piątek, 26 grudnia 2014

Recenzja XV: Star Wars Holiday Special

NIE OGLĄDAJCIE TEGO
TO ZABIJE W WAS MIŁOŚĆ DO STAR WARSÓW
NAWET JEŚLI TAKOWEJ NIE DOŚWIADCZYLIŚCIE
Cóż... niech za wystarczający wstęp wystarczy fakt, że jest to dzieło, którego George Lucas, ojciec Gwiezdnych Wojen, dogłębnie się wstydzi. Lećmy z tym koksem.
"Starring R2D2 as R2D2" - jedyny żart mogący uchodzić za zabawny.
 Już od samego początku czuć, że to będzie złe. Film zaczyna się od Sokoła Millenium sunącego przez kosmos, jęczącego Chewbacki i Hana Solo. Naprawdę, jak kocham Harrisona Forda za bycie Indianą Jonesem, tak tu nie mogę patrzeć na jego grę aktorską. Sprawia wrażenie, jakby jedyną wskazówką od reżysera, jaką dostał, było: „Masz wyglądać na bardzo, ale to BARDZO zaaferowanego”. Ford wywiązuje się z tego zadania bardzo sumiennie i w efekcie mamy Hana Solo cierpiącego na zaawansowaną nerwicę.
Ale długo nie musimy znosić tego performęsu, bo przenosimy się do rodziny Chewiego. Mając w pamięci piękno Kashyyk i kulturę wookiech, jakie widziałam w grze Knights of the Old Republic, byłam wielce zainteresowana... dopóki nie okazało się, że został mi zaserwowany sitcom. Sitcom o rodzinie wookiech. Mama wookie, która ogląda w TV program kulinarny, dziadek wookie, który fapie do wirtualnej rzeczywistości oraz synek wookie, który ogląda kreskówkę o swoim tacie, Hanie, Lei, Luke'u i całej reszcie, z Vaderem włącznie. Jak myślicie, jaka byłaby reakcja Dartha Vadera na widok brzydkiej, kiepsko animowanej i głupiej kreskówki z jego udziałem? No właśnie.
PENIS!!!
I cień Boby Fetta.
 Ciężko nawet powiedzieć, że fabuła skupia się na tej rodzince. Cała trójka czeka na Chewbaccę, bo bez niego nie mogą obchodzić Bożego Na... tfu, Dnia Życia, którego cel i sens nigdy nie zostaje nam przybliżony, nudzą się przy tym jak rancor w ciasnej klatce, a wraz z nimi my, widzowie. Wobec tego w ramach urozmaicenia co chwilę serwowane są nam przerywniki w postaci teledysków, wyżej wspomnianej kreskówki, a nawet filmu instruktażowego tłumaczącego, jak poskładać jakiś guzik mnie obchodzący kawał złomu. Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie to wszystko jest pierońsko NUDNE. Serial Clone Wars to przy tym majstersztyk przykuwania uwagi. I cały ten pseudoświąteczny cyrk trwa DWIE GODZINY. Niemal tyle, co każden jeden epizod. A nie dzieje się tu kompletnie NIIIC godnego uwagi.
Postarajmy się wydestylować coś świątecznego. W końcu to odcinek świąteczny... podobno. No więc rodzinka wookiech mieszka na czubku kilkukilometrowego drzewa w domku, w skład którego wchodzi telewizor, holoprojektor nadający popisy cyrkowe i – przysięgam na Moc – peerelowska meblościanka. Nie mają choinki, ale w sumie żyją na ogromnym drzewie, to po co jeszcze zwlekać jakieś do środka. Za Świętego Mikołaja robi siwy, gruby facet z telezakupów, który przynosi każdemu sierściuchowi po prezencie. Scena, w której dziadek wookie ogląda sprezentowanego mu – nie łudźmy się, że jest to coś innego – pornola, jest najgorsza w całym wszechświecie i wypala oczy.
No, to może chociaż jakieś gwiezdnowojenne klimaty? Cóż, do domku wookiech wpadają przedstawiciele Imperium – bo Imperium uwielbia kraść wookiem święta. I dowódca tego wielkiego złego Imperium cieszy się jak głupi do sera, gdy telemarketer puszcza mu dla odwrócenia uwagi teledysk. Kocham szturmowców, są drugimi najseksowniejszymi facetami w SW po Bobie Fetcie, ale tu poruszają się jak bobasy w pampersach i są niewiele bystrzejsi. To może chociaż muzyka przywodzi przyjemne skojarzenia z oryginalną trylogią? Nope. Jest niemal tak zła, jak w „Seksmisji”. Która fajną komedią jest, ale soundtrack ma potwornie irytujący. Jednakowoż „Seksmisję” ratuje fakt, że nic w niej nie jest na poważnie, a tutaj...
Cóż więcej mogę powiedzieć? Ten odcinek nie ma nic wspólnego ani z Gwiezdnymi Wojnami, ani tym bardziej ze świętami. Jedyne, co mi się w nim spodobało, to pluszowa bantha. CHCĘ TAKĄ!
Brzydki przedstawiciel Imperium wziął i zepsuł pluszową banthę! :C


I tak oto dotarliśmy do końca Miesiąca z Gwiezdnymi Wojnami. Następny za rok, bo tak się miodnie składa, że w grudniu 2015 czeka nas premiera siódmego epizodu. Yay!

PS Melduję, iż przedłużam termin konkursu do 7 I 2015, bo będę w totalnych rozjazdach przez najbliższy czas. A uczestnikom przypominam, że jednym z warunków wzięcia udziału było udostępnienie posta konkursowego na swojej tablicy. :3

środa, 24 grudnia 2014

Krótko o komiksach, vol. 1: Star Wars

Biorąc pod uwagę, jak krótkie były moje recki komiksów i to, jak bardzo nie chce mi się sprawiać, by następne były dłuższe, postanowiłam zacząć opisywać po kilka naraz. Nie umiem lać wody, nie umiem napisać czegoś sensownego a długiego, to po kij rżnąć głupa. Zatem zacznijmy od:

Star Wars: Generał Grievous (General Grievous)
Seria „Generał Grievous” autorstwa Chucka Dixona (przynajmniej jeśli o scenariusz się rozchodzi, bo rysowników to to ma pincet) obejmuje cztery króciutkie zeszyty i jest – trzeba przyznać – całkiem fajna. Co prawda byłam zawiedziona, że akcja nie dotyczy backstory pana maszyny, ale nie jest źle, bo mamy okazję przekonać się, jak bezwzględną istotą potrafi być i nie działa to na zasadzie „jestem złodupcem, durr hurr”. Rzecz tyczy się pewnego Jedi, którego Mistrz został zabity przez Grievousa i wbrew Radzie wyrusza w poszukiwaniu zemsty. Dzięki temu komiksowi kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, jak bardzo nienawidzę Jedi, z tą całą ich Radą świętoszków na czele. Ale mniejsza. Kreska jest przyjemna dla oka, choć bez większych fajerwerków. Komiks rozwija się bardzo ciekawie i prowadzi do bardzo rozczarowującego końca, ale i tak warto po niego sięgnąć.

Star Wars: Boba Fett – Pojedynek łowców (Twin engines of destruction)
Tu zaś, moi państwo, widzicie komiks, dzięki któremu stałam się fanką Boby Fetta. A konkretnie dzięki temu tekstowi. Choć kreska, delikatnie mówiąc, nie zachwyca (chyba że się lubi takie klimaty), treść jest tak wciągająca, a Fett taki zajebisty, że cała reszta nie ma znaczenia. Fabuła! Po galaktyce panoszy się pewien łowca nagród, który kradnie tożsamość Fetta, co bezpośredniemu zainteresowanemu jest bardzo nie w smak, bo żaden buc nie będzie łaził w identycznej zbroi i bogacił się na jego sławie. Po polskim tytule raczej widać, do czego to zmierza, więc nie będzie żadnym spoilerem stwierdzenie, że sam pojedynek jest wcale epicki.

Star Wars: Boba Fett – Nagroda za Bar-Koodę (Bounty on Dar-Kooda)
To było... dziwne. Kreska jak z „Kaczora Donalda” (co samo w sobie złe nie jest, kochałam „Kaczora Donalda”, no ale jakoś tak... meh), a fabuła jak z serialu „Psych” (który też jest fajny, ale kurde no, nie pasuje tu). Mamy iluzjonistę, który kiedyś zabawiał jakiegoś złoczyńcę swoją popisową sztuczką z magicznymi kręgami i Boba Fett go szukał, żeby dotrzeć do tego złoczyńcy, i magik myślał, że Fett chce go dorwać, więc sfingował swoją śmierć poprzez uduszenie się gumowym kurczakiem, i Fett go potem wykopał z grobu i razem uknuli intrygę zabicia tego właściwego złodupca przy pomocy tych magicznych kręgów, a złodupiec wyglądał jak rekin... Przy lekturze musiałam co chwilę upewniać się, czy to aby na pewno Star Wars i aby na pewno Boba Fett, i aby na pewno to wszystko jest oficjalne. Ale lubemu się podobało, więc może jest w tym coś, czego nie dostrzegam.

Star Wars – The Old Republic
Jeżu w borze, jaka ta kreska jest SZKARADNA NA WSKROŚ. Po okładkach tego nie widać, ale środek wprost wypala oczy. Z jedenastu zeszytów byłam w stanie zmęczyć tylko jeden, a i tak nic z niego nie pamiętam, bo tak mnie rozpraszały te potwornie brzydkie rysunki, że nie byłam w stanie się skupić na akcji. Powiem tylko tyle, że spodziewałam się więcej po oficjalnym komiksie opartym na słynnej grze MMO.

niedziela, 21 grudnia 2014

Recenzja XIV: Star Wars: Will of the Force RPG

W życiu Derby'ego Jonesa dawno nie wydarzyło się nic niesamowitego. Ot, grał w kantynie w pazaaka z kumplami, zabierał Silvię na wyścigi ścigaczy, czasem nawet udawało im się wygrać zakład... Sam zajmował się konstruowaniem ścigaczy, znał się na komputerach, czasem dostawał jakieś drobne, nie do końca legalne zlecenie polegające na włamywaniu się tu i tam. Życie było piękne i proste.
A potem nagle przed jego domem wylądował statek kosmiczny.
I Silvia zdradziła mu, że jest łowczynią nagród.
I podróżuje w towarzystwie dwóch Sithów.
I właśnie trafiła im się niezła fucha.
I przydadzą im się umiejętności Derby'ego.
I – być może – los galaktyki spoczywa na ich barkach.
Jako że produkcja jest fanowska i oficjalnych artów do niej brak,
macie królika-erpegowca.
 Właściwie od tej kampanii zaczęła się moja miłość do Star Wars. Wcześniej to było „Istnieje? Fajnie. Good for you”. Dopiero kiedy nadarzyła się okazja wskoczyć w buty bohatera wymyślonego przeze mnie, który sobie egzystuje w tym uniwersum, przekonałam się, jakie ono jest świetne i różnorodne. W WTF gracz ma okazję zobaczyć, jak by sobie poradził jako Jedi, Sith lub dowolny bohater niewrażliwy na Moc – łowca nagród, agent, szturmowiec, bla, nie wiem, babcia z blasterem, swego czasu udało się nawet zaimplementować postać droida (takiego w typie HK-47 z KotORa). Pierwotne założenie było takie, że wszyscy gracze należą do jednej lub przynajmniej do sprzyjających sobie frakcji. Cóż jednak poradzić, jeśli jeden gracz koniecznie chce być Sithem, a drugi koniecznie chce być Jedi? Zwykle wychodzi z tego banda spiskujących przeciwko sobie kosmitów, którzy się do siebie wyjątkowo sztucznie uśmiechają. Ale grać się da i jest całkiem zabawnie.
Praktycznie nie ma ograniczeń co do wyboru rasy. Na jednej sesji jednostrzałowej mieliśmy jawę-Sitha o imieniu Javaron, który wszystko psuł i wprowadzał totalny chaos. Na innej – wspomnianego wyżej droida. Wybór rasy ma znikome znaczenie na rozgrywkę: ot, genosianie mają twardą skórę, kaleeshe są bardzo odważni, kel dorowie dzięki swoim maskom są odporni na trujące gazy... Wszystkie takie drobiazgi znane z kanonu, ale nic, co by było uwzględnione w ścisłych statystykach.
Statystyki zaś to miła rzecz. Zwykle NIENAWIDZĘ babrania się w liczbach, zmiennych i milionie kostek (nie cierpię mechaniki Warhammera...), ale tutaj zostało to przemyślane tak, by liczby były bardziej wskazówkami niż restrykcjami, trochę na wzór Amberu. Użytkownicy Mocy mają – oczywiście – punkty Mocy, pozostali zaś punkty Improwizacji. Moc – wiadomo, wydajesz punkty i od ich ilości zależy jej siła. Improwizacja zaś to takie sympatyczne punkty, które można wydać, by wpłynąć na rzeczywistość. Przykładowo: wydając kilka punktów, gracz może odgadnąć hasło do zablokowanego terminalu. Nie jest powiedziane wprost, ile punktów musi wydać, by coś się powiodło, jest to rzecz, której gracz powinien się nauczyć w trakcie sesji. Aby wzmocnić swoje efekty Mocy lub Improwizacji, można wydać dodatkowo punkt Mądrości (dla Sithów/Jedi) lub Adrenaliny (reszta). Różnica jest taka, że o ile za jeden punkt Mocy możesz podnieść w powietrze kubek, tak za punkt Mądrości możesz ściągnąć na ziemię imperialny niszczyciel. Niełatwo potem tę spaloną Mądrość/Adrenalinę odzyskać, więc należy być ostrożnym z szafowaniem nią.
Walka jest dynamiczna i przyjemna. Rzuty wykonuje się wyłącznie za pomocą k6, a wszystko sprowadza się do uzyskania liczebnej przewagi. Ilość kości zależy od stylu walki gracza, wynik dodaje się do jego umiejętności Walki. Ilość punktów Mądrości/Adrenaliny też ma pewne znaczenie: jeśli jest duża, gracz ma większą szansę dostrzeżenia różnych okazji i wykorzystania ich.
Choose your destiny!
 Najfajniejszą rzeczą przy tworzeniu postaci jest wybór najlepszej i najgorszej cechy. Każdy musi mieć po jednej takiej i może to być dosłownie COKOLWIEK. Można świetnie pilotować, ale być beznadziejnym kucharzem. Można mieć talent do celowania, ale fatalną pamięć. Można mieć smykałkę do technologii, ale pecha do kontaktów towarzyskich. Nieważne, jak bardzo będziesz się starał w wymyśleniu nieistotnej dla rozgrywki wady, MG i tak znajdzie sposób, by ci o niej przypomnieć. Opór jest daremny. I bardzo dobrze, bo to są świetne urozmaicacze sesji. Wadą jednej z moich postaci była nieumiejętność prawidłowej oceny sytuacji. Gdy rozbiła się na pewnej prymitywnej planecie i została otoczona przez uzbrojonych w piki tubylców, wykonała rzut mieczem świetlnym, by obracając się zadał im ogromne obrażenia... ale zanim dotknął choć połowy z nich, biedna Hethei została podziurawiona przez dzidy i ledwo uszła z życiem. So much fun!
Jeśli ktoś ma ochotę przetestować ten fanowski system, polecam i zapraszam na bloga autora, http://swawatar.blogspot.com/ . Jeżeli ktoś ma pytania, niech zadaje śmiało, bo mam u wyżej wymienionego wtyki, a on chętnie odpowie. ;D

Zagadka dnia: ile powtórzeń padło w recce?

sobota, 20 grudnia 2014

Recenzja XIII: Star Wars Jedi Knight. Jedi Academy

Ze wszystkich gier w tym uniwersum, w Jedi Academy pykało mi się zdecydowanie najprzyjemniej. Fabuła jakaś tam jest, i to całkiem fajna, ale who cares, w końcu mogę manualnie naparzać mieczem świetlnym i zachwycać się epickimi combosami, jakie wyprowadzam!
 No dobra, niech będzie, że fabuła też jest ważna. Jako Jaden Korr, gracz przybywa do Akademii Jedi prowadzonej przez tego nudziarza, Luke'a Skywalkera. Naszym mistrzem zostaje Kyle Katarn, którego nienawidzę, ale już nie pamiętam za co. Pod jego batutą jako młody adept wykonujemy dużo różnych zadań, a po drodze odkrywamy machlojki uczniów Marki Ragnosa sprowadzający się do pewnego tajemniczego, potężnego berła.
Poza Jedi Academy, grałam tylko w The Old Republic i nieśmiertelnego KotORa, i strasznie nie podobało mi się w nich sterowanie. Znaczy, wiem, takie założenie gatunku, że walka wygląda tak, że naciskasz na ikony umiejętności i twoja postać ich używa. Ale... gdzie w tym zabawa? Chcę własnoręcznie machać mieczorem i używać Mocy w dowolnym kierunku! No i Alleluja – Jedi Academy daje nam taką możliwość. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką frajdę sprawia swobodne skakanie po mapie, wywijanie lub rzucanie mieczem świetlnym i ciskanie piorunami we wrogów. Poza zwykłym ciepaniem ostrzem jak przy krojeniu kapusty, jest kilka ataków specjalnych, których można się nauczyć już od samiutkiego początku gry – istrukcje można przeczytać w menu gry. Jeśli się o Moc rozchodzi, używać możemy zarówno jasnej, jak i ciemnej strony, jednak wciąż pozostaniemy Jedi. Zmienić to może dopiero pewien plot twist.
Ekran misji - możemy wybrać dowolną z listy, każda na innej planecie.
 Używanie Mocy jest niestety trochę irytujące. Za moce jasnej i neutralnej strony odpowiadają klawisze od F1 do F8, za moce ciemnej – od home do end (nad klawiaturą numeryczną). Od samego patrzenia na klawiszologię w instrukcji można dostać pierdolca. Jedynym sensownym wyjściem z sytuacji jest przypisanie sobie czego chcesz do którego klawisza chcesz, ale, szczerze mówiąc, nawet w ten sposób i tak mi się wszystko myliło, a to z kolei przekładało się na opóźnione reakcje w grze. I śmierć. Bo rzecz z tą grą jest taka, że na normalnym albo nawet trudnym ustawieniu poziomu trudności – jest za prosto. Prawdziwą satysfakcję ma się dopiero z gry na poziomie Jedi Master. Co prawda z zabiciem ostatniego bossa musiałam płakać chłopakowi, by za mnie przeszedł, ale wszystko do tej pory było bardzo fajną i emocjonującą rozgrywką.
Jak się siedzi w fandomie dostatecznie długo, nawet kel dorowie
zaczynają wydawać się przystojni.
 Inna rzecz, która jest na dobrą sprawę mało ważna, ale mnie się strasznie spodobała: tworzenie postaci. Choć kanonicznie Jaden jest facetem-człowiekiem, nic nie stoi na przeszkodzie, by uczynić go zabrakiem, twi'lekanką albo kel dorem. Jak już wybierzemy rasę, twarz i kolor skóry naszego pieszczoszka, należy go w coś ubrać... I matko świnto, jakie te wszystkie stroje są PIĘKNE. Napatrzeć się nie mogę i pożądam ich. Chodziłabym w takich na co dzień. I z mieczem świetlnym też.
Nie chce mi się wymyślać zakończenia, ale przypominam o konkursie, termin goni, tik-tak, tik-tak.

wtorek, 16 grudnia 2014

Recenzja XII: Star Wars Force Attax

Nie przepadam za serialem Clone Wars. Jest nudny jak flaki z olejem, Ahsoka mnie doprowadza do szewskiej pasji, postaci wyglądają jakoś tak karykaturalnie, a jak jeszcze raz usłyszę „roger, roger” z ust (?) droidów bojowych Grievousa, to zacznę strzelać. Co zatem skłoniło mnie do zakupu dwudziestu boosterów kart Force Attax? Odpowiedź jest dość prozaiczna: były w promocji w Tesco po 30gr za sztukę!
Pupy toto jakoś specjalnie nie urywa...
 Ach, kocham karty kolekcjonerskie. Szukanie boosterów w atrakcyjnych cenach, otwieranie ich, odkrywanie zawartości, radość, gdy trafi się rzadka lub błyszcząca karta... Niestety, mało co mam ochotę zbierać, bo w ogóle nie interesuje mnie to tematycznie, więc od kiedy przestano wydawać w Polsce karty Bella Sara (chlip), jestem wielce nieszczęśliwa. Do Force Attax nie byłam przekonana, ale kurde, 30gr? GRZECH NIE BRAĆ.
I w ten sposób stałam się posiadaczką stu kart. Wyglądają... znośnie. Wyłączając karty pojazdów/statków, na każdej jest postać na pustym tle, co sprawia raczej nieciekawe wrażenie. Jedyne naprawdę ładne karty to te błyszczące, których są dwa rodzaje – gładkie i takie trochę chropowate, brokatowe jakby. Mają standardowe rozmiary, mieszczą się w koszulkach i klaserach, jak się nie jest wybrednym, to mogą stanowić całkiem ładną kolekcję.
Zaskakująco seksowny Darth Maul, który zasłużył na wyróżnienie.
 Ale uno momento... Co to za statystyki na każdej karcie? Ano tak się składa, że oprócz podziwiania, można w to jeszcze grać (well, duh). W średnio co czwartym boosterku załączona jest skrócona instrukcja w wersji dla debi... znaczy, małoletnich miłośników Gwiezdnych Wojen, której – mimo swej przystępności – za radzieckiego boga nie mogłam zrozumieć. Po konsultacji z kimś mądrzejszym wyszło, że gra jest bardzo podobna do karcianej wojny, a po zagraniu okazało się, że jest to niemal tak emocjonujące, jak oglądanie wyścigu dżdżownic pod górę i wiatr. Niektóre karty mają więcej statystyk niż inne, jest też mowa o jakimś zestawie „Uderzenia Mocy”, ale jakoś nikomu nie przyszło do głowy, żeby wyjaśnić, o co chodzi. Internetowy research wykazał, że chodzi o wzmocnienie statystyk kilkoma dodatkowymi kartami, ułożonymi w jeden obrazek. Czemu zabrakło tej informacji w polskiej instrukcji? The world may never know.
Komu bym poleciła? Raczej tylko najmłodszym fanom SW. I tylko w promocyjnej cenie – nie dałabym za taki boosterek z pięcioma kartami pełnej ceny (3,99zł bodajże). Chociaż może jeśli znajdzie się jeden nerd z drugim i wymyślą jakąś lepszą grę dla tych kart, byłabym w stanie polecić też i starszym fanom.
Puchaczowi smakują.

A w ogóle to przypominam o konkursie, zapraszam gorąco do udziału, bo głupio mi będzie wybierać zwycięzcę między jednym znajomym a drugim.

czwartek, 11 grudnia 2014

Świąteczny Konkurs Starwarsowy!

Uwaga, uwaga, wiekopomna chwila: KONKURS!!!
Z okazji zbliżających się świąt, trwającego na blogu Star Wars Month oraz niedoboru lajków, pragnę ogłosić wszem i wobec konkurs. Udział wziąć może każdy, kto ma konto na facebooku, zadanie jest proste, a nagroda - zajebista.

CO TRZEBA ZROBIĆ?
Primo: polub ten post (oraz fanpejdż jak już tu jesteś).
Secundo: udostępnij ten post na swojej tablicy.
Tertio: zaplanuj święta w iście nerdowsko-geekowskim klimacie. Możesz się trzymać jednego theme'u, możesz zapewnić różnorodność godną konwentu. Forma: dowolna pisana, wiersz, scenariusz, opko, opis, co ci tylko przyjdzie do głowy. Swój tekst wpisz w komentarzu pod postem (na fejsie, nie na blogu).

Autor najfajniejszego i najciekawiej opisanego pomysłu otrzyma nagrodę: MALOWANEGO NA SZKLE SZTURMOWCA-SERDUSZKOWCA! Unikat! Jedyny taki na świecie! Tymi ręcoma malowany! 



Konkurs trwa do końca miesiąca (to jest 31 XII), bo wcześniej i tak nie wyślę nagrody. Zapraszam do udziału, liczę, że sami kogoś zaprosicie i życzę wam POWODZENIA!

wtorek, 9 grudnia 2014

Recenzja XI: Kalendarz 2015 Star Wars

Nie samymi komyksami człowiek żyje, wypadałoby się w całym tym fanowskim szale orientować, jaki jest dzień tygodnia i czemu nie sobota. W nadchodzącym roku pomocą i świetnymi grafikami może służyć nam kalendarz ścienny wydrukowany przez wydawnictwo Ameet z Łodzi.
I weź tu bądź profesjonalistą...
 Kalendarz ma wymiary 30x40cm i można go zawiesić na tych takich metalowych dyngsach, co jest miłe, bo ilekroć kupię kalendarz, który ma po prostu dziurki w kartkach, to gdzieś tak w okolicy czerwca się to wszystko rozrywa i spada na ziemię. Papier kredowy jest bardzo dobrej jakości, bez rys i zagnieceń. Na karcie każdego miesiąca jest mały podgląd na miesiąc naprzód i nazad, pozaznaczane są wszystkie najważniejsze polskie święta i jest kupa miejsca na sporządzanie własnych krótkich notatek.
Rawr. <3 Kapeć nie na sprzedaż.
 A te grafiki, mrrau! Po prostu epickie. Nie mogę się dopatrzeć autora, jest jedynie wzmianka o Lucasfilm, a szkoda, bo wyszperałabym sobie te obrazki i poustawiała na tapecie we wszystkich urządzeniach elektronicznych. Jak rok 2015 dobiegnie końca, nic nie stoi na przeszkodzie, by sobie powycinać te zdjęcia i oprawić w antyramę. Jedyny problem jest taki, że karty zadrukowane są dwustronnie i być może trzeba będzie stanąć przed zajebiście trudnym dylematem: powiesić nad łóżkiem Chewbaccę czy Vadera.
Oczywiście, na moje urodziny
musiał przypaść wookie.
 Swój egzemplarz zakupiłam w księgarni-antykwariace na Piotrkowskiej 149 w Łodzi (prowadzi sprzedaż przez Allegro jako użytkownik korob_pl) w atrakcyjnej cenie 20-kilku złotych polskich, nie pamiętam już ile dokładnie. Widziałam też ten kalendarz w Tesco, tam już jednak kosztował ponad trzy dychy.
Polecam każdemu fanowi!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Recenzja X: Star Wars. Obsesja

„Obsesja” jest komiksem, któremu udała się nie lada sztuka. Z Obi-Wana Kenobiego, postaci, której szczerze nie cierpię, zrobił niezłego badassa. Serio, uwierzyć nie mogłam, że ten skurczybyk w epickiej masce popisujący się na ścigaczu i bez większej refleksji doprowadzający do śmierci ścigających go piratów okazał się być Obi-Wanem.
Tak czy inaczej, fabuła ma miejsce pięć miesięcy przed wydarzeniami „Zemsty Sithów”. Obi-Wan nie wierzy w śmierć Asajj Ventress i pragnie ją znaleźć za wszelką cenę. Zabiera sfochanego Anakina z Naboo i ruszają na poszukiwania, przeżywając po drodze masę przygód i spotykając dużo fajnych postaci, jak mój ulubieniec, Generał Grievous.
Seria liczy sobie pięć dość krótkich zeszytów i zalicza się przez to do kategorii „krótko i zajebiście”. Akcja w żadnym momencie nie zwalnia, ale i nie pędzi bez sensu na łeb, na szyję. Kadry są przejrzyste, a rysunki Briana Chinga dynamiczne i miłe na oka, choć zarażone przypadłością „wszyscy mają wyglądać na GRRROŹNYCH”, co wypada dość zabawnie w przypadku odzianej w zwiewne suknie Padme. Dziwne jest też to, że wszystkie postaci zawsze mówią z zamkniętymi ustami, ale to już trochę czepialstwo.
All in all, oceniłabym tę serię jako bardzo dobrą, mimo słabego zakończenia. Sporo komiksów starwarsowych ma tendencję do tego typu zakończeń, szczególnie, jeśli sprawa dotyczy jakiejś ważnej kanonicznie postaci. A jest to coś w stylu „Umarł! Ale czy na pewno?!”. Takie to jakieś... wymuszone. 

No i znów wyszło króciutko... Cóż. Czasem tak mam, że za cholerę nie umiem się rozpisać.

środa, 3 grudnia 2014

Recenzja IX: Star Wars Empire - The savage heart

Tytuł od razu przykuł moją uwagę, tym bardziej, że historia miała skupiać się na Vaderze. Co prawda bezpośredni zainteresowany na okładce wygląda troszku, jakby miał kaczy dziób, ale coś o tak pięknym tytule nie może być złe, prawda?
Może.
 Cóż, powiedzmy, że „The savage heart” (w polskim, fanowskim przekładzie „Dzika strona ciemności”) to komiks... dziwny. Mówiąc szczerze i bez ogródek: najgłupszy w uniwersum SW, jaki do tej pory czytałam. Nie da się w pełni przedstawić jego... fenomenu bez spoilerowania, więc...
No więc fabuła komiksu przedstawia się następująco: tuż po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci, Darth Vader rozbija się na opuszczonej planecie, gdzie zostaje przywódcą stada jakichś hienopodobnych zwierząt.
Jej, jak się to podsumuje, to brzmi jeszcze idiotyczniej. Ale tak właśnie się dzieje. Darth Vader, jeden z ostatnich lordów Sithów, zostaje przywódcą stada hien po tym, jak zabił ich alfę. CZO.
Matko, jakie to jest dziwne. Nie tylko ze względu na fabułę; strasznie mnie irytuje sposób narracji polegający na tłumaczeniu wszystkiego, co robi bohater. „Vader czuje nienawiść. Vader wie, że musi przetrwać. Vader jest zdeterminowany. Vader jest zły, bo swędzi go nos i nie ma jak się podrapać”. I tak przy każdym kadrze. Ych, serio, nawet jeśli komiks jest kierowany do młodszych czytelników, nie znaczy to, że należy ich traktować jak kretynów.
Kreska (autor: Raul Trevino) również pozostawia wiele do życzenia. O ile Vader i scenografia za nim jeszcze jakoś wyglądają, to wszystkie postaci nienoszące hełmów są wprost karykaturalnie szpetne i miejscami wyraźnie krzywe, jeśli idzie o proporcje. Rzucające się w oczy ślady kredek mają swój urok, ale w połączeniu z całą resztą sprawiają, niestety, dość amatorskie wrażenie.
Mimo to – polecam. Coś takiego trzeba zobaczyć na własne oczy.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Star Wars Month!

Ach, grudzień... Wiecie, na co pora? STAR WARS MONTH!
Dlaczego? Głównie dlatego że mam ochotę. Oficjalnie możemy przyjąć, że to z okazji wyjścia trailera epizodu VII, który zupełnie przypadkowo ujrzał światło dzienne w zeszłym tygodniu. A skoro już przy nim jesteśmy...
Czarny szturmowiec? Dla mnie bomba. Chyba nie ma czarnoskórego aktora, którego bym nie lubiła (pod warunkiem, że przyjmiemy, iż Shaqiulle O'Neal nie jest aktorem), a szturmowcy są TACY SEXY! Ekhm. W każdym razie, nie mam z nim problemu, tym bardziej, że podoba mi się pomysł głównego bohatera-szturmowca. W ogóle dzięki całej aferze wokół jego osoby odkryłam, że w ogóle istnieją trooperzy niebędący klonami Jango Fetta. #kochamswodniedawnaniebijcie
Nowa zbroja szturmowców? Patrzę i patrzę, i za nic nie mogę się w hełmie dopatrzeć ani wąsów, ani uśmiechu. Ba, ten hełm jest jeszcze seksowniejszy od starego. Me gusta.
Ścigacz o lodowym kształcie i droid-piłka? Szczerze mówiąc, nie wydali mi się warci większej uwagi. Zastanawia mnie tylko, jak ten droid działa, jak góra jest połączona z dołem, jak to się kręci?
Sokół Millenium? Czy to znaczy, że w filmie będzie Han Solo? Stary? Hmm... To znaczy Chewbacca też się zestarzał (o ile w tej wersji nie spadł na niego księżyc). Siwy wookie! Siwe fumfle! Kwik! A odgłosy TIE Fighterów nadal są przerażające, mrry.
No i w końcu słynny miecz, który wszyscy nazywają rapierem, ale mi bardziej przypomina claymore (tak, wiem, one są dwuręczne). Cóż, z początku wydawał mi się zajebiście niepraktyczny i stanowiący większe zagrożenie dla użytkownika niż przeciwnika... Ale po namyśle stwierdziłam: hej. Każdy ma swój styl walki. Może ten gościu lubi walczyć z laserowym jelcem, a przede wszystkim: UMIE to robić bez pozbawiania się palców. Kaman, jest użytkownikiem Mocy, nie takie cuda potrafią robić. Twi'lekom się telepią macki na głowie, a walczą bronią świetlną. No i w sumie całkiem epicko wygląda ten miecz. Ale cóż, wiem, że jestem w mniejszości.
Podsumowując: can't wait! Nawet jeśli film okaże się być komercyjną kupą, chętnie się na niego wybiorę nawet i kilka razy. Jestem fanem SW od niedawna, ale muszę przyznać, że mam ciary ilekroć rozbrzmiewa ta charakterystyczna muzyka intra w filmach i grach – nawet przy komiksach ją sobie wyobrażam dla nastroju).
No, a czego się możecie spodziewać po tej tematycznej serii recenzji? Przede wszystkim komiksów i gier, parę innych pierdół też się znajdzie, może poza serialem „Clone Wars”, bo znudził mnie niemożebnie, a jako apogeum, pod koniec miesiąca pojawi się recka niesławnego „Star Wars Holiday Special”. Gdybym miała tyle materiałów, zrobiłabym jakiś kalendarz adwentowy, ale chcę mieć co recenzować za rok. Filmów kanonicznych, to jest epizodów I-VI, NIE tykam. Bo koń jaki jest – każdy widzi, a ten cykl chciałabym zadedykować ludziom zaznajomionym z SW, którym nie trzeba przybliżać zjawiska. A poza tym mi się nie chce.
Tak więc wesołych świąt i niech Moc będzie z wami!

Czy tylko ja uważam, że Jawowie są słodcy?