroził ton głosu kobiety.
– Śmierci. Podtrzymywała nas przy życiu tylko nadzieja na uwolnienie. Teraz odbierasz nam tę nadzieję...
Anaela wstała gwałtownie, odtrącając ją.
– Wybacz, ale muszę bronić moich kobiet i dziewcząt przed tymi, których spłodziłyście – wycedziła. A gdy mi się nie uda, pamiętaj, że umrzemy przed wami. Taki zgotowałyście nam wy i wasze bękarty los.”
*wali blatem w głowę*
Ale wiecie co... Pomijając formę, w której Anaela to przedstawiła (karygodną), to poniekąd ma ODROBINĘ racji. No bo kurde, co te kobiety myślały, sprawiając, by rodzić samych chłopców? Że wyrosną na feministów? Miały możliwość uczynić się całkowicie bezpłodnymi, podobno niektóre tak robiły, przede wszystkim nierządnice, dlaczego WSZYSTKIE się magicznie nie wysterylizowały? To też jest głupi plan, ale chyba lepszy od powiększania armii „zdrowych, silnych i pobudzonych samców”, którzy je tak brutalnie wykorzystują?
Anaelę opanowuje furia, więc jak zwykle w takich momentach, wypada z sali, olewa wszystkich swoich sprzymierzeńców, zgarnia Karina po drodze, wsiadają na jednorożce i spierdalają.

Ciong dalszy nastompi.

środa, 14 października 2015

Recenzja XXXIV, część 2: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Anaela odpoczywa kilka dni, mimo że kompletnie nic jej nie dolega, ale ona po każdym wydarzeniu robi sru na łoże, leży i jęczy, żeby jej pozwolili wstać. W normalnych okolicznościach przyszedłby do niej Sellinaris i by się, jak zwykle, zaczęli pieprzyć, ale na szczęście rzeczony Sellinaris nadal ma status porwanego.
Swoją drogą bardzo zastanawia mnie, czemu wszyscy jej pozwalają na takie szarogęszenie się, policzkowanie co chwila Karina et cetera, skoro w poprzednim tomie to JEMU i Gabrieli przekazała przywilej władzy i to ONI są teraz najważniejszymi osobami w państwie. Tymczasem wszyscy się zachowują, jakby wraz z ponownym pojawieniem się Anaeli w tym świecie, Karinowi – KRÓLOWI tego całego cyrku – ktoś obciął mentalne jaja i przez to facet nie ma kompletnie nic do powiedzenia w kwestiach zarządzania własnym krajem.
W każdym razie, Anaela zwołuje naradę w celu ustalenia, gdzie w Lanorii może być ta cała Wieża Boga, Luciferrina. W Ferrinie mają swoją Wieżę Bogów, Primei i Saetina, i jest położona w bardzo niepozornym miejscu. Wniosek: lanorska wieża może być WSZĘDZIE. Na całym gigantycznym kontynencie.
Wtem!!! Luciferrin ex machina!!! Bóg Lanorów we własnej osobie pojawia się w zamku. No, zgadnijcie jak wygląda. Jeśli przyszły wam do głowy:
a) szkarłatne oczy,
b) długie szaty czarne jak mrok nocy,
c) twarz skryta pod kapturem,
d) mężczyzna przystojny tak wykurwiście, że cała obsada „Zmierzchu” się przy nim chowa (choć jak dla mnie wszyscy aktorzy są tam skrajnie przeciętni urodą lub wręcz szpetni, a raczej oszpeceni tragiczną charakteryzacją – manekinowaty Carlisle, AAA!),
to gratulacje, bo mieliście rację we wszystkich punktach.
Mimo że to obcy bóg-demon, w którego wiara może zagrozić ferrińskim bogom, Anaela rozkazuje wszystkim w sali mu się pokłonić (a sama stoi, no bo jakże to tak). Straszliwym głosem (który zaraz przywodzi mi na myśl ten komicznie niski głos narratora z trailera „Gry o Ferrin”) Luciferrin wyzywa Anaelę na pojedynek. Ta dobywa swojego zajebistego miecza, Czarnego Tytanianu, który zaczyna płonąć magią, a on wyczarowuje sobie podobny. Rachu ciachu, dramatyzm, ach, och, Anaela przegra i umrze! Lecz WTEM!!! Saetin ex machina!!! Ferriński bóg w ostatniej chwili materializuje się między walczącymi i odbija miecz Luciferrina. Potem znika, ale demon najwyraźniej uznał, że to już koniec pojedynku i odpuszcza. Wyczarowuje na mapie położenie swojej Wieży oraz most prowadzący z Ferrinu na Lanorię (czaicie? MOST. Na kontynent położony tak daleko, że przez stulecia nikt nie miał o jego istnieniu zielonego pojęcia). Oznajmia, że czeka na Anaelę i Karina, daje im jakieś czarne szarfy i wyparowywuje.
Przez jakiś czas wszyscy trawią te informacje, a następnie Anaela i Karin z eskortą wyruszają na rzeczony most. Okazuje się, że skrywa go mgła, która przepuszcza tylko Anaelę wierzchem na Sarisie (czarnym jednorożcu), Karina wierzchem na Shinie (białym jednorożcu) i Angela popierdzielającego piechotą. Po bardzo krótkim czasie docierają do Lanorii. Anaela każe Karinowi przesiąść się na Sarisa, bo wygląda jak demon i wzbudzi tym strach u Lanorczyków. FYI: Karin ma „szkarłatne tęczówki” i długie do pasa, czarne włosy. W normalnych okolicznościach zaczęłabym się zastanawiać, po psi uj często walczący wręcz mężczyzna miałby hodować sobie kołtun do pasa, ale tutaj wszyscy mężczyźni istnieją tylko po to, by wywoływać u Anaeli kisiel w majtkach, więc nie ma sensu nad tym dłużej rozmyślać.
Na brzegu witani są przez uzbrojonych Lanorczyków, zdziwionych kilkoma rzeczami. Primo: pojawił się boską mocą most. Secundo: przylazł nim zaginiony od dwudziestu lat władca w towarzystwie obcych. Tertio: ci obcy mają na sobie szarfy od Luciferrina. Pitu-pitu, pierdu-pierdu, lezą dalej, do jakiegoś miasta.
Tu dowiadujemy się, że Lanorowie mają taki trochę szariat. Kobiety nie mają żadnych praw, są niewolnicami, chodzą w burkach, a te, które nie chodzą, są nierządnicami (tu element komiczny, że Anaela poprzez paradowanie z odsłoniętą twarzą sprzedała się całemu oddziałowi lanorskich żołnierzy, haha, ale ubaw). A w ogóle to w Lanorii jest gorąco, sucho i okropnie, i są budynki z piaskowca, i mężczyźni to barbarzyńcy i terroryści, i przybędą do Ferrinu, podbiją go i zniewolą kobiety i owiną je w czarne szmaty. Gdyby nie fakt, że ta książka powstała na długo przed całą tą aferą z migrującymi Syryjczykami, to bym zaczęła mieć niefajne podejrzenia.
Uwaga, cytat!
„I znów dotarły do niej słowa Lanora: jeżeli jedna kobieta przypada na tylu mężczyzn [sześciu - dop. Winky], to wyjaśnia zaburzenie energii w tym świecie i... wściekłe pożądanie, jakie musieli czuć do wszystkiego, co przypomina kobietę, ci z urodzenia wojownicy.”
ZABURZENIA MAGICZNEJ ENERGII, BO MĘŻCZYŹNI NIE MAJĄ KOGO PIEPRZYĆ! #cojaczytam
A zaraz po tym tekst o tym, że „Tutaj za urodzenie chłopca karze się chłostą, a one i tak rodzą chłopców”, aaaaa, trzymajcie mnie, bo nie wytrzymię. Bo kobiety jak w Simsach, nawpierdalają się jabłek i rodzą chłopców, a mogłyby żryć arbuzy i rodzić dziewczynki, ale takie durne są, no!
I to wszystko podsuwa Anaeli pomysł, że może tutejsze kobiety potrafią wpływać na płeć płodu (żrą jabłka jak nic) i robią to, żeby ród wymarł. I dlatego Lanorów „ciągnie do żyznego w płeć żeńską Ferrinu”.
Koniec. Odpadam na dziś. Zapraszam za jakiś czas do części trzeciej.

wtorek, 13 października 2015

Recenzja XXXIV, część 1: Pani Ferrinu, Katarzyna Michalak

Od razu ostrzegam: to nie będzie recenzja. To będzie pseudorecenzjo-analizo-relacjo-wtf. Inaczej się tego zrobić po prostu nie da. A może i da, ale mi się nie chce, wszystko jedno. Zapraszam.
Co ja robię ze swoim życiem...
Znajomość fabuły poprzednich tomów nie jest wymagana, bo serio, umówmy się, że i tak nie było tam żadnej sensownej fabuły, tylko ustawiczne przerzucanie wrzeszczących na siebie bohaterów z miejsca na miejsce. Jedyne, co musicie wiedzieć, to że kompletnie nic się nie trzyma tu kupy. Taka Gabriela, córka Anaeli, która dwa tomy temu miała za ojca Amrego, teraz jest biologiczną córką Sellinarisa, który w „Sercu Ferrinu” ją zgwałcił. Nie pytajcie, nie wnikajcie. To dla waszego dobra.
No więc po wielkiej wojnie, która nigdy nie nastąpiła, Anaela i Sellinaris przeprowadzili się na Ziemię, a właściwie to chyba odwiedzają Ferrin od czasu do czasu, bo wspomina się, że Anaelcia czasem rąbnie ze skarbca sztabkę złota i dzięki temu są obrzydliwie bogaci i mogą mieć wszystko w dupie. I ta ich wielka, nieskończona, cudowna miłość polega na tym, że nieustannie się pieprzą. Ani słowa o jakiejś czułości, dzieleniu zainteresowań i takich pierdołach: non stop tylko kopulują wszędzie, gdzie się da i nie da, w tym w Pizza Hut (czytanie o tym, że Wielki Książę Ferrinu Sellinaris dell'Soll – czy jakkolwiek ten gnój ma na imię – żre pizzę w Pizza Hut, wywołuje u mnie masę DZIWNYCH uczuć). Mało tego: wielki pan i władca wciąż wzbudza w swojej żonie zazdrość, otwarcie flirtując z innymi kobietami (opisywanymi wyłącznie jako ohydne suki i wampy), tylko po to, żeby potem ją zerżnąć i napawać się swoją zajebistością. A jej co prawda dzwoni w tym pustym czerepie jakiś dzwonek alarmowy, ale jest w nim taaak bezbrzeżnie zakochana, że wszystko mu wybacza. Zaprawdę, łączy ich wspaniałe uczucie.
Potem są na jakiejś imprezie (bo, widzicie, na Ziemi Analea jest zajebistą pisarką bestsellerów, ach, och) i jak Anaela przyłapuje w kiblu męża na kopulacji z piękną „kobietą w czerwieni”, używa swoich mocy, by ciskać w nią szkłem z rozbitego lustra, a z Sellinarisem zrywa, i jest przy tym taka władcza, stanowcza i pełna opanowanej pogardy. A potem wracają do domu i się pieprzą. No kurwa mać.
Następnie nagle dostaje wiadomość, że jej córka, która jest teraz władczynią w Ferrinie, została porwana. DUN-DUN-DUNNN.
I wszystko powyższe zdarzyło się w prologu.
Pierwsze, co Anaela robi w Ferrinie, to biegnie do męża swojej córki, Karina, i bije go niemal do nieprzytomności za to, że nie dopilnował jej bezpieczeństwa. Uroczo. Jak się trochę opanowuje, to z relacji wywnioskowuje, że za zniknięcie Gabrieli odpowiedzialni są Lanorowie – a konkretnie demony, które wyznają. Sirden, kat, wyznaje, że w sumie to od dwudziestu lat więżą w lochach lanorskiego władcę (no ciekawe, czy to ma jakiś związek z porwaniem Gabrieli). Anaela chce go przesłuchać. W międzyczasie w jakiś dziwny sposób okazuje się, że Sellinaris też został porwany, bo coś tam, jakiś drugi portal, nie wiem, nie czaję, nie obchodzi mnie to.
Zatem władca Lanorów, Angel jakiśtam, zostaje zaprowadzony do sali tronowej, a Anaela zakłada bardzo prowokującą, prześwitującą suknię, żeby go wkurzyć, bo w poprzednim tomie zrobiła z niego eunucha. Każe go rozwiązać i Angel natychmiast wykorzystuje okazję, raniąc Sirdena. Anaela próbuje magicznie wedrzeć mu się do mózgu, ale nie daje rady, bo chronią go demony. I to by było na tyle, jeśli chodzi o przesłuchiwanie.
Potem Anaela czule się pociesza z Karinem. I autorka uznała za stosowne podkreślić, że w ich obejmowaniu się nie ma nic erotycznego, mimo że Karin w sumie jej pragnął. JA PIERDOLĘ. ANAELA JEST JEGO TEŚCIOWĄ. Ja wiem, że na pornhubie nie takie cuda można znaleźć, ale DŻIZAS!
Następnie Anaelcia stwierdza, że znalazła sposób na wyciągnięcie informacji od Angela, ale nie może tego zrobić przy świadkach, i jest to opisane tak, że każe czytelnikowi myśleć, że chodzi o jakieś erotyczne sprawy. Ja wiem, że to Ferrin, ale w tym tomie po prostu WSZYSTKO się kręci wokół seksu. W każdym razie, heroina po kryjomu idzie do lochów, ogłusza strażników i zamyka się w środku z więźniem. Jest przy tym taką debilką, że daje mu swój miecz do ręki, a potem jest ciężko zdziwiona, kiedy Lanor o mało jej nie zabija. Ratuje się – i należy to powiedzieć w cudzysłowie: „ratuje się” – użyciem zakazanej mocy, co skutkuje wysłaniem obojga w Międzywymiar, z którego nie ma ucieczki (chyba że się jest zajebistą merysujką).
Kręcą się tam bez celu, pieprzą trzy po trzy bez celu, Anaela uwalnia uwięzione w Międzywymiarze, skazane na wieczne cierpienie dusze, a potem przychodzą demony Lanorów i obiecują oddać Gabrielę i Sellinarisa, jeśli Anaela obejmie władzę w Lanorii. Konkretnie obiecuje to władca demonów: Luciferrin.
Tak, dobrze widzicie: LUCIFERRIN.
Anaela wnioskuje, że imię jest nieprzypadkowe i pan superdemon pochodzi z Ferrinu, i jak ona pójdzie do Lanorii, to on sprawi, że w Ferrinie ludzie przestaną wierzyć w ich bogów i demony przejmą całkowitą władzę. Nie rozumiem tego toku myślenia. W każdym razie, odmawia. Angel z jakiegoś powodu zdradza jej, że Gabriela i Sellinaris najprawdopodobniej są uwięzieni w jakiejś Wieży Boga. A potem mówi, że ma ładniutki tyłeczek. *facepalmuje bezradnie*
Tymczasem na dworze wszyscy dostają pierdolca, bo Anaela ZNOWU zrobiła coś skrajnie idiotycznego i zniknęła, i wszyscy się o nią martwią. Władca Cieni, jednorożec Shine, jako jedyny może znaleźć wyjście z Międzywymiaru, więc zostaje tam wysłany po Anaelę i więźnia. Znajduje ich, wracają, pojawiają się w Lesie Tysiąca, Angel ucieka tylko po to, żeby za chwilę złapały go lwiany, czyli skrzydlate lwy (a właściwie lwice, bo od pięciu tomów nie pojawiła się ani wzmianka o lwianie płci MĘSKIEJ. Rozmnażają się przez podział plechy czy jak?). Wszyscy idą do Feri'any, wszyscy się cieszą z powrotu Anaeli, tulą się, całują ją po rękach, ble ble, rzyg.

Koniec części pierwszej pseudorecenzjo-analizo-relacjo-wtfu.

czwartek, 8 października 2015

Recenzja XXXIII: LoliRock

Nie ukrywam, że w ostatnich latach jedyne seriale, jakie jestem w stanie oglądać, to te animowane. Wszystkie inne mnie po prostu niemiłosiernie nudzą. Jak nie od razu, to zaczynają po czasie. Nie ukrywam również mojej sympatii do tematyki „magical girls”: zwykłe dziewczyny, które mają magiczne moce i transformują w wojownicze czarodziejki, by walczyć ze złem. Uwielbiam Sailor Moon (tak oryginalny serial, jak i nowe Crystal), uwielbiam „Czarodziejki W.I.T.C.H.”, Winx... no, niektóre transformacje są fajne. Gdy dowiedziałam się o istnieniu LoliRock, nie czekałam długo: od razu zasiadłam do oglądania i w tydzień pochłonęłam cały pierwszy sezon.
Tyle dużo różowistości!
LoliRock opowiada o Iris, która pewnego dnia dowiaduje się, że tak naprawdę pochodzi z innej planety, na której na dokładkę jest księżniczką. Wraz z Talią i Aurianą próbują (nieco na odległość, bo z Ziemi) powstrzymać złego Gramorra, który zawłaszcza sobie wszystkie kolejne królestwa na Ephedii i próbuje przejąć całkowitą kontrolę nad magicznym światem. W międzyczasie dziewczyny ukrywają się w ziemskim miasteczku, pod przykrywką gwiazd rocka.
Ekhem... rocka. Z rockiem ma to wspólnego niemal tyle, co „Equestria Girls: Rainbow Rocks”, czyli nic. Myślałam, że piosenki będą jednym z mocniejszych punktów serialu, tymczasem okazało się, że to naprawdę okropne, popowe przytupajki, w których głos piosenkarek jest zmodyfikowany tym wujowym programem komputerowym. Niektóre ich fragmenty zapadają w pamięć i ciężko przestać je nucić (INTROOO), ale ogółem nie jest to coś, czego się przyjemnie słucha, tym bardziej, że przez cały sezon w kółko grane są fragmenty trzech piosenek na krzyż. Zresztą, przekonajcie się sami.

To jest ta lepsza piosenka. Pozostałe... ugh.
Wizualnie serial jest po prostu zachwycający. Przynajmniej dla mnie, straumatyzowanej szkaradnością takich na przykład Winx (nie, Nickolodeon, więcej brokatu nie sprawi, że bohaterki staną się nagle mniej szpetne). Postaci wyglądają prześlicznie, a Gramorr, główny antagonista, jest całkiem epicki. I sexy. Jak mi umrze postać na sesji w Amberze, to robię nową, wzorowaną na nim.
Gramorrze, masz głupie imię, ale i tak lecisz do fapfolderu.
 O animacjach również można powiedzieć same dobre rzeczy. Są płynne, dynamiczne i szalenie miłe dla oka. Oglądanie w kółko tych samych sekwencji transformacji i ataków jest niekończącym się źródłem przyjemności i nigdy się nie nudzi.
Choć serial – jak chyba każdy tego typu – zazwyczaj podąża jedną formułą (sielanka -> coś dziwnego się dzieje -> miniony Gramorra atakują -> walka -> happy end i koncert), nie doprowadza to widza do szewskiej pasji tak, jak na przykład odcinki pierwszej Sailor Moon. Tam to było wprost nie do zniesienia, niemal można było obejrzeć tylko pierwszy i ostatni odcinek sezonu i nie uronić nic istotnego z fabuły. W LoliRock w zasadzie też nie dzieje się nic nad wyraz przełomowego w środku sezonu (o niektórych rzeczach twórcy wręcz jakby zapominają: jeden odcinek całkowicie się skupiał na tym, że Iris zdobywa nową moc, a w kolejnych już nigdy z niej nie korzysta), ale mimo wszystko odcinki były urozmaicane różnymi smaczkami, na przykład historią Talii. Mimo przewidywalności, ani na moment nie byłam znudzona akcją.
Na koniec wspomnę, że zakochałam się w Talii i Amaru – niebieskim szczeniaczku, który zmienia się w CHĘDOŻONEGO PEGAZA. Z wilczym pyskiem. ALE JEST TAKI PIĘĘĘKNY. A Talia to świetna postać: z dobrym backstory, fajnym charakterem i najładniejszą transformacją. W sumie jedyne zastrzeżenie, jakie mam do serialu, to że o wiele częściej akcja mogłaby się toczyć w sercu konfliktu, na Ephedii, a nie jak zwykle na tej nudnej Ziemi.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Recenzja XXXII: Skorpion, Ireneusz Kołodziejczyk

Jakoś nie potrafię się tu wysilić na żaden sensowny wstęp. Co tu napisać? To jedna z najgorszych książek, jakie miałam w rękach. Cytując Mietka Mietczyńskiego, to nie jest rzecz z kategorii tak złych, że aż dobrych, to jest tak złe, że aż chu**we. To nie jest żadna inspiracja, jak próbuje nas przekonać autor w przedmowie, to jest perfidna zrzynka z „Wiedźmina” i gdyby Sapkowski miał czas i ochotę na bawienie się w takie pierdoły, to mógłby chłopaka sprocesować do ostatniej złotówki. Tym bardziej, że autor nie umie nawet umiejętnie zrzynać, to znaczy tak, by mimo ewidentnej zrzyny dało się to lubić. Nie da się, no nie i wuj. Nie pozwala na to konstrukcja bohaterów, nie pozwala na to kreacja świata, nie pozwalają na to błędy tak rażące, że przeciętny gramatyczny nazista wybuchłby nad tym tekstem ze wściekłości. Płacić za to „dzieło” 5zł – a tyle kosztuje – to granda.
A poza tym to jestem podłym hejterem, właśnie przez laga zginęłam w grze MMO i muszę się na kimś wyżyć, a gdybym była facetem, to miałabym małego.
Jak zwykle: kupa zawinięta w ładny
papierek i udaje cukierek.
  Każde opowiadanie ze zbioru zaczyna się naprawdę szkaradnym rysunkiem – czegoś, co chyba miało być żywiołakiem błota, koślawego Saurona, ludzika z patyczków wspinającego się na budynek... I nie potrafię się nadziwić, dlaczego autor, któremu udało się załatwić tak ładną okładkę (tu bez złośliwości – okładka mi się podoba), zlecił wykonanie wewnętrznych ilustracji komuś, kto najwyraźniej kompletnie nie potrafi rysować albo jest na wczesnych etapach nauki. Ale nie to jest najgorsze: obrazki nawet nie są zeskanowane i wtopione w stronę, zostało im na chama zrobione zdjęcie aparatem i wklejono je w niezmienionej formie do książki. Ewidentnie składem zajmował się jakiś prof. S. Jonalista. Zresztą, co się będę produkować, popatrzcie sami.
Z litości personaliów autorki
nie upublicznię.
Główny bohater jest renegatem, ale tak naprawdę to łowcą potworów. Wygląda wypisz-wymaluj jak Geralt, tylko ma czarne włosy. Gdy po raz pierwszy dostajemy jego opis, tak naprawdę jest to opis ekwipunku i znajduje się w nim wszystko, co posiadał Geralt: hak na trofea, pas na fiolki z miksturami (o nazwach tak oryginalnych jak Kocie Oko), dwa miecze... W ogóle to warto nadmienić, że na moje oko to jest bardziej zrzynka z gier komputerowych niż sagi Sapkowskiego. Wszystko jest opisywane dokładnie tak, jak było w grach, włącznie z efektami wizualnymi (po zażyciu eliksiru oczy na chwilę dziwnieją, żyły występują wyraźnie pod skórą, bohater się rzuca, a potem wszystko wraca do normy; brzmi znajomo?). Zagrajmy w grę: porównajmy okładkowego Skorpiona i Geralta z „Dzikiego Gonu” i znajdźmy jak najwięcej różnic.
Eee... yyy... Geralt nie zabijał smoków!
Z różnych innych podobieństw do „Wiedźmina”: Skorpion wychował się w „zakonie”, gdzie był szkolony na wojownika, ma bardzo cenny medalion, posługuje się magią bliźniaczo podobną do wiedźmińskich znaków, w walce wspomaga się eliksirami i mutagenami i ma wiernego przyjaciela – chudego alchemika Adama, który, w przeciwieństwie do Jaskra, jest całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek charakteru.
Już od samego początku nasz bohater, Skorpion, renegat-łowca potworów-najemnik, nijak nie pozwala się polubić. Naszą znajomość z nim zaczynamy od tego, że się na kogoś po chamsku wydziera. Na czarodzieja, bo teleportował całą drużynę na bagna. No to tepnij nas z powrotem! – wrzeszczy Skorpion. Nie mogę, bo Imperatyw Narracyjny mi nie pozwala! – odpowiada czarodziej. A tu bum! Gówniak, znaczy żywiołak błota. Skorpion się focha i angstuje, że gdyby nie czarodzieje i koniunkcja sfer, na świecie nie pojawiłyby się potwory. Brzmi znajomo?
Zdaje się, że Skorpion miał być takim typowym burkliwym badassem, jakich ostatnio pełno w popkulturze. Zamiast tego otrzymaliśmy starego chłopa o mentalności nastolatka, który na wszystkich warczy, wrzeszczy, jest chamski, arogancki i głupi. Jak coś mu się nie spodoba, natychmiast strzela focha i wdaje się w bójkę. Taka sytuacja: zwiadowca ściąga do obozu ogromną armię trolli, bohaterowie są otoczeni ze wszystkich stron, setki potworów rzucają się do ataku... a Skorpion wdaje się w długą przepychankę z czarodziejem na temat tego, jacy magowie są głupi i śmierdzą im stopy. Zawierzylibyście komuś takiemu swoje życie? Zleceniodawca z tego opowiadania przekonał się bardzo szybko, że nie było warto.
Aha, taka ciekawostka: czarodziej (o imieniu Artur) przez całe opko marudził, że nie, nie może ich z powrotem teleportować w bezpieczne miejsce, bo nie i nie będzie tłumaczył, bo i tak wszyscy są za głupi, by zrozumieli. Na samym końcu Artur ze Skorpionem oglądają z klifu, jak cały burdel fabularny rozwiązuje się sam. Skorpion pyta: no i jak, możemy się teraz tepnąć? A mag na to: ta, spoko. I się teleportują. Kurtyna.
Randomowy gif mający na celu rozbicie bloku tekstu.
 Zatrzymam się na chwilę przy imionach, bo widzę, że postaci tutaj cierpią na tą samą przypadłość, co w „Warszawie 2048” tegoż autora. Ich imiona są KIJOWE. Nikt poza głównym bohaterem nie ma pseudonimów (bo nie wierzę, by mamusia nazwała go Skorpion), nazwisk ani wyszukanych tytułów, są niemal same Adamy, Artury i Alany. I jeden Bromir, którego ustawicznie czytałam jako Boromir. To miało nadać światu swojskości? Nie wyszło. Sprawia to bardzo amatorskie wrażenie, zwłaszcza w porównaniu z imionami, jakie pojawiały się u Sapkowskiego, z którego twórczości Kołodziejczyk beztrosko zrzyna. Jak się ma taki Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach do Alana-koniec? I ja wiele rzeczy czaję: imię Cahira to akurat przegięcie w drugą stronę, ale kaman... zero tu wyobraźni, zero wpasowania w świat przedstawiony. Całą lekturę czekałam na bohatera o imieniu Pszemek – w fantastycznym świecie pełnym łuków, mieczy, zamków i potworów.
Dialogi przyprawiają o ból głowy. Wszyscy, niezależnie od charakteru czy sytuacji, w której się znajdują, wypowiadają długie, kwieciste zdania. Monologują jak najęci, nieważne czy znajdują się w sytuacji zagrażającej życiu. Zupełnie, jakby ich nadrzędnym celem w życiu było pieprzyć – i to nie w zamtuzie. Nikt nie potrafi przekazać żadnej treści w sposób krótki i treściwy, wszyscy się rozgadują jak przekupy na targu. Wygląda to tak, jakby autor uważał czytelników za idiotów i poprzez słowa bohaterów wyjaśniał wszystkie ich poczynania i pobudki. To doprowadza do szału bardziej niż dwadzieścia błędów na każdej stronie (liczyłam).
Błędy! Już na Facebooku pisałam, jak to na jednej stronie natknęłam się na: „cofnął się do tyłu”, „przyjrzał się (...) otartym spodnią” oraz „skurzany” (I TO SIĘ POJAWIA W KSIĄŻCE JESZCZE WIELE RAZY!). Na wypisanie wszystkich błędów interpunkcyjnych, gramatycznych i literówek nie starczyłoby mi życia. Z nielogicznościami i brakiem konsekwencji – to samo. W skrócie: ta książka nie przeszła ŻADNEGO procesu korekcyjno-redakcyjnego. Takie błędy jest w stanie wyłapać przeciętny uczeń szkoły podstawowej, więc nawet najbardziej niekompetentna osoba byłaby w stanie je podkreślić i poprawić. Nie wierzę, by osoba, która pojawia się w stopce jako „redakcja i korekta” w ogóle palcem tknęła ten tekst.
Podsumowując... walić to. 0/10. Nie tykać kijem. Szkoda pieniędzy. Szkoda nerwów. Tu nawet beki nie ma. Jest tylko żal i zerowy warsztat.
„Zamknij mordę, Jaskier”.

PS 1 Przyznaję bez bicia – nie dobrnęłam do końca. Nie kajam się.
PS 2 Z ciekawości zajrzałam na stronę autorki ilustracji. Okazało się, że jednak potrafi rysować. Są to totalnie koślawe rysunki podpatrzone ze zdjęć, ale jednak widać tam JAKIEŚ staranie się. Ba, portrety ludzi są całkiem spoko. Zaś ilustracje w „Skorpionie” są robione tak maksymalnie na odwal się, że autora nie podejrzewałabym ani o gram wykształcenia w kierunku artystycznym. Czegoś tu nie rozumiem.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Przerywnik: Liebster Awards!

W ogóle dlaczego to się nazywa Liebster Awards? Co to jest ten/ta/to Liebster?
*guglu guglu*
Liebster – niem. ukochany, kochaniutki (źródło).
Mkay, nie będę udawać, że czaję. Enyłej, jest to coś w rodzaju łańcuszka, który ma pomóc młodym blogerom w zdobywaniu lajków, sławy i pieniędzy. Osoba nominująca wymyśla 11 pytań, na które nominowani muszą odpowiedzieć, a potem wymyślić swoich 11 pytań i nominować 11 kolejnych blogów. Za włączenie mnie do tej zabawy serdecznie dziękuję Sidzie!
Sssenkju, Sssida!
No, to zacznijmy zabawę. Na początek: moje odpowiedzi na pytania od Sidy.

1. Jak odnosisz się do list spod znaku "100 i więcej książek/filmów/czegokolwiek, które znać trzeba/wypada/warto"?
Nie cierpię ich. Nie znoszę tego narzucania wszystkim wokół myślenia, że jak nie znają tego a tego tytułu, to są gorsi i muszą jak najszybciej nadrobić zaległości. I z drugiej strony: ludzie jarający się swoją zajebistością, bo przeczytali/obejrzeli 99% pozycji z jakiejś listy. No ach i och. Odbieram to wyłącznie jako wywieranie presji, a nienawidzę, jak ktoś wywiera na mnie presję.
2. Książka/seria/film/cokolwiek, które uwielbiałeś/nienawidziłeś będąc młodszym, a teraz zupełnie zmieniłeś stosunek do niej/niego/nich?
Za młodu nie znosiłam South Parku. Wydawało mi się to potwornie głupie i niemające żadnego sensu poza rozbawianiem ludzi o inteligencji płyty chodnikowej. Ale podrosłam, przekonałam się, że pod klozetowym humorem kryje się całkiem mądra satyra i teraz oglądam South Park niemal codziennie. ^^
3. Jaka jest Twoja relacja z ogólnie pojętym fandomem? Korzystasz z jego zasobów, tworzysz coś, bierzesz udział w dyskusjach? Czy może uważasz tych ludzi za zgraję dziwnych stworzeń, z którymi nie chcesz mieć zupełnie nic wspólnego?
Raczej unikam wszelkich fandomów i innych zbiorowisk ludzi zafiksowanych na jakimś temacie (konwenty się nie liczą, konwenty kocham). Ograniczam swoje kontakty z szeroko pojętym fandomem do oglądania cudzej twórczości i nie wdaję się w żadne głębsze dyskusje.
4. Pytania o wylądowanie na bezludnej wyspie są nudne, więc trochę inaczej: rozpoczyna się apokalipsa zombie, jakie trzy przedmioty koniecznie chcesz mieć przy sobie?
Łuk albo kuszę – Daryl dobrze kombinuje, łatwiej odzyskać czy nawet zrobić strzały i bełty, niż w stresie odliczać, ile amunicji do pistoletu jeszcze zostało. :P Swoją drogą, czemu brak amunicji NIGDY nie był problemem w The walking dead? (A przynajmniej do czwartego sezonu, bo tylko tyle póki co obejrzałam).
Otwieracz do konserw – na wypadek gdyby znalezione puszki nie miały tych sympatycznych dzyndzli.
Lornetkę. Bo jak bym stłukła albo zgubiła okulary, to po mnie.
5. Najbardziej zmarnowany potencjał w historii literatury/kina/jakiekolwiek innego medium, które akurat przychodzi Ci na myśl? Jakiś pomysł, który miał szansę wygrać wszechświat, ale autor, Twoim zdaniem, nie podołał zadaniu i zaprzepaścił wszystko? Jak Ty byś to rozwiązał?
Hmm... Przychodzi mi do głowy kilka książek, które miały co prawda świetną historię, super postaci i genialny świat, ale były PIEROŃSKO NUDNE. Na przykład trylogia Sandersona o Zrodzonym z Mgły albo „Kroniki królobójcy” Rothfussa. Naprawdę starałam się być zaangażowana w to, co się dzieje, ale panowie mają niesamowity talent do zajebiście niepotrzebnego rozwlekania akcji. Gdyby zmniejszyć objętość każdej książki tych autorów o połowę, nie stałaby im się żadna krzywda, a ja byłabym w stanie je dokończyć bez zgrzytania zębami i umierania z nudów nad tym, że Kvothe przez dwa tomy łazi po uczelni i guzik z tego wynika.
6. Sytuacja całkiem prawdopodobna: zostajesz obdarzony supermocami, takim standardowym zestawem siła-szybkość-wyglądanie dobrze w lateksie-wytrzymałość. Co z tym faktem robisz?
Nie chciałoby mi się być klasycznym superbohaterem, na supervillaina się nie nadaję... Cóż, pewnie robiłabym to, co Deadpool w czasie wolnym.
No. Coś takiego.
7. Jaki jest Twój stosunek do reprezentacji różnych ras, religii, orientacji seksualnych w (pop)kulturze? Uważasz, że jest potrzebna, czy wręcz przeciwnie, przeszkadza Ci skupianie się na czymś takim?
 Lubię, jak coś takiego się pojawia i jest przedstawione jako coś całkowicie naturalnego. Np. Rowling w żadnym momencie się nie rozwodziła na temat tego, że jakiś bohater jest innego koloru skóry niż reszta. Nie lubię, jak narrator wali po oczach tym, że jakaś postać WYRÓŻNIA się tym, że jest innej orientacji, rasy czy czegokolwiek; jakby nie definiowało jej kompletnie nic innego.
8. Pierwsza obejrzana/przeczytana rzecz, która sprowadziła Cię na drogę nerdostwa? A przynajmniej zapoczątkowała Twoje zainteresowanie tymi wszystkimi dziwnymi rzeczami, którymi się interesujesz?
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. ;P Najbardziej bym stawiała chyba na pierwszy kontakt z HoMM III w wieku około dziesięciu lat.
9. Masz możliwość spotkać się z czterema dowolnie wybranymi postaciami fikcyjnymi, kogo wybierasz? Dlaczego akurat ich?
Nikogo nie chciałabym spotkać, bo bym się wstydziała. :3
10. Zbierasz jakieś durnostojki związane ze swoimi popkulturowymi zainteresowaniami? Figurynki, zabawki, kubki, takie rzeczy?
Mam całe stadko pluszowych i plastikowych kucyków, jeśli to się liczy. ^^ Jakiś kubek czy t-shirt od czasu do czasu, a tak to raczej nie.
11. Możesz zamieszkać w wybranym przez siebie fikcyjnym świecie, jaki byś wybrał? Z innej strony, jak wymyślony świat uważasz za niezwykle ciekawy, ale nie chciałabyś/chciałbyś znaleźć się tam ani na moment? Dlaczego tak?
Chcę do Narnii, nie chcę do świata wiedźmina. Za dużo potworów. D:

No, to teraz część trochę trudniejsza: wymyślenie własnych pytań. Hm, pomyślmy...

1. Trafiasz do świata gry, w którą ostatnio grałeś. Jak sobie radzisz? Jak bardzo masz przerąbane?
2. Z którym bohaterem popkultury chciałbyś się zaprzyjaźnić i dlaczego?
3. Burza elektromagnetyczno-próżniowo-magiczna przenosi cię do świata książki... której nienawidzisz. Co to za książka i jak sobie poradzisz w tej sytuacji?
4. Jak wyglądałaby twoja wymarzona szkoła/uczelnia? Jakich przedmiotów byś się tam uczył?
5. A wymarzona fantastyczna praca? Treser smoków, pilot X-winga?
6. Możesz zdobyć coś, czego pragniesz najbardziej na świecie, ale ceną jest poznanie daty i okoliczności twojej śmierci. Zgadzasz się?
7. Gdybyś był kucyponkiem, jakie miałbyś kolory? :3
8. Co jest lepsze: przygody czy święty spokój?
9. Sithowie czy Jedi?
10. Co byś zmienił w swoim wyglądzie, gdybyś mógł zrobić WSZYSTKO?
11. Załóżmy, że istnieje życie pozagrobowe. Jak chciałbyś, by wyglądało?

I na koniec najtrudniejsza część, czyli nominowanie kolejnych osób. No więc, ten, tego...

TY, KTÓRY TO CZYTASZ. CZUJ SIĘ NOMINOWANY.
ZWŁASZCZA TY, ANELIS.

Wybaczcie, jeśli to trąci pójściem na łatwiznę, ale większość osób, które znam, już brały w tym udział, a pozostałe nie wiem, czy by miały ochotę, i nie chcę sprawiać wrażenia, jakbym roznosiła spam... D: Więc niech po prostu weźmie udział każdy, kto tylko ma ochotę. Tylko dajcie linki do odpowiedzi, bom ciekawa.

No i tyle, no i cześć!

środa, 12 sierpnia 2015

Recenzja XXXI: Wojownicy. Ucieczka w dzicz, Erin Hunter

O „Wojownikach” dowiedziałam się wieeele lat temu, gdy po raz pierwszy odkryłam Deviantarta, a na nim mnóstwo dość amatorskich rysunków przedstawiających wielobarwne koty o imionach tak romantycznych, jak Ravenpaw, Bluestar czy Amberclaw. Szybki research wykazał, że są to postaci z serii książek autorstwa Erin Hunter. Polski internet twierdził, że niby jakieś tomy zostały u nas wydane, ale dotarcie do nich graniczyło z cudem. Aż w końcu, miesiąc lub dwa temu, cud się zdarzył i nowopowstałe wydawnictwo Nowa Baśń wypuściło pierwszy tom cyklu wraz z zapowiedzią kontynuacji. Radość wielka w domu Gucia.
Okładka jest jeszcze ładniejsza niż oryginalna edycja
(jedna i druga). Rzadkie to zjawisko i zasługujące
na wyróżnienie i pochwałę.
Moją najukochańszą na świecie książką jest „Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa. Z tego powodu, namiętnie szukam informacji o podobnych dziełach: o zwierzętach, zachowujących się jak zwierzęta, z perspektywy zwierząt. Na polskim rynku zbyt wielu takich przykładów, niestety, nie ma (będę musiała kiedyś zrobić notkę zbiorczą o wszystkich takich, jakie znam). Chyba po prostu nie cieszą się zbytnią popularnością. Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że młode wydawnictwo postanowiło (oprócz jakiejś tam książki o One Direction) wydać „Wojowników”.
No dobra, ale co to w ogóle jest, ta seria? Otóż opowiada ona o kilku kocich klanach, mieszkających na obrzeżach ludzkich siedzib, rywalizujących ze sobą i walczących o przetrwanie w dziczy. Akcja książek dzieje się współcześnie, podobnie jak w „Wodnikowym Wzgórzu”. Główny bohater „Ucieczki w dzicz”, który przez całą powieść zmienia imię chyba ze trzy razy (co ma sens fabularny, ale jest potwornie konfundujące), z początku jest zwykłym kociakiem domowym wiodącym leniwe, nudnawe życie. Wkrótce jednak opuszcza wygodny ludzki dom i postanawia przekonać się, jak wygląda życie dzikiego kota.
Dość szybko rzuca się w oczy, że jest to cykl przeznaczony raczej dla młodszych czytelników: język powieści jest prosty, nie ma żadnego gore, a intryga jest bardzo prosta do przewidzenia. Niemniej, nie sposób nie czerpać przyjemności z lektury. W sumie do jedynej wady mogłabym zaliczyć burdel z imionami: od samego początku czytelnik jest przygniatany ogromną ich liczbą, na dokładkę wszystkie brzmią bardzo podobnie. W obrębie jednego klanu mamy Ognistą Łapę, Szarą Łapę, Kruczą Łapę, Piaskową Łapę, Zakurzoną Łapę... A na dokładkę przy awansie w społeczności klanowej, kot otrzymuje nowe imię. Argh! I weź tu nie dostań pierdolca. Na szczęście ktoś – autorka albo wydawca – wyciągnął pomocną dłoń i zamieścił na początku spis postaci.
Powiem to raz i powiem to bardzo głośno: CZYTAJCIE TO. KUPUJCIE TO. NIECH WYDAWNICTWO NOWA BAŚŃ ZOBACZY, ŻE JEST NA TO POPYT. NIECH TEN CYKL NIE UMRZE PO JEDNYM TOMIE. BŁAGAM. CHCĘ GO WIĘCEJ.
Patrzcie tylko, jacy fajni ludzie tam pracują. :3

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Recenzja XXX: Moonrise (wczesny dostęp)

Zawsze podobał mi się zamysł stojący za Pokemonami. Zbieraj zwierzątka, rzucaj je do walki, patrz, jak ewoluują – łał! Czego tu nie lubić? Ano tego, że 3/4 Pokemonów (hejt za 3... 2... 1...) jest koszmarnie brzydka lub niewyobrażalnie idiotycznie wyglądająca. Na przykład to, co to jest? A to? A ta abominacja? Ech... Estetyką Pokemony mi kompletnie nie leżą. Dlatego zawsze marzyłam o jakiejś sympatycznej zrzynce z Pokemonów, w której stworki byłyby po prostu ładne.
Pewnego dnia, przeglądając Steama, przypadkiem natknęłam się na Moonrise... i tak popadłam w nowe uzależnienie.
No i weź się nie zakochaj w takim pyszczku. <3
Moonrise pierwotnie powstało na tak zwane urządzenia przenośne i, cóż, to widać. Duże przyciski, przesuwanie wszystkiego jak na ekranie dotykowym, menu proste jak budowa cepa, tak samo z lokacjami będącymi po prostu panoramą, którą można przewijać z lewa na prawo. Wielu graczy nienawidzi takich gier będących portami ze smartfonów na komputery, ale mnie cały ten inwentarz dobrodziejstw ani trochę nie przeszkadza. Obecnie Moonrise jest w fazie wczesnego dostępu i aby móc zagrać, trzeba wykupić jeden z dwóch pakietów bonusów. Ale nie martwcie się, wy, którzy nie chcą wydawać pieniędzy, bo tytuł kiedyś ma przejść na tryb free to play.
Pory dnia w lokacjach zmieniają się wraz z tą za oknem.
No właśnie, free to play. To dopiero budzi niepokój: bo będzie pay to win, mnóstwo mikropłatności na każdym kroku, durr hurr! Ale nie martwcie się: choć z płatnym pakietem dostałam dużą ilość obu występujących w grze walut (złoto i kryształki wyglądające jak simsowy plumBob), starałam się przez kilka godzin grać tak oszczędnie, jakbym miała na start tyle, ile się dostawało w trybie free to play (przez chwilę gra była na Steamie dostępna właśnie w tej formie, jednak, niestety, szybko zdjęli możliwość bezpłatnej gry). Po tym eksperymencie mogę stwierdzić, że gra nie wymusza płatności za najbardziej podstawowe funkcje i można się nią bez większej frustracji cieszyć za darmo. Jedynym aspektem mogącym zirytować jest ilość kluczy, czyli tutejszych odpowiedników Pokeballi, w które łapie się stworki. Maksymalnie można ich mieć 4 (choć jeśli zdobędzie się jakieś losowo po wygranej walce, można ich stackować więcej), dodatkowe można albo wykupić za kryształki, zdobyć po walce (co zdarza się raczej rzadko) lub poczekać pół godziny, aż zregeneruje się jeden klucz. To dość mocno ogranicza szał łapania stworków, zwłaszcza po zawitaniu do nowej lokacji pełnej nieznanych zwierzątek.
Do boju, demoniczna kozo!
Co zaś się tyczy samych zwierzątek: lofciam je. <3 Naprawdę przypominają zwierzęta (lub zwierzęco-roślinne hybrydy), a nie dziwaczne japońskie pluszaki. Nawet grzyb z oczami wydaje mi się śliczny. Każdy stworek – Solari, jak się je tu nazywa – ma dostępne maksymalnie dwie ewolucje, które dają mu nowe umiejętności, większe statystyki i bardziej badassowy wygląd. Wszystkie aspekty bojowe można dowolnie modyfikować: podnosić dowolne statystyki i wymieniać skille na takie, które najbardziej będą odpowiadały stylowi gry gracza (masło maślane, mniam mniam). Po wygranej walce, Solari zdobywają punkty doświadczenia, które w zależności od osiągniętego etapu na pasku postępu, prowadzą do zwiększenia punktów zdrowia, zdobycia nowej umiejętności lub ewolucji. Szkoda tylko, że nie można swoim zwierzakom nadawać imion: to by było sympatyczne i praktyczne rozwiązanie w rozróżnianiu stworków tego samego gatunku.
Demoniczna koza to zdecydowanie mój ulubiony Solari.
W grach tego typu zwykle olewam cienkim sikiem kwestie fabularne, bo nuży mnie czytanie ekspozycji wygłaszanych przez nieruchome portrety postaci. Tutaj jednak się przemogłam i choć większość dialogów to umiarkowanie ciekawe pitu-pitu pierdu-pierdu, to przynajmniej muszę przyznać, że nie drażnią one burzeniem czwartej ściany w stylu „Kliknij tutaj żeby coś tam”. O co zaś chodzi z tymi stworkami? Co n lat światło księżyca powoduje, że sympatyczne Solari dotyka szaleństwo i zmieniają się w złe Lunari. Dlatego powołano Opiekunów (Wardens), którzy z pomocą przyjaznych Solari leczą Lunari poprzez... skopanie im tyłków. Czy to ma sens? A, kogo to obchodzi, liczy się to, że gra jest ZAJEBIŚCIE wciągająca.
Aby ewoluować małe słodziątko w wielkie rogate bydlę,
trzeba osiągnąć kamień milowy rozwoju i zebrać parę znajdziek.
Co dość ważne, gra reklamuje się jako MMORPG. O ile aspekt RPG nawet widać (przynajmniej w przypadku zwierzaków, bo gdy gracz leveluje, jego statystyki podnoszą się automatycznie [za to można się przebierać! <3]), tak MMO... cóż, jest w powijakach. Można innych graczy zaprosić do znajomych i z nimi czatować i to z grubsza tyle. Nie można się wymieniać przedmiotami ani stworkami, a wyzwanie na pojedynek oznacza walkę ze sterowanym przez komputer awatarem. Ale trzeba brać pod uwagę, że jest to wczesny dostęp i zapewne prędzej czy później wszystkie te elementy zostaną zaimplementowane.
Cóż tu więcej dodać? Uważam, że to świetna gra i wszyscy powinni ją wypróbować. Daję jej ocenę dziesięciu króliczków i Znak Jakości Winifredy. I lecę grać!
Ładne. Dużo ładnego. <3