czwartek, 30 października 2014

Recenzja VI: Sesje RPG

Wchodzicie do ciemnego pomieszczenia. Mroku nie rozpraszają nawet promienie księżyca, skryte za grubą zasłoną chmur. W powietrzu unosi się zapach kurzu i tajemnic. Zaczynacie żałować, że uciekając przed wilkami, porzuciliście bagaż, w którym trzymaliście pochodnie. W tym miejscu jest coś, czego nie potraficie dokładnie zdefiniować, ale sprawia, że macie dreszcze i odczuwacie niepokój.
Ciszę przerywa nagły odgłos: szurnięcie zapałki. Migotliwy płomień w głębi pomieszczenia osiada na knocie świecy. Z mroku wyłania się sylwetka zakapturzonego mężczyzny. Wyciąga ku wam otwartą dłoń, na której spoczywa kilka czarnych kości.
– Witajcie – mówi z szerokim uśmiechem. – Co powiecie na partyjkę DeDeków?
Źródło
Ach, Role Playing Games. Okazja do przeżycia najdzikszych przygód w zaciszu swego domu, a dla mnie – bardzo przyjemna forma terapii. Ale po kolei.
Podstawy są we wszystkich systemach takie same: jest Mistrz Gry, są gracze, którzy tworzą swoich bohaterów i wszyscy razem uczestniczą w grze wyobraźni. Z tego, co widziałam w niektórych kulturoznawczych tekstach, niektórzy porównują to do przedstawienia teatralnego, no i coś w tym jest. Gracze to aktorzy odgrywający swoje postaci, a MG jest reżyserem, który wymyśla zarys fabuły i utrzymuje wszystko w ryzach, żeby było sprawiedliwie (lub nie, zależy od Miszcza). Na całym świecie jest systemów jak mrówków, więc nie ma takiej opcji, by ktoś nie znalazł czegoś dla siebie. Najsłynniejszym i zarazem będącym swoistym prekursorem gatunku, jest Dungeons and Dragons, o którym słyszeli chyba nawet najbardziej zagorzali ignoranci w dziedzinie fantastyki. Pełen głupot, galaretowatych sześcianów i pokrętnej mechaniki, a mimo to wciąż jeden z najpopularniejszych. Miałam okazję grać w D&D (usprawnione) raz i bardzo ciepło wspominam tę sesję. Ten świat jest tak rozkosznie stereotypowy! Ludzie, elfy, krasnoludy, gnomy! Paladyni, zbóje, magowie! Ogromne szczury, wilki, smoki! Questy zdobywane w karczmie, księżniczki więzione w wieżach, skrzynie, które mogą cię pożreć! Czego tu nie ma, czego tu nie lubić?
Oczywiście, nie samą fantastyką człowiek żyje i jeśli ktoś ma ochotę, może zagrać w coś w klimatach postapo, Dzikiego Zachodu, dalekiej przyszłości lub przeszłości. Najbardziej chciałabym polecić Amber: Diceless Role Playing Game. Od razu rzuca się w oczy słówko diceless. W doskonałej większości systemów, kości są idealnym sposobem na zachowanie równowagi w grze. Bez nich, wszystko leży w gestii waszego szczęścia (jako statystyki, choć w życiu też się przyda) oraz Mistrza Gry. Stąd pierwszy problem: znaleźć ogarniętego MG. Jak już to się uda, Amber oferuje nieskończone możliwości. Naprawdę. Możesz być Vaderem z odległej galaktyki. Możesz być Twilight Sparkle z Equestrii. Możesz być Twilight Vaderem z Equestrii. Możesz mieszkać, gdzie ci się podoba. Możesz mieć zdolności i magiczne przedmioty, jakie tylko chcesz. Lecz pamiętaj, że wielka zajebistość to wielka odpowiedzialność, za którą płaci się punktami szczęścia...
No, ale co to za radość z sesji, gdy nie odbywa się w gronie zaprzyjaźnionych, przeszkadzających sobie nawzajem graczy? I to jest kolejny problem: skrzyknąć lud w jedno miejsce o tej samej porze. Na szczęście problem ten zmalał do minimum, od kiedy pojawił się Skype. Co prawda to nie to samo, co grać w środku nocy na działce przy świetle świec, ale na bezrybiu i tak ryba, a o odpowiedni klimat – jaki komu odpowiada – można zadbać we własnym zakresie. Choć babcia wchodząca bez pukania do pokoju i pytająca, czy zjesz racucha, potrafi... cóż, rozładować atmosferę.
Wspominałam o działaniu terapeutycznym. Otóż taka na przykład ja choruję sobie na depresję i fobię społeczną do kompletu. Kiedy luby namawiał mnie do brania udziału w sesjach RPG na Skypie, myślałam, że ocipiał. Od tamtej pory minął już ponad rok... i na każdą sesję czekam z niecierpliwością. Perspektywa rozmawiania z kimś, kogo nie widzę z początku wydawała mi się przerażająca – hell, jak dzwoni telefon to udaję, że nie słyszę, bo boję się odebrać – ale po jakimś czasie przełamałam się i potrafię już zabierać głos bez lęku. Samo odgrywanie postaci też jest bardzo pouczające. Na sesji robię to, co uważam, że pasuje do charakteru mojej postaci, więc aby popracować nad sobą, stworzyłam pewną pyskatą kobitkę... i obecnie awansowała do rangi mojej ulubionej postaci, którą wprost uwielbiam odgrywać. W kontrolowanych warunkach mogę trenować swoją asertywność, a jak przesadzę, to wystarczy przeprosić i nic się nie stało, bo w końcu to tylko odgryw – ale doświadczenie pozostaje.
Nie umiem w zakończenia, więc do widzenia.

PS Bezczelna reklama: luby tworzy autorski system w uniwersum Gwiezdnych wojen, zapraszam, polecam, 10/10! http://swawatar.blogspot.com/

Recenzja V: Gęsia skórka

Halloween!

Jednym z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa jest nocowanie z kuzynkami i opowiadanie sobie strasznych historyjek. Jak wszystkie dzieciaki, uwielbiałyśmy ten dreszczyk emocji, nieważne czy opowiadałyśmy o czarnej Wołdze czy Elżbiecie Batory. Prawdziwych horrorów rodzice nie pozwalali nam oglądać... ale nie szkodzi, bo wystarczająco się bałyśmy przy Gęsiej skórce.
Jeśli słyszysz tę melodyjkę, twoje dzieciństwo było zajebiste.
 Wyprodukowany w latach 1995-1998 serial oparty jest na prozie R.L. Stine'a, człowieka nazywanego „Sthephenem Kingiem horrorów dla dzieci”. I odnosi się to zapewne tak do przerażających treści, jak i absurdalnych rozwiązań fabularnych.
Mimo jednolitej formuły (dzieci są dziećmi -> dzieje się coś dziwnego -> dzieci próbują odkryć tajemnicę -> tajemnica odkrywa dzieci -> AAA!), każdy odcinek oglądało się z przyjemnością i wypiekami na twarzy. Już sama muzyka z intra wystarczała, by przyprawić o dreszcze.
Głównymi straszakami w Gęsiej skórce były przeróżne monstra. Wilkołaki z sąsiedztwa, dziadek-wampir, potwór z bagien... Całe szczęście, że serial powstał w czasach, w których efekty komputerowe ograniczały się do napaćkania błysków na kliszy i oszczędzono nam bardziej śmiesznych niż strasznych potworów w stylu Langolierów. Wszystkie pojawiające się na ekranie maszkary to świetne kukły lub aktorzy z bardzo udaną charakteryzacją. Niektóre potworki były zbyt niedorzeczne, by mogły wydawać się straszne, ale pełno było takich, które śniły się po nocach. Bohaterem odcinka, którego bałam się najbardziej, była... krwiożercza gąbka. Krwiożercza. Gąbka. Taka do zmywania. Gąbka. ALE ONA BYŁA PRZERAŻAJĄCA!
It came from beneath the sink!
 Nie, koniec recki, boję się. A nostalgia nakazuje mi szukać odcinków online. Bo, jak powszechnie wiadomo, czasem naprawdę fajnie jest się porządnie wystraszyć.

poniedziałek, 27 października 2014

Recenzja IV: Arena Albionu

W życiu każdego miłośnika fantastyki przychodzi taki moment, kiedy zastanawia się, jak by to było żyć w quasi-średniowiecznej rzeczywistości. Zamki, zbroje, piękne suknie, potwory do utłuczenia, majątki do zarządzania... Cóż za idylliczny obraz! Jak wspaniałe musi być takie życie, pełne przygód i lembasów popijanych winem!
Cóż... jeśli życie w takim uniwersum wyglądałoby tak, jak wygląda w Arenie Albionu, pierwsze, co bym zrobiła, to dała się pożreć cerberowi.
...i wszystko jasne.
 Jakem leniwa dupa, zapisałam się na sporą ilość portali typu „wypełniaj ankiety, a po paru latach zbierzesz dość punktów, byśmy ci dali kilka dych”. Jednym z takich portali jest InClick – serwis, na którym zleca się studentom różne dziwne zadania do wykonania. Najwięcej, niestety, jest szajsu polegającego na marketingu szeptanym, ale zdarzają się też prace edytorskie, graficzne... i polecenia zagrania w jakieś gry (przy okazji przestroga: nie przyjmujcie zleceń od jednego takiego gnojka, który nie potrafi jednego zdania po polsku sklecić, każe się rejestrować w grach z linków referencyjnych, po czym odrzuca wszystkie dowody i nie zalicza zadania – ale w grach bonusy za polecenie dostaje). Jednym z takich zleceń, całkiem wysoko punktowanych, było zagranie w Arenę Abionu i dostanie się na dziesiąty level. Uznałam, że pff, co to za wielkie mecyje, wbić level w głupiej gierce przeglądarkowej. JAKŻE WIELKI POPEŁNIŁAM BŁĄD.
Zacznijmy od tego, że nie ma tu żadnego wprowadzenia ani tutorialu. Nowy gracz jest wrzucany prosto w nieprzyjazny świat pełen liczb, zmiennych, liczb, niepoprawnej polszczyzny i jeszcze paru liczb – z czego NIC nie jest wyjaśnione. Doświadczenie z innych gier podpowiada: zgarnij złotko, kup ekwipunek i idź do lasu nabijać expa na dzikach. Sklep z wyposażeniem? Ni ma. Możesz kupić tylko żarcie i medykamenty. Jest kowal, pewnie u niego można kupić jakiś nędzny sztylet. Błąd! U kowala możesz sobie takowy co najwyżej wykuć – jeśli masz surowce i doświadczenie. Skąd wziąć surowce? Z tak zwanej dupy! Kupić się nie da, znaleźć bardzo, ale to bardzo ciężko. Niektóre surowce, jak np. skóra, da się pozyskać po wygranej walce z jakimś zwierzęciem. Okej, hajda wio, do lasu! Kto wie, może uda mi się ukatrupić jakiegoś stalowego golema, którego mogłabym przetopić na miecz? A tu znowu lipa. Tur – zabił mnie. Dzik – zabił mnie. Jeleń – zabił mnie. Zając – zabił mnie. Lis – zabił mnie. Screw you guys, I'm going home. Zaraz, nie mogę nigdzie iść, bo nie mam w ogóle punktów zdrowia. Gdyby jakiś szybki samouczek raczył mi powiedzieć, że byle zając może mnie zagryźć na śmierć tak, że bez syropu leczniczego nie doczłapię z powrotem do wioski, byłoby bardzo miło. No i kicha, trzeba czekać do pełnej godziny, aż się statystyki same trochę zregenerują. Pierwszych kilka minut, a ja już mam ochotę cisnąć laptopa w czeluście Góry Przeznaczenia.
Szybki gugiel wykazał, że warto nachapać się doświadczenia na arenie. Goły i bez broni z nikim nie wygrasz, ale nie szkodzi, bo i tak zdobywasz więcej expa za przegraną, niż twoi przeciwnicy za wygraną. Przynajmniej do czasu, gdy zdobędziesz któryś już poziom i zaczniesz przegrywać z przeciwnikami poniżej twojego – wtedy za każdy pojedynek dostaje się punkty ujemne... Kiedy jakimś cudem wdrapałam się na VII poziom, ucieszona zgarniałam po 10 ikspeków za każdą walkę, aż tu nagle wygrał ze mną ktoś na poziomie III (cóż, nietrudno wygrać z kimś, kto jest kompletnie nagi i bez broni) i od mojej puli zostało odjętych 80xp. Szlag mnie trafił przenajświętszy. Poszłam do lasu, natknęłam się na przepiórkę i... święci pańscy, ZABIŁAM JĄ! Za całego jednego ikspeka!
No, ale w końcu gry to nie tylko mechanika, prawda? Zawsze jest jakaś historia, fabuła, nawet nic nie wnoszący do rozgrywki, ale przyjemnie brzmiący fluff.
Cóż... To jest przykład takiego tekstu, w którym cytaty mówią same za siebie.
„Ciemno, zimno i mokro... ja chcę do mamusi!”
Ohhhh oHHHH ............. !!! Natknąłeś się na człowieka z lasu !”
Miłość i pieczary to dwie sprzeczności, miłość łamie serce a boks kości.
Brrrr...Brrrr... Myszy zjadły Ci zupa
Być albo brać - oto jest pytanie... chyba wezmę sobie jakąś 'pamiątkę' i spadam do gospody”
Znalazłeś wodę ale nie masz gdzie to włożyć
„Jeśli małpa jest człowiekiem, któremu się nie wiedzie to musze zacząć jeść banany
Nudzi Ci sie? Lec do Biedronki! 
Średniowiecze jak w mordę strzelił!
Tak zaś jest zilustrowany człowiek z lasu. NAPRAWDĘ.
No i kurde problem, bo miało być bez wylewania kubłów pomyj. Hmm, cóż... Admini wspierają WOŚP?
Być może jest tu jakiś geniusz, którego nie dostrzegam. Być może jest to gra przeznaczona dla bardzo wąskiego, hermetycznego grona, w którym wszystko jest tu świetne. Jedno wiem na pewno: nic, kuźwa, dziwnego, że nowych graczy muszą sobie kupować na InClicku!

środa, 22 października 2014

Puch puch

Nie ma recki, bo depresja. Jest za to mnóstwo terapeutycznych królisiów.
Anegdota z życia studenta zarabiającego na dziwnych zleceniach: Arena Albionu to gra, która wszędzie ma maksymalne oceny i huraoptymistyczne opinie, Winifreda zaś uważa ją za najbardziej chujową grę przeglądarkową w całych internetach i zastanawia się, z kim tu jest coś nie tak.











środa, 15 października 2014

Recenzja III: Wedel KarmelLove

Nie wszyscy lubią czekoladę. Nie wszyscy lubią karmel. Nie wszyscy lubią jedzenie tak słodkie, że na sam widok zęby próchnieją, a poziom cukru we krwi wzrasta o 300%.
Dla wszystkich pozostałych powstała czekolada Wedel KarmelLove.
 Bez przesady i totalnie szczerze: to najlepsza czekolada, jakiej kiedykolwiek próbowałam. Jest lepsza nawet od pralinek Lindta, które do tej pory figurowały na szczycie mojej listy ulubionych słodyczy. To o tyle zaskakujące, że ogólnie Wedel nie jest moją ulubioną marką czekolad, szczególnie te nadziewane nie robią na mnie wrażenia. Byłam też w Pijalni Czekolady w Manufakturze, zamówiłam czekoladowo-waniliowy mus i okazał się być wprost obrzydliwy (przynajmniej gałka lodów waniliowych była dobra). Jednak zaprawdę powiadam wam: kto lubi karmel, ten nigdy nie będzie miał dość KarmelLove.
Opcje są trzy. Bez dodatków, z solonymi orzeszkami i z kruszonymi wafelkami. Klasyczna jest, oczywiście, zajebista. Kruszone wafelki też są dobre, ale pupy toto nie urywa i wybrałabym raczej opcję bez nich, bo na dobrą sprawę niewiele się od siebie różnią, wafelków prawie nie czuć. Solone orzeszki zaś mogą budzić pewne obawy – no bo jak to, sól w czekoladzie? Cóż, nie należę do zwolenników tych wszystkich hipsterskich połączeń typu czekolada z chilli lub bekon z Nutellą (TO NIE ŻART) i zapewne miałabym sporo wątpliwości, gdyby nie to, że kiedyś udało mi się upolować czekoladę Alpen Gold z solonymi płatkami i była przepyszna. KarmelLove z orzeszkami przypadnie do gustu tym, którzy nie lubią, jak coś jest zbyt słodkie: sól przyjemnie równoważy niewiarygodną słodycz karmelu.
Powstało jeszcze wedlowskie Ptasie Mleczko w tym smaku, ale jako że nie cierpię ptasiego mleczka, nie pokuszę się. Chyba że ktoś by mi pozwolił obrać każdego cukierka z czekolady i zostawić piankę.
Tu miało być zdjęcie elegancko ułożonych na sobie kostek,
ale nie mogłam się powstrzymać.
Moją uwagę przykuł zamieszczony na opakowaniu przepis na napój. Łatwizna: 250-350ml mleka, dwie tabliczki KarmelLove, zagotować, rozpuścić, wypić, umrzeć na cukrzycę. Dla mnie bomba! Dziarskim krokiem udałam się do Tesco, a tu... NI MA! W miejscu, w którym poprzedniego dnia stały dwa pełne pudła tego pokarmu bogów, ziała straszliwa pustka. Obeszłam wszystkie spożywczaki w okolicy, lecz bez skutku. Morał z tego taki: jak tylko gdzieś zobaczycie, bierzcie ile wlezie! To jest tak pyszne (i tak bosko pachnie...), że rozchodzi się w trymiga.

niedziela, 12 października 2014

Recenzja II: Magicka

Wyobraź sobie, że jesteś czarodziejem. Masz piękną szatę, kostur i niemagiczną broń, tak na wszelki wypadek. Dołączasz do drużyny podobnych sobie, uzdolnionych i żądnych przygód adeptów sztuk magicznych. Pod batutą waszego mentora – Vlada (który nie jest wampirem) – ruszacie w trasę. Waszym pierwszym przeciwnikiem jest ogromny, nieprzyjemnie wyglądający troll, z którego mordy zwisają resztki łosia i chyba nawet jednego wieśniaka. Jednak zanim zdołacie zadać mu choć jedną ranę... wszyscy giniecie od rykoszetu waszych własnych zaklęć.
Taka właśnie jest Magicka. I za to pokochało ją już ponad milion osób na całym świecie.
Z pitolenia technicznego: Magicka to fabularna gra akcji wydana w 2011 roku przez studio Paradox Interactive. Do tej pory wyszły do niej w sumie dwadzieścia dwa dodatki/DLC, a w tym roku zapowiedziana została druga część. Jej inną odnogą jest Magicka: Wizard Wars, gra MOBA wydana w formie free to play. Jeśli nie jesteście pewni, czy chcielibyście kupić Magickę, Wizard Wars może być niezłym sprawdzianem – nie jest identyczna, zdecydowanie, ale pozwoli wam za darmo przetestować mechanikę i zapoznać się z systemem magii.
Jak już wspomniano: jesteś czarodziejem. Ale nie byle jakim. Nie ograniczają cię takie pierdoły, jak limit many. Masz dostęp do ośmiu szkół magii, które możesz niemal dowolnie łączyć; wiadomo, wykluczających się żywiołów, jak lód i ogień, nie połączysz za żadne skarby. Z kombinacji maksymalnie pięciu elementów możesz stworzyć zaklęcie i eksperymentowanie z nimi to najlepsza część gry. Nierzadko podczas rozgrywki zdarza mi się zakrzyknąć: „Ale super czar zrobiłam! Jak ja to zrobiłam?!”. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że możliwości są ogromne. Bariera z wybuchających, lodowych kolców? Da się zrobić! Ognisto-tajemny promień laserowy? Żaden problem! Leczący kamienny pancerz? Proszę bardzo! Oprócz standardowych czarów, można nauczyć się zaklęć specjalnych, tzw. „magicks”, z ksiąg porozrzucanych na mapie. Te mają specjalne efekty, jak na przykład przyspieszenie albo deszcz meteorytów. Ale to WCIĄŻ nie wszystko! Przy rozpoczęciu gry, wybierasz swoją szatę, których po zainstalowaniu wszystkich DLCków jest aż 26, a każda ma swoje plusy, minusy i unikalną broń, która TEŻ ma swoje specjalne właściwości. MAŁO TEGO! Kostury i broń drugorzędną możesz zmienić, gdy tylko znajdziesz jakieś na mapie... lub zabijesz ich właściciela.
Mam Mjölnira i nie zawaham się go użyć!
Co do zabijania... Owszem, przygodę można rozegrać w pojedynkę, jednak nie dość, że na późniejszych levelach staje się to nie tyle piekielnie trudne, co wręcz niemożliwe, to na dokładkę gra solo nie jest nawet w połowie tak śmieszna i wciągająca, jak w trybie multi. Drużyna może składać się z maksymalnie czterech czarodziejów. Należy przy tym pamiętać, że opcja wyłączenia friendly fire nie istnieje. I o to chodzi! Umieranie jest nieodłączną częścią rozgrywki. Nieważne, czy postanowisz poeksperymentować z zaklęciami na przyjaciołach czy zupełnie przypadkiem wysadzisz ich w powietrze, czy też zechcesz odegrać się na bucu, który wziął sobie ognisty miecz, na który TY miałeś ochotę. W 90% przypadków śmierć następuje z rąk członków drużyny, zamiast napotykanych po drodze wrogów. Jeśli za bardzo się człowiek zapomni w przerabianiu sojuszników na malowniczo wybuchające, mięsne puzzle i nie zdąży ich wskrzesić, zanim sam zginie, całą drużynę cofa do ostatniego checkpointu.
Wraz ze wszystkimi dodatkami, do rozegrania jest kilka kampanii, każda po kilka rozdziałów. Za każdym razem ku przeznaczeniu prowadzi was mentor z akademii czarodziejów, Vlad (który nie jest wampirem). Fabuła nie jest bardzo istotnym elementem gry (bo przecież ważniejsze jest rozwalanie soju... znaczy, przeciwników), ale jest dodatkowym, bardzo fajnym smaczkiem z uwagi na humor i odniesienia do innych tworów fantastyki, których jest na pęczki. Do moich ulubionych zalicza się księga o tytule „Tom's Marvelous Book of Riddles”. No i nie wspominając o szatach – czy też szlafrokach, jak lubią je nazywać napotykane postaci. Mamy strój kultysty Cthulhu, zombie z Half-life'a, zbroję space marine, Victora von Dooma, metalowca z gitarą... i masę innych. Jedyne, czego mi tu brakuje, to szata Jedi, ale zapewne winne są tu problemy z prawem autorskim. Niemniej, nie traćmy nadziei.
To tylko kilka przykładów tego, jak epicko możesz wyglądać.
Warto wspomnieć o sterowaniu, które z początku może wydać się trochę skomplikowane i opanowanie go do perfekcji trochę potrwa. Trochę długo. Generalnie to najlepiej byłoby mieć osiem palców u dłoni, by zawsze mieć w pogotowiu każdy z żywiołów, wtedy wystarczyłoby już tylko ogarnąć, że po naciśnięciu ŚPM zaklęcie rzuca się na siebie (uwaga z przywoływaniem spadających głazów), PPM to celowanie w przeciwnika, shift+PPM to użycie broni, spacja to rzucenie magicksów... Na dobrą sprawę wiele tego nie ma, ale w praktyce szybko okazuje się, że bardzo łatwo wszystko ze wszystkim pomylić. No, ale na dobrą sprawę umieranie tu jest bardziej śmieszne niż frustrujące, więc wszystko gra.
Tak więc nie trać czasu, przywdziej szlafrok, łap za kostur i hajda wio! Podążaj za Vladem – nie wampirem – i staw czoło przeznaczeniu! I pamiętaj: the safe word is BANANA!

piątek, 10 października 2014

Recenzja I: Kompendium wiedzy smokologicznej

Nie wiem jak wy, ale ja lubię się czasem oderwać od rzeczywistości. No dobra, prawdę mówiąc, to non stop jestem oderwana od rzeczywistości. Na przykład: zawsze, gdy jadę pociągiem, samochodem lub jakimkolwiek innym środkiem transportu, wyobrażam sobie, że obok drogi pędzi smok. Jego obecność nie pełni żadnej istotnej roli, po prostu sobie zachrzania, przelatuje nad przeszkodami i wspina się na budynki, by dotrzymać mi kroku. Smoki lubię też wyobrażać sobie na wyjątkowo nudnych wykładach – wpadają na salę przez okno i robią totalny rozpiździel. I znów: sensu w tym żadnego, ale po prostu fajnie udawać, że smoki istnieją i urozmaicają nudny krajobraz. No i gdyby naprawdę żyły... wreszcie mogłabym, parafrazując popularne jakiś czas temu w internetach powiedzonko, je**ć studia i zostać smokologiem.
Właśnie dla takich ludzi powstała książka „Doktora Ernesta Drake'a kompendium wiedzy smokologicznej”.
Zaczęło się od serii Ology World, w skład której wchodzą ładne, duże, bogato ilustrowane książki dla dzieci, traktujące o przeróżnych -logiach: „Piratologia”, „Dinozaurologia”, „Magiologia” i najbardziej obszerna z nich – „Smokologia”. Na temat tej ostatniej w Polsce (oryginalna, angielska seria jest o wiele, wiele bogatsza i obejmuje nawet gry: planszową i na Nintendo DS) wydane zostały trzy interaktywne książki (mówiąc interaktywne mam na myśli zawierające ruchome elementy takie jak listy, miniksiążeczki i modele do składania oraz próbki sztucznej „smoczej skóry” i tego typu pierdolniki), dwie powieści młodzieżowe z cyklu „Kroniki smokologii” (do których kiedyś też się dobiorę, nie ma bata) oraz „Kompendium...” właśnie.
Pierwsze, co się rzuca w oczy, to zachwycające wydanie. Wszystko mi się w nim podoba, a najbardziej chyba papier: gruby, szorstki i tak CUDNIE PACHNIE. W połączeniu z pięknymi, bogatymi w detale ilustracjami i czytelnym składem, każda strona tej książki to uczta dla oka, nawet dla kogoś, kto wolałby smoki szlachtować niż hodować.
A właśnie do potencjalnych młodocianych hodowców i badaczy smoków skierowana jest treść. Żaden wannabe rycerz nie znajdzie tu wskazówek, jak upolować gada, za to gdyby chciał takowego obłaskawić i dosiadać, powinien zasiąść do lektury czym prędzej. Książka udaje, że jest odnalezionym manuskryptem z początków XX wieku, w których to czasach wciąż spotykało się smoki na każdym kroku. To znaczy autor utrzymuje, że strasznie trudno było wytropić jakiegokolwiek smoka, ale wystarczy spojrzeć na spis treści, by dojść do wniosku, że jest to bujda resorach; w kompendium opisanych jest dwadzieścia ras smoków i cztery pseudosmoki. Dwadzieścia cztery gatunki rozsiane po całej ziemi, z czego co najmniej połowa rozmiarami przewyższająca słonia i aktywnie polująca na dużą zwierzynę. I staracie się mi wmówić, że znaleźć smoka nydyrydy, podczas gdy jedną z ras jest gargul, stwór udający gargulce w centrum Paryża? No chyba nie. Z drugiej strony, przewija się aspekt ochrony środowiska et cetera, bo smoki są na wymarciu i byłaby wielka szkoda, gdyby zniknęły z tego świata, więc nic dziwnego, że trudno znaleźć smoka, bo w sumie ciężko się natknąć na wymarły gatunek. Ale z drugiej strony, co ja tam wiem o tropieniu fantastycznych stworzeń.
Każda smocza rasa
W swoim kącie hasa...
Informacje na temat każdej rasy i trybu życia smoków są na tyle przystępne, by nie stracić zainteresowania docelowego, małoletniego odbiorcy, a jednocześnie na tyle obszerne, by zadowolić i tych starszych. Oprócz stylizowanych na prawdę fantazji o życiu smoków na Ziemi, książka potrafi przekazać sporo wiedzy, którą można odnieść do prawdziwie istniejących zwierząt: opisane są sposoby żerowania, techniki ataku i zdobywania pożywienia, kamuflażu, nie wspominając o rozdziale poświęconemu smokowi z Komodo (aczkolwiek wciąż niezaktualizowanego o najnowszą wiedzę, że warany te jednak mają jad). To ciekawa lektura, także dlatego, że dla kogoś naprawdę zafascynowanego fantastyką i zwierzętami, jest to okazja do zrobienia „Pff! Ja bym wymyślił lepszą biologię” i oddania się rozmyślaniom na temat prawdziwej smoczej natury. I wiem, że nie taki był cel tej książki, ale brakuje mi w niej jakiejś faktycznej historii smoczego mitu albo chociaż zbioru najciekawszych legend z całego świata. No bo w końcu gdyby smoki naprawdę istniały, to na podstawie legend i podań ludowych można przeprowadzić mnóstwo arcyciekawych badań, choćby jakąś analizę porównawczą. But nope. Zamiast tego musimy się zadowolić rozdziałami o smoczych chorobach i zastosowaniach smoczego łajna. Jedyne, co dostajemy, to króciutkie wzmianki o świętym Jerzym czy smoku wawelskim. Trochę szkoda. Sporo w tym zmarnowanego potencjału.
Jako nowoczesny dodatek, książka posiada specjalną właściwość (magiczną, jak kto woli). Wystarczy przysunąć pod internetową kamerkę stronę z rysunkiem smoka europejskiego, a bestia ożyje na naszych oczach. Niestety, smok jedynie śpi i chrapie i nie można z nim wejść w żadną interakcję. TO by było naprawdę super, móc go podrażnić albo zagrać w jakąś prostą grę.
Mały smoczek mocno śpi
My się go boimy, na palcach chodzimy
Jak się zbudzi to... nie zrobi nic
Podsumowując, to ciekawa pozycja, która sprawdzi się jako prezent dla smoczego maniaka w każdym wieku. Albo dla miłośnika pięknie wydanych książek, choć tu problemem może być dziwaczny, kwadratowy format – no bo jak toto zmieścić na półce?

wtorek, 7 października 2014

Straszliwie nudna notka powitalna

Witajcie! Jestem Winifreda i walczę z nudą codzienności, by sprawiać innym nieco radości!

Tym oto rymem częstochowskim zaczynam swoją przygodę z blogiem recenzenckim i mam nadzieję, że nie zraziliście się na tyle mocno, by już nigdy więcej tu nie zajrzeć. Nad swoim zawołaniem muszę jeszcze popracować, a tymczasem postaram się wam przybliżyć, czym będę się zajmować na tym blogu.

Będę recenzować.
Uściślijmy zatem: co właściwie będę recenzować?
Książki.
Gry.
Filmy.
Imprezy kulturalno-geekowskie.
Pory roku.
Zwierzęta.
Parki.
Sklepy.
Pogodę.
Zabawki.
Czasopisma.
Jedzenie.
I wiele innych dupereli, które w tej chwili nie przychodzą mi do głowy. Mówiąc w skrócie, będę pisać o wszystkim, co tylko zainteresuje mnie na tyle, że uznam, iż jest godne recenzji. Ktoś spyta: na **uj mi recenzja pory roku?! A ja mu odpowiem: nie wiem, ale czy nie byłoby śmiesznie napisać takową? Nie spodziewajcie się po tym blogu niczego poważnego - powagę uważam za chorobę śmiertelną i gorliwie zwalczam jej przejawy. Nie oznacza to jednocześnie, że wszystkie zamieszczone tu teksty będą huraoptymistyczne, co to, to nie, ale nie będzie tu miejsca na żadne sfrustrowane wylewanie wiadra pomyj. Nie będę się też ściśle trzymać reguł pisania idealnych recenzji, bo reguły są nudne i ograniczające. Więc w zasadzie na tym blogu będą ukazywać się recenzje, które nie są tak do końca recenzjami. Ale będzie śmiesznie (mam nadzieję).

Tyle słowem wstępu, w następnym odcinku na rozgrzewkę będzie o pewnej smoczej książce, bo skoro w nagłówku widnieje księga, to i książkę wypada na początek przeanalizować, a potem - kto wie? Może recenzja dorosłości? Albo kasztanowców?