czwartek, 10 sierpnia 2017

Recenzja LVI: Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam trailer tego filmu, jedną z rzeczy, które wiedziałam na pewno, było to, że MUSZĘ to zobaczyć w kinie. Drugą – że prawdopodobnie wyjdę z niego rozczarowana. Okazało się, że myliłam się w przypadku tego ostatniego.
Plakat kojarzący się ze starłorsami jest
najlepszy.
W zasadzie dostałam to, czego chciałam: fantastyczne eyecandy w kosmosie. Ciekawi obcy, futurystyczne lokacje, przepiękne efekty specjalne (choć w niektórych lokacjach, szczególnie w scenach na bazarze, momentami to, co pojawiało się na ekranie było boleśnie paskudne, jakby nagle filmowi urwało od budżetu). Nie nastawiałam się na światowe kino, chciałam blockbustera i dostałam blockbuster.
I muszę powiedzieć, że kompletnie nie rozumiem batów, jakie ten film zbiera.
Czuję delikatny zapaszek Avatara...
W większości opinii, jakie poznałam przed obejrzeniem filmu, przeważało zdanie, że wszystko ssie, ale główni bohaterowie są zajebiści. Ja z kolei odniosłam dokładnie odwrotne wrażenie: że wszystko jest fajne, ale główni bohaterowie są NIE DO ZNIESIENIA.
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z najgorszym schematem „miłosnym”, jaki tylko istnieje w mediach wszelakich: „Nienawidzę cię, jesteś głupi, śmierdzą ci stopy, nigdy za ciebie nie wyjdę CAŁUJ MNIE”. Omfg, jak mnie to wkurzało przez caluteńki seans. Od pierwszych sekund było wiadomo, jak to się skończy. Dodatkowo, Valerian to nudny pyszałek, a Laureline to taki trudny do określenia typ aroganckiej, pretensjonalnej dziewczyny, która może i jest typem silnej postaci kobiecej (choć ta teza upada w wielu, WIELU scenach), ale jest to jednocześnie nieznośna bucera, która w założeniu miała być chyba intrygująca, ale kompletnie taka nie jest.
No i absolutnie nie kupuję tego, że tacy gówniarze są majorami. Może i aktorzy mają 24 (Cara Delevingne) i 31 (Dane DeHaan) lat, ale wyglądają na szesnastolatków, koleś grający Valeriana nawet wygląda młodziej od Laureline. Z drugiej strony, nawet by mi to nie przeszkadzało – hej czasy się zmieniły, jesteśmy w kosmosie, może to normalne, że takie młodziki brylują jako ważniaki w wojsku, a może rozwój technologii i medycyny pozwalają na zachowanie nastoletniej buziuchny na czterdzieści lat naprzód, a może po prostu jestem bucem i się czepiam  gdyby nie fakt, że z jakiegoś powodu film usiłuje sprawiać wrażenie, jakby główną osią fabuły był właśnie ten durny, gówniarski romans między nimi.  Może to efekt chęci dotarcia do tłumów nastolatków i nastolatek, zafascynowanych tworami YA?
Tak, wiem, komiks et cetera. W życiu o nim nie słyszałam, ale po obrazkach widzę, że komiksowy Valerian wygląda na DUŻO starszego niż portretuje go film.
Jak tylko zobaczyłam naszych słodkich protagonistów
w trailerze, jęknęłam "O nie", spodziewając się najgorszego.
Nie pomyliłam się.
Do samej fabuły nie mam większych uwag, może poza małym marudzeniem na antagonistę, który jest jednym, wielkim zmarnowanym potencjałem. Z uwagi na jego czyny, można było z niego zrobić naprawdę świetną postać, głęboką, interesującą. Zamiast tego dostaliśmy typowego szwarccharaktera, który w wolnych chwilach zapewne topi małe szczeniaczki.
Zamarudzę też na zwierzątko, które połyka przedmioty, a potem... cóż, wysrywa setki ich kopii. Co prawda nie wypadają bezpośrednio z odbytu, ale i tak nie sposób porównać to z czymś innym. Dlaczego twórcy uznali, że coś takiego powinno być bardzo ważnym elementem fabuły? Ciężko traktować to poważnie.
Najlepsza scena w całym filmie: różne nacje ludzi,
a następnie obcych, symbolicznie podających sobie ręce.
Poza tym jednak... to nie był zły film. Naprawdę. Widziałam wiele dużo, dużo gorszych filmów z podobnym budżetem, które były totalnym dnem i świat się nimi zachwycał jak pojebany. Dlaczego akurat TEN film dostaje takie cięgi, mimo że nie wydaje mi się, by istniał jakikolwiek aspekt, który tak bardzo mógł go ciągnąć na dno?
Nie wiem i zapewne się nie dowiem. Pozostaje mi wzruszyć ramionami i poczekać na DVD, by je zakupić i radośnie oglądać w domowym zaciszu wszystkie te piękne komputerowe twory.

niedziela, 23 lipca 2017

Recenzja LV: Tajemnica Nefrytanii - Katarzyna Petrykowska

Serio, autorko? Wystawiasz własnej książce ocenę 10/10 i nawet się z tym nie kryjesz? Nawet Michalak nie jest tak bezczelna.
Strong Ferrin vibe.
Mimo tego, powieść ta przyciągnęła moją uwagę, bo (poza tym, że jestem masochistką i złe selfpuby to moje guilty pleasure) bardzo lubię motyw podróży do innego świata. Mało tego, po darmowym fragmencie okazało się, że w tym przypadku jest to świat gry komputerowej. Po moich ostatnich doświadczeniach z selfpubami o podróży do świata gier pewnie powinnam była pójść po rozum do głowy i olać sprawę cienkim sikiem, problem w tym, że mam okropną słabość do tego typu historii: nieszczęśliwa na Ziemi dziewczyna/dziewczynka, która idzie do świata fantazji i tam ratuje świat, przeżywając masę przygód... Kurde, sama mam takie opko na koncie, napisane w wieku dziewięciu lat, więc siła sentymentu jest mocna. Nie mogłam NIE przeczytać Nefrytanii.
No i cóż... nie ma zaskoczenia, to zła książka jest. Błędy na każdej stronie („Proca Struża”, „Niedobrze, oj, nie dobrze...”, interpunkcja w cały świat, kompletna nieumiejętność poprawnego zapisu dialogów etc.), Fetysz Pisania Wszystkiego Z Wielkich Liter, niespójność świata przedstawionego, fabuła, która sprawia wrażenie wymyślanej na bieżąco, niewiarygodny infantylizm nawet jak na powieść kierowaną dla dzieci... Nawet ilustracje są koszmarne, jest ich jakieś pięć na krzyż i co jedna, to gorsza od poprzedniej.
Żeby nie być gołosłowną...
Główną bohaterką jest Larysa, dziewczę w wieku bodaj czternastu lat, bardzo nieszczęśliwe z powodu ojca, który ją zostawił, matki-pijaczki, która sobie z tą sytuacją nie radzi oraz szkolnych prześladowców. Pewnego dnia dostaje na urodziny od babci grę kupioną na targu (aha...), w której wciela się w elfkę Nivę. Niva niespodziewanie odwiedza jej świat i mówi, że świat z gry, Nefrytania, potrzebuje jej pomocy w znalezieniu porwanego króla. Larysa, choć mocno niechętnie, zgadza się i w ciele Nivy udaje się uratować fantastyczny świat.
Założę się o wszystko, że jest to pierwsza w życiu próba pisarska autorki, bo oczytana, dorosła osoba, szlifująca warsztat od kilku lat, choćby się bardzo starała, to nie byłaby w stanie napisać nic nawet stylizowanego na coś tak okropnego. No bardzo mi przykro, po przedmowie czuć, że autorka jest sympatyczną osobą i bardzo się cieszy z napisania, ekhem, książki, ale pisać to ona po prostu NIE umie. Koniec, kropka.
A mimo to... z różnych selfpubów ten wyróżnił się tym, że czytało się go przyjemnie. Można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że to jedna z tych książek, które są tak złe, że aż dobre. Absolutnie nie w sensie „obiektywnie dobrze napisane”, ale, hm... śmieszne. Niektóre elementy świata przedstawionego i rozwiązania fabularne są tak dziwne, głupie lub kretyńskie, że ciężko nie wybuchnąć śmiechem albo co najmniej nie dostać wytrzeszczu z niedowierzania. Aspekt rozrywkowy jest przedni – choć niezamierzony.
Dzieciom raczej nie polecam – zbyt miałkie i infantylne nawet dla kilkulatków. Dorosłym – jak najbardziej.
Jeden z wielu fragmentów, przy których parsknęłam
śmiechem w pociągu.

sobota, 24 czerwca 2017

Recenzja LIV: Dragonheart IV. Battle for the Heartfire

No. Nakręcili kolejny.
♪ Guess who's back ♪
♪ Back again ♪
Z góry muszę powiedzieć, że trzecia i czwarta część same w sobie to na dobrą sprawę nie najgorsze smocze filmy. Myślałam, że byłyby jeszcze lepsze, gdyby tworzyły własną serię, we własnym uniwersum et cetera, zamiast żerować na znanej marce. Po obejrzeniu czwóreczki... przestałam być tego taka pewna.
Fabuła! Znany z poprzedniej części Drago (tym razem, z jakiegoś powodu, grany przez Patricka Stewarta zamiast Bena Kingsleya [co w sumie wcale nie jest złą zmianą]) wciąż żyje, mimo że Gareth, z którym podzielił się sercem, umiera. Okazuje się, że smok czuje połączenie z jego wnuczętami, które odziedziczyły pewne niezwykłe zdolności: Edric ma nadludzką siłę, a Meghan potrafi kontrolować ogień. Problemy się zaczynają, gdy rodzeństwo rozpoczyna rywalizować o tron.
Meghan ma taki piękny strój, że omg, ja też taki chcę! <3
Fabularnie film stoi sporo wyżej od poprzedniej części, która była dość sztampowa i, co tu wiele kryć, nudnawa. Ten przynajmniej jest jasną kontynuacją wydarzeń, choć niektóre aspekty są niejasne. Niby była mowa o tym, że jest więcej smoków niż Drago, bo w końcu spadły z tego kosmosu jeden film temu, i że były szanowane i co najmniej jeden z nich podzielił się sercem z innym człowiekiem... tylko że tak jakoś w ogóle ich nie ma. Wiemy tylko, że jedna smoczyca zginęła Najgłupszą Śmiercią Ever (TM) i tyle. Reszta smoków po prostu wyparowała, Drago is the last one. Ale... dlaczego? WSZYSTKIE zginęły Najgłupszą Śmiercią Ever (TM)? Ktoś na nie polował? Dlaczego, skoro były czczone i szanowane? Nie ogarniam tej kuwety. Sprawia to wrażenie, jakby albo twórcom zabrakło hajsu na animowanie więcej niż jednego smoka, albo... tak im było fabularnie wygodniej.
Whatever, i tak ja jestem najważniejszy.
Technicznie film stoi na poziomie... cóż, mocno nierównym. Choć stroje postaci są piękne i klimatyczne, tak już lokacje sprawiają wrażenie, że nie pochodzą z filmu, tylko z miejscówki na LARPa. Nie, panowie i panie twórcy, nałożenie na obraz filtrów zmieniających kolory na niebieski nie sprawią, że wasz film stanie się bardziej fantasy. A skoro jesteśmy przy kolorkach... to właśnie taki jest niemal caluteńki film: granatowy, ciemny i ponury. Dlaczego? Historia może i jest całkiem poważna, ale to nie znaczy, że widz musi cały seans mrużyć oczy, by w ogóle coś zobaczyć. Nie wiem, jak was, ale mnie to potwornie wkurza, szczególnie gdy w filmie występuje SMOK i przez cały jego czas ekranowy NIE MOGĘ GO SOBIE OBEJRZEĆ.
Co do smoka, to wyglądem nieco się różni od tego samego gada z poprzedniej części. Wyraźnie nabrał ciałka i stał się mniej zwierzęcy, a bardziej... komiksowy. Dużo bliżej mu do Draco z oryginalnego „Dragonhearta”. Niestety, niewiele ma scen, w których naprawdę błyszczy, bardzo mało popisów w powietrzu czy emocjonujących scen akcji.
A sceny akcji... mają o wiele, WIELE za dużo kompletnie zbędnego slow motion. Uwielbiam slow motion, ale tu się pojawia kompletnie Z DUPY. Nic się nie dzieje, ktoś obraca dłońmi, a i tak dostajemy tę scenę w spowolnieniu. Może trzeba wyjaśnić twórcom, że slow motion w scenach akcji gra tylko wtedy, kiedy są naprawdę SZYBKIE i WIDOWISKOWE, i spowolnienie pozwala widzowi obejrzeć wszystkie te fascynujące detale ruchu?
Joł, Edric, myślisz, że teraz to już
NAPRAWDĘ był ostatni smok?
No i cóż mogę więcej rzec? Dostaliśmy przyzwoity, niskobudżetowy film o smoku. Tu i ówdzie szwankuje, ale na tle innych niskobudżetowych filmów o smokach wypada wcale nieźle. Zakończenie nie sugeruje sequeli, choć, szczerze mówiąc, jeśli mają stać na takim poziomie, jak ten tytuł, to nie mam nic przeciwko „Dragonheartowi V”.